Rosyjskie media najpierw obficie pokazywały niszczenie żywności, która wbrew sankcjom docierała do Rosji z Zachodu. Potem wycofały się z emitowania podobnych scen. Justyna Prus z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ocenia, że nie był to udany pomysł propagandowy, ale jej zdaniem nie wpłynie to na spadek popularności Władimira Putina.
Jak mówi ekspertka, jeśli pogarszająca się sytuacja gospodarcza czy kryzys finansowy na granicy kryzysu bankowego nie miały wpływu na poparcie dla Władimira Putina i władz, to znaczy, że granica odporności i reakcji społeczeństwa jest bardzo daleko.

Pokazywanie niszczenia żywności spotkało się ze sprzeciwem części społeczeństwa. Jak zaznacza ekspertka, 300 tys. osób, które podpisały internetową petycję przeciwko niszczeniu żywności to mało jeśli weźmiemy pod uwagę to, że w Rosji żyje ponad 140 mln ludzi. Jednak władze posiadają wiele instrumentów, żeby niwelować efekt niezadowolenia.
Takim instrumentem jest np. wycofanie informacji o niszczeniu żywności.

Przecież jeśli Rosjanie nie wiedzą czy nie przypomina się im, że ta żywność jest palona, to czy będą protestować - pyta ekspertka. Justyna Prus jest przekonana, że Kreml z postawy społeczeństwa wyciąga też wnioski. Takie, że jeszcze nie wszystko można temu otępiałemu narodowi wcisnąć, że są pewne granice, trzeba je znać i w ich ramach operować - dodaje.

Ekspertka zwraca uwagę, że niszczenie żywności miało też inny cel niż tylko propaganda. Chodziło o to, żeby powstrzymać napływ żywności z państw UE i innych państw objętych rosyjskim embargiem, które w sposób nielegalny docierały na rynek rosyjski. I ten efekt udało się uzyskać, bo nie tyle producenci co nabywcy zrozumieli, że wiąże się to z coraz większym ryzykiem - mówi Justyna Prus.

Rosyjska propaganda głosiła, że niszczenie żywności jest konieczne nie tyle ze względu na to, że dociera do Rosji wbrew sankcjom, ale dlatego, że zawiera trujące substancje. Kilka tygodni temu Rosja zdecydowała o przedłużeniu sankcji na żywość z Zachodu.