22 osoby zginęły w potężnej eksplozji gazu w wieżowcu w Gdańsku w kwietniu 1995 roku. Według ustaleń śledczych i biegłych wybuch spowodował jeden z mieszkańców z parteru, który też zginął. Poważnie uszkodzony budynek musiał zostać wyburzony. Wszystko wyglądało na nieszczęśliwy wypadek, jednak prof. Sławomir Cenckiewicz twierdzi, że są poszlaki wskazujące na zaangażowanie UOP w tę sprawę.

Zdaniem Cenckiewicza, wybuch gazu miał być elementem operacji prowadzonej przez Urząd Ochrony Państwa. W gdańskim wieżowcu - jak pisze na Facebooku historyk - miał mieszkać pułkownik Adam Hodysz, podejrzewany przez funkcjonariuszy UOP z delegatury w Gdańsku o przetrzymywanie kopii dokumentów dotyczących współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa. Takie informacje miał przekazać Cenckiewiczowi "pewien funkcjonariusz SB, ale świetnie ustosunkowany w środowisku UOP/ABW".

"Upozorowali wybuch gazu - mówił - żeby wyprowadzić później wszystkich mieszkańców i wejść do mieszkania Hodysza. Przesadzili, budynek się zawalił i zginęli ludzie. Ale do mieszkania i tak weszli" - pisze Cenckiewicz.

Jak dodaje, wcześniej podobną wersję wydarzeń przedstawiali mu jego rozmówcy, z którymi spotykał się w czasie przygotowywania książki "SB a Lech Wałęsa". Jacy to ludzie? Urzędnicy miejscy, pracownicy tajnych służb, strażacy, a nawet były wiceminister spraw wewnętrznych - tłumaczy publicysta, podkreślając, że wszyscy oni niezależnie od siebie twierdzili, że "wybuch gazu był operacją UOP, zaś ofiary niezamierzonym wypadkiem przy pracy". Zaznacza również, że opowiadał tę historię Januszowi Kurtyce, prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej, który zginął w 2010 roku w katastrofie smoleńskiej, jednak Kurtyka nie dał mu wiary, a "Adam Hodysz nie chciał o tym mówić. Powtarzał tylko do mnie te słowa: nie chcę mówić o Wałęsie, bo przez niego ledwie życia nie straciłem".

Teraz - według relacji Cenckiewicza - w sprawie wybuchu z 1995 roku pojawił się nowy trop. Trop ten ma pochodzić z odtajnionych akt prokuratorskich sprawy Zbigniewa Grzegorowskiego, "zaufanego SB-eka Wałęsy, później UOP-owca, a teraz funkcjonariusza ABW" - pisze historyk. Grzegorowski miał być zamieszany w zniknięcie akt obciążających Lecha Wałęsę, choć sąd oczyścił go z zarzutów.

"Jednak w aktach sprawy Grzegorowskiego znalazłem niesamowity dokument: wniosek dowodowy Grzegorowskiego z 28 września 2005 roku, w którym pisze on o znalezisku w mieszkaniu Hodysza właśnie w czasie tragedii bloku przy ulicy Wojska Polskiego. I dodaje, że UOP miał te informacje od swojego agenta! Szok!" - emocjonuje się prof. Sławomir Cenckiewicz. "Może więc wstrząsające opowieści moich źródeł informacji polegały na prawdzie?" - zastanawia się historyk.