Książę Józef Poniatowski przywykł do podróży, więc jeśli miałby się posunąć, żeby zrobić miejsce Lechowi Kaczyńskiemu, to pewnie by nie protestował. W przeciwieństwie do sporej części warszawiaków, których realizacja pomysłu posła PiS Jacka Sasina – by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć pomnik Poniatowskiego, a zrobić miejsce dla monumentu upamiętniającego Kaczyńskiego – najpewniej doprowadziłaby do białej gorączki. Oczywiście największą wściekłość okazałaby część szczerze niecierpiąca partii rządzącej. Instynktownie wyczuwając, że dzieje się coś ważnego, mogącego kształtować przyszłość.

To dlatego po 2010 r. wywodzące się z PO władze Warszawy tak konsekwentnie blokowały wszelkie możliwości postawienia tragicznie zmarłemu prezydentowi pomnika w centrum stolicy. Jego istnienie świadczyłoby o tym, że PiS może jeszcze podnieść głowę. Z kolei po ostatnich wyborach ów monument ma upamiętnić triumf Prawa i Sprawiedliwości.

Niestety, wpisanie każdej czynności publicznej w kontekst boju dwóch plemion sprawia, że cokolwiek się zrobi, i tak działa to na szkodę państwa. Tymczasem sedno sprawy jest niezmiernie istotne. Na co dzień pomniki są elementem przestrzeni publicznej. Gdy stoją przez lata, mało kto je zauważa. Ale kiedy nadchodzą momenty przełomu (a one zawsze nadchodzą), wówczas nagle nabierają życia. To, co przedstawiają, zaczyna przypominać wszystkim treści, jakie w monument wkomponowali autorzy. Dopóki istnieje wspólnota, której chciano je przekazać, kod kulturowy pozwala zrozumieć komunikat bez słów. To on cementuje wspólnotę, jaką zazwyczaj bywa naród, stając się wartością nie do przecenienia.

Tych prawideł Polacy zaczęli się uczyć bardzo późno, gdy zabrakło własnego państwa.