Teraz kolejne liczby. Republika Federalna Niemiec to ok. 82 mln mieszkańców, a III RP ma ich ok. 37 mln. Czyli de facto nad Wisłą zjawiło się ostatnio proporcjonalnie o ok. 30 proc. więcej obcych, niż w państwie za Odrą. W Niemczech ich nagły napływ wywraca scenę polityczną do górny nogami. Na główną partię opozycyjną wyrosła antyemigrancka Alternative für Deutschland. Wprawdzie rządząca od 2005 r. CDU/CSU jeszcze się trzyma ale już na koalicyjną SPD zamierza głosować najmniej osób od czasu jej powstania przed 150 laty.

Jak szybko narasta wrogość wobec emigrantów przekonano się nocą z 25 na 26 sierpnia w Chemnitz, gdy Syryjczyk i Irakijczyk zadźgali Niemca (nota bene kubańskiego pochodzenia). W mieście wybuchły zamieszki, a grupki neonazistów urządziły polowanie na obcokrajowców, w stylu hitlerowskich bojówek z początku lat 30. Policja była bezradna. Wiele wskazuje na to, że to dopiero początek radykalizowania się Niemców. W Polsce, gdzie fala obcych była o 30 proc. większa, każdy poranek ksiądz Isakowicz-Zaleski zaczynał od twitta przypominającego, że Ukraińcy odpowiadają za rzeź na Wołyniu. To z wypiekami czytał poseł Marek Jakubiak i … nic. Pomimo werbalnej niechęci, okazywanej przez grupkę polityków i liderów opinii trudno mówić o dużym wzroście antyukraińskich nastrojów. Warto spróbować zrozumieć skąd się ów paradoks bierze i czy mógłby nas czegoś nauczyć.

Obcy obcemu nierówny

Kuszącym byłoby przyjęcie tezy, że Polacy są bardziej tolerancyjną nacją od Niemców, choć tych od dekad wychowuje się (choć trafniej jest powiedzieć – tresuje) w duchu politycznej poprawności. Niestety to miłe dla polskiego ego założenie należy między bajki włożyć. Berlin padł po prostu ofiarą własnej polityki emigracyjnej. U jej podstaw leży optymistyczne założenie, że nie mają znaczenia, takie cechy obcych jak: religia, kolor skóry, wykształcenie, różnice kulturowe i tradycje przeniesione z ojczyzny. Jednym słowem spuścizna dziedziczona po przodkach.

Dzięki optymistycznemu założeniu unika się oskarżenia o rasizm, nazizm i wszelkie inne „izm-y” tego świata. Można też zawłaszczać dla siebie funkcję autorytetu moralnego. Jednak w dalszej perspektywie ryzykuje się, że napływ obcych wznieci w społeczeństwie falę ksenofobii. A ta wyniesie do władzy radykałów, którym nie będzie zależało na afirmowaniu tolerancji, a być może nawet przestrzeganiu zasad demokracji. Ewentualnie tak podzieli scenę polityczną, że postawi państwo na krawędzi wojny domowej. Polska uniknęła niemieckich błędów dzięki zbiegowi okoliczności. Jako dużo biedniejszy kraj, bez atrakcyjnego dla przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki systemu opieki socjalnej, zupełnie ich nie interesuje. Poza tym już tylko groźba ich pojawienia się zwiększyła poparcie wyborców dla deklarującego obronę ojczyzny przez obcymi Prawa i Sprawiedliwości. Jednak mimo tych deklaracji Polska wchłonęła falę przybyszy ze wschodu.

Dziejowe konieczności

Mówiąc, że: „są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyki” Mark Twain zupełnie zapomniał o prognozach demograficznych. Według danych ONZ do 2050 r. liczba ludności w Polsce zmniejszy się o 14 proc., a z racji starzenia się społeczeństwa na rynku pracy będzie brakowało 10 mln osób. Czyli w opustoszałych miastach na ławeczkach przed blokami powinny wygrzewać się tabuny starców. Tyle fikcja, bo realne życie nie toleruje próżni. Jeśli na jakimś atrakcyjnym obszarze wymierają jego mieszkańcy, natychmiast napływają nowi. Z Polski emigrowało prawie 2 mln młodych ludzi. Gdy tylko koniunktura gospodarcza się poprawiła na ich miejsce w mgnieniu oka ściągnęła podobna liczba przedstawicieli innych nacji. Wbrew swym deklaracjom rząd PiS zupełnie bezradnie płynął na tej fali, nie potrafiąc zapanować nad dziejącą się rewolucją demograficzną.

Tylko zbiegom okoliczności zawdzięczamy, że przebiega ona dotąd tak przyjaźnie. Jednak to dopiero jej początek. Wraz z malejącą liczbą rdzennych Polaków kolejne fale obcych przybędą na Wisłę. Wiara, że uda się zamknąć granice, a leżąca na niej Rejtanem młodzież z ONR odwróci proces, jest taką samą mrzonką, jak rojenia kanclerz Angeli Merkel, że przybysze z Bliskiego Wschodu dołączą do robotników pracujących w zakładach Volkswagena. Przed przybywaniem emigrantów skutecznie chronią tylko dwie rzeczy: albo totalitarny system polityczny w sowieckim stylu, albo powszechna bieda. Obu tych atrakcji trudno Polakom życzyć. Póki więc zostało trochę czasu warto myśleć, co zrobić, żeby spektakularne wydarzenia, jak pogrom w Chemnitz nadal działy się jedynie po drugiej stronie Odry.

Niebezpieczni Niemcy

Jeśli wyzwanie nadciąga nieuchronnie, najbezpieczniej jest wyjść mu naprzeciw i samemu określić reguły gry. Tak, aby nikt inny nie zdążył narzucić własnych. To oznacza, że zanim próżnia demograficzna przyciągnie przybyszów, lepiej jest samemu sprowadzić osadników. W przeszłości na ziemiach polskich rządzący kilkukrotnie przeprowadzali taki eksperyment. Za każdym razem efekty wyglądały inaczej. Pierwsza, wielka grupa emigrantów została celowo sprowadzona w średniowieczu.

Książę Bolesław I Wysoki i jego syn Henryk Brodaty marzyli o tym, żeby Śląsk wyrósł na najpotężniejszą dzielnicę, wśród polskich państewek. Tymczasem, jak odnotowali osiedleni w Lubiążu cystersi, na miejscu zastali: „ani soli ani żelaza ani monet ani kruszcu, ani dobrej odzieży, ależ nawet ani obuwia”. Lekarstwem na brak wszystkiego stali się Niemcy. Werbownicy sprowadzili na Śląsk dziesiątki tysięcy zasadźców. Ściągano rzemieślników, górników, rolników. To oni uczynili państwo Henryka Brodatego najbogatszym z polskich księstw. Dlatego inni władcy piastowscy zaczęli go naśladować.

Na ziemiach polskich ok. 500 miast ulokowano na prawie niemieckim. Wiele z nich, jak Kraków istniało wcześniej, lecz zmieniono ich status prawny, żeby zaludnić emigrantami. Na krótką metę przyniosło to ogromny skok cywilizacyjny ale niemal wszystkie polskie miasta zostały zgermanizowane. Nawet w Krakowie dominowali mieszczanie niemieccy. Przy każdej zmianie politycznej ciążąc ku ziemiom zamieszkanym przez pobratymców. Śląsk w końcu stał się częścią Rzeszy, zaś Pomorze wraz z Gdańskiem odebrali Polakom, osiedleni na Ziemi chełmińskiej Krzyżacy.

Gdy Władysław Łokietek walczył o zjednoczenie ziem polskich mieszkańcy Krakowa woleli, żeby ich gród znalazł się we władaniu syna cesarza Rzeszy a zarazem króla Czech Jana I Luksemburskiego. Polskiemu księciu udało się jednak w 1311 r. spacyfikować rebelię. Jeśli wierzyć późniejszym zapiskom Łokietek docenił znaczenie demografii i brutalnie zadbał o zmiany etniczne w Krakowie. Ci zaś, którzy nie umieli wymówić słów: soczewica, koło, miele młyn, zostali ścięci – zapisano w „Roczniku Krasińskich”. Asymilacja potomków niemieckich emigrantów ruszyła z miejsca dopiero w XV w., gdy polskie państwo urosło w siłę. Wówczas obrady w ratuszach zaczęto prowadzić po polsku, z kościołów zniknęły kazania w języku niemieckim, a obco brzmiące nazwiska przerabiano na bardziej słowiańskie lub dodawano im końcówkę „ski”.

Irytujący Żydzi

Kiedy najpierw z Anglii, a potem z Hiszpanii i Portugalii zaczęto wysiedlać Żydów, Kazimierz Wielki uznał, że tacy emigranci bardzo przydadzą się w jego królestwie. Zagwarantował więc gminom żydowskim samorządność, swobody religijne i wolność prowadzenia interesów. Z zaproszenia skorzystało ok. 18 tys. uchodźców. Potem przez stulecia ściągali za nimi nowi Izraelici. To oni budowali w Polsce zręby bankowości i rozruszali handel na skalę międzynarodową.

Dzięki Żydom monarchowie i możnowładcy mieli dostęp do szybkich i wielkich kredytów. Jak wiadomo obrót pieniądzem ma olbrzymie znaczenie dla rozwoju gospodarki. Z drugiej jednak strony Żydzi przez stulecia prawie w ogóle się nie asymilowali. Ich licząca tysiące lat kultura, własna, hermetyczna religia, odrębny język i mnóstwo innych czynników skutecznie zabezpieczało wspólnotę narodową przed rozpłynięciem się wśród Polaków. Olbrzymie różnice, a także paranie się lichwiarstwem wzbudzały wrogość.

Gdy na Zachodzie pogromy Żydów stały się codziennością i masowo zamykano ich w gettach, również antyżydowskie tumulty zaczęły się nasilać w Polsce. Wówczas król Zygmunt Stary wydał dekret surowo zabraniający prześladowań oraz zwolnił osoby wyznania mojżeszowego z obowiązku noszenia wyróżniających je strojów. Sojusz tronu z mniejszością żydowską przetrwał aż do końca istnienia Rzeczpospolitej.

W zamian za podatki i pożyczki kolejni monarchowie dbali o dobre traktowanie Żydów. Nigdzie indziej w Europie ta społeczność nie prosperowała tak znakomicie Są właścicielami ziemskimi, zajmują się handlem, studiują medycynę i astronomię. Posiadaj wielkie bogactwa i są zaliczani nie tylko do porządnych ludzi, ale czasami zajmują nawet wyższą od nich pozycję. Nie noszą żadnego znaku wyróżniającego i zezwala się im nosić broń. Krótko mówiąc korzystają ze wszystkich praw obywatelskich – notował ze zdumieniem w 1565 r., papieski legat Giovanni Francesco Commendone. Państwo korzystało, lecz asymilacja następował bardzo powoli i dotyczyła jednostek, a nie całej społeczności.

Szkoci. Jacy Szkoci?

Ceniąc sobie waleczność szkockiej piechoty król Stefan Batory zaprosił przedstawicieli tej nacji do Polski. Dekretem z 1577 r. nadał jej prawo osiedlania się na ternie Rzeczpospolitej, tworzenia własnych samorządów oraz odrębnego sądownictwa. Uczynił więc to samo, co Kazimierz Wielki w odniesieniu do Żydów.

Masowa emigracja Szkotów na ziemie Polskie w XVI w., a szczególnie w jego drugiej połowie i w pierwszych dekadach XVII stulecia, powodowana była wieloma przyczynami – głównie gospodarczej natury – pisze Waldemar Kowalski w książce „Wielka imigracja”. Przeludnione miasta i mało urodzajne ziemie w ojczyźnie skłaniały wychodźców do szukania szczęścia w Rzeczpospolitej. Gdy przez Szkocję przetoczyły się wojny religijne, do kraju nad Wisłą przesiedlali się tamtejsi katolicy.

Początkowo ich pojawienie się wzbudzało wrogość miejscowych. Podczas obrad Sejmu w 1637 r. poseł Andrzej Rej domagał się natychmiastowego wyrzucenia z Polski 40 tys. Szkotów. Jednak inni posłowie zignorowali postulat. Tymczasem przybysze, głównie zajmując się handlem i obrotem gotówką, ostro konkurowali z Żydami. Ciężko pracując bogacili się. Jednak dziś zupełnie już nie pamięta się o tej wielkiej grupie obcych, porównywalnej liczebnie z diasporą Żydowską. Pamięć zanikła, bo wystarczyły dwa pokolenia, by Szkoci zupełnie rozpłynęli się w polskim społeczeństwie. Możliwe stało się to za sprawą braku barier religijnych i kulturowych.

Nowe wyzwanie

Skoro ujemny przyrost naturalny w Polsce przyniesie napływ emigrantów, państwo dla zabezpieczenia swej przyszłości musi jak najszybciej wypracować spójną politykę w tej kwestii. Doświadczenia z czasów pierwszej Rzeczpospolitej wskazują, że bardzo dobre efekty dawało trzymanie się zasady, że: „nie ma darmowych obiadów”. Jeśli chcesz wygodnie żyć, musisz na to ciężko pracować. Podobnie jak tolerowanie obecności w zamian za korzyści dla państwa. Najważniejszą jednak kwestią jest niezmiennie bliskość kulturowo-religijna (w świecie proces laicyzacji znacząco postępuję jedynie w Europa). Odejście od tego kryterium musi owocować kłopotami w przyszłości.

Jeśli na dziś spróbować stosować się do tych zasad, to plany masowego importu siły roboczej z Indii, czy Nepalu wydają się mocno chybione. Gdyby polski rząd był zdolny do długofalowych działań, a nie jedynie chowania głowy w piasek, w pierwszej kolejności powinien rozważać ofertę dla Wenezuelczyków. Wedle danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji już ponad 1,6 mln osób uciekło z tego kraju, na który gospodarczą katastrofę sprowadził prezydent Maduro. Jeszcze niecałą dekadę temu, dzięki petrodolarom poziom wenezuelskiego szkolnictwa stał wysoko, a państwo posiadało obeznaną z realiami nowoczesnej gospodarki klasę średnią. Przyzwyczajoną do pracy i prowadzenia własnego biznesu.

Teraz ci ludzie są do wzięcia. Tak jak byli Szkoci za czasów Batorego. Zapewne brzmi to bardzo politycznie niepoprawnie, ale drenując Europę z najlepszego materiału ludzkiego w XIX i XX wieku Stany Zjednoczone zbudowały swą potęgę. Jakoś nikt nie czyni Amerykanom z tego powodu wyrzutów.