1 września 1939 roku prezes Banku Polskiego Władysław Byrka pełen najgorszych przeczuć obserwował niebo nad Warszawą. Niemieckie bomby spadły na Ochotę, wiele budynków legło w gruzach. W każdej chwili samoloty wroga mogły pojawić się nad siedzibą Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej w śródmieściu. A wtedy los polskich depozytów złota byłby przesądzony. Co prawda już w czerwcu i lipcu prezes Byrka zapobiegawczo polecił wysłać cztery transporty cennego kruszcu do skarbców w Siedlcach, Brześciu nad Bugiem, Zamościu i Lublinie, ale w Warszawie wciąż znajdowały się sztabki o wartości 193 milionów złotych. Należało działać szybko.

Ile złota posiadała II Rzeczpospolita? W przededniu wojny całe zasoby znajdujące się w opiece Banku Polskiego miały wartość około 464 milionów ówczesnych złotych, czyli mniej więcej 87 milionów dolarów. Całe zasoby ważyły około 95 ton, z czego 20 ton zdeponowano za granicą, przede wszystkim we Francji, Anglii, Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych – wyliczał w swojej książce „Losy złota polskiego podczas II wojny światowej” Zygmunt Karpiński, założyciel Banku Polskiego. Sztabki ważące około 38 ton leżały w warszawskim skarbcu, 37 ton trafiło do wspomnianych wcześniej oddziałów banku na wschodzie kraju.

Autobusy wypełnione skarbem

Minister skarbu oraz wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski misję niemożliwą wywiezienia polskiego złota z Warszawy polecił dwóm zaufanym ludziom. Pierwszym był poprzedni prezes Banku Polskiego pułkownik Adam Koc, drugim – pułkownik Ignacy Matuszewski, były minister skarbu. Zdobycie pojazdów, do których można by załadować złoty depozyt, również graniczyło z cudem. Większość jeszcze działających ciężarówek przejęło wojsko, miasto było coraz intensywniej atakowane z powietrza. „Już samo przerzucenie wielotonowego ciężaru, złota w sztabach, przez mosty na Wiśle, na jej prawy brzeg, na Pragę, mogło stać się niewykonalne wobec bombardowania miasta i ewentualnego zniszczenia mostów” – pisał we wspomnieniach pułkownik Koc.

4 września załadowane 15 tonami złota autobusy Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych pojechały na wschód, do Brześcia. W nocy z 4 na 5 września z Warszawy ruszył transport kolejnej partii, tym razem do Lublina.

„Do ewakuacji zostały zorganizowane, to znaczy zarekwirowane, samochody ciężarowe i między innymi czerwoniaki, czyli autobusy miejskie” – opowiadał Andrzej Mikołajczyk, syn Henryka Mikołajczyka, jednego z naczelników Banku Polskiego. „Ze względu na to, że ojciec posiadał przed wojną własny samochód, zabrał rodzinę, to znaczy mamę, mnie i moje dwie siostry. Transport odbywał się nocą” – wyjaśniał w relacji opublikowanej w przez Narodowy Bank Polski w periodyku "Bankoteka".

Mistrzyni olimpijska za kółkiem

Jak ustalił Janusz Wróbel z łódzkiego Instytutu Pamięci Narodowej, historyk badający losy polskiego złota, depozyt szybko rozładowano i pojazdy ruszyły z powrotem do stolicy. W środę kolejna kolumna, napotykając ogromne trudności na drogach, wyjechała do Lublina. Szosy zatkane były tłumami cywilów uciekających przed Niemcami, samoloty Luftwaffe ostrzeliwały i bombardowały zatłoczone trasy. Transport dotarł do na miejsce, ale sytuacja frontowa była już na tyle niespokojna, że rozpoczęto przygotowania do wywiezienia kruszcu za granicę. Co ciekawe, za kierownicą jednego z autobusów wypełnionych złotem zasiadła wówczas Halina Konopacka, malarka, poetka i mistrzyni olimpijska w lekkiej atletyce. W tym czasie jej mąż, pułkownik Ignacy Matuszewski, nadzorował transport złota w Łucku.

13 września cały cenny ładunek zwieziony z Brześcia, Siedlec, Lublina i Zamościa – oprócz prawie 4 ton oddzielonych i pozostawionych do dyspozycji rządu – zgromadzono na stacji kolejowej w Śniatyniu, przy granicy z Rumunią. Polskie złoto, podobnie jak polskie władze, miało opuścić kraj.

Rumun udaje Greka

W tym czasie ambasador RP w Rumunii Roger Raczyński prowadził intensywne negocjacje z władzami w Bukareszcie, próbując zdobyć zgodę na przewiezienie depozytu. Wreszcie dostał pozwolenie. Złoto miało dotrzeć pociągiem do portu w Konstancy nad Morzem Czarnym. Tam powinny już czekać alianckie statki. Gdyby nie życzliwość rumuńskiego rządu, jak podkreśla Janusz Wróbel, operacja spaliłaby na panewce. Niemcy wpadli bowiem na trop polskiego skarbu i wywierali naciski na Bukareszt, by zatrzymać transport. Minister spraw zagranicznych Grigore Gafencu grał jednak na czas, udając, że o żadnym pociągu ze kosztownościami nie ma pojęcia.

„Rumunia dopuściła się poważnego naruszenia neutralności, co nigdy więcej nie powinno się powtórzyć” – oświadczył wściekły niemiecki ambasador Wilhelm Fabricius, kiedy zorientował się, że złoto wymknęło mu się z rąk. W Rumunii pozostały 4 tony kruszcu, przekazane wcześniej do dyspozycji polskim władzom. Jak ustalił prof.  Wojciech Rojek z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ładunek został przewieziony do Bukaresztu, gdzie spieniężono około jednej tony. Pozostałe sztabki zostały złożone w skarbcu Narodowego Banku Rumunii.

Awanturnik z tajną misją

Tymczasem w Konstancy trwała wojna nerwów. Kilkadziesiąt ton kruszcu przeniesiono z pociągu na mały, zarejestrowany w Hong Kongu tankowiec „Eocene”. Jego kapitan, Brytyjczyk Robert Brett nie krył zdumienia, kiedy zamiast handlowych kontrahentów, którzy mieli omówić z nim załadunek paliwa, na statku pojawił się konsul brytyjski, który poprosił go o zabranie... skarbu. „Nie przyszłoby mi nigdy nawet przez myśl, że pewnego dnia w lukach >>Eocene<<, mojego tankowca o wyporności 4216 ton znajdzie się więcej złota, niż miał dotąd i później jakikolwiek statek” – tak kapitan Brett opowiadał potem dziennikarzom brytyjskiej gazety „Sunday Dispatch”. Ale ponieważ z natury był awanturnikiem i uwielbiał wyzwania, zgodził się popłynąć z tą tajną misją.

Choć wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik, problemy pojawiły się jeszcze w Konstancy. Statek czekał na zgodę na wyjście w morze, kapitanat jednak milczał. Polska eskorta obawiała się, że wkrótce na nabrzeżu pojawią się policjanci i aresztują ładunek, dlatego przekonała kapitana do wypłynięcia bez pozwolenia, co oczywiście narażało go nawet na ostrzał ze strony wojskowych jednostek. „Eocene” wymknął się jednak nie niepokojony, odpływając w kierunku Turcji. 16 września zacumował pod Stambułem, gdzie wszystko było już przygotowane. Ambasador Michał Sokolnicki zadbał o zgodę tureckich władz na przetransportowanie złota pociągiem do Syrii. Tydzień później cenny ładunek trafił pod opiekę francuskich żołnierzy stacjonujących w Syrii, a potem – do Bejrutu.

Wydawać by się mogło, że złoto jest bezpieczne, że teraz wystarczy przewieźć je do sojuszniczej Francji, gdzie formował się polski rząd na uchodźstwie. Podobnie uważali Francuzi i już 23 września pierwszą partię skrzyń ze skarbem załadowano na pokład krążownika „Emile Bertin”, a cztery dni później złożono w arsenale w Tulonie na południu Francji. Na początku października 1939 roku cały transport złota trafił do bazy marynarki wojennej, a następnie do skarbca Banku Francji w Nevers.

W głąb afrykańskiej pustyni...

Wciąż nie był jednak bezpieczny. 10 maja 1940 roku niemieckie czołgi przejechały przez granicę z Francją i ruszyły na Paryż. Na francuskich drogach, podobnie jak we wrześniu 1939 roku w Polsce, zapanował chaos. Polskie władze przez cały ten czas usilnie zabiegały o zapewnienie statków, które zabrałyby złoto do Stanów Zjednoczonych. Bezskutecznie. Błyskawiczna ofensywa niemiecka z dnia na dzień czyniła te starania coraz trudniejszymi. Wreszcie 31 maja polskie sztabki wywieziono ze skarbca Nevers. Trafiły wraz z belgijskim, również ewakuowanym, złotem do bazy marynarki wojennej w Lorient. Tu po raz kolejny łut szczęścia uratował depozyty obu państw.

Gdy 16 czerwca do portu zawinął krążownik „Victor Schoelcher”, by zabrać złoto, rząd w Paryżu ogłosił kapitulację. Zbieg okoliczności sprawił, że wiadomość o kapitulacji nie dotarła do Lorient, dzięki czemu krążownik z polskim i belgijskim skarbem następnego dnia o świcie wyszedł w morze. Wbrew oczekiwaniom Stefana Michalskiego z Banku Polskiego, który spodziewał się, że okręt obierze kurs na USA, „Victor Schoelcher” dotarł do Maroka, a następnie obrał kurs na Senegal. Tam wyładowano skrzynie i wywieziono 800 kilometrów w głąb Afryki, do leżącego na Saharze miasteczka Kayes.

I tak złoto trafiło pod kontrolę podległego Niemcom rządu Vichy, na którego czele stanął marszałek Phillipe Petain.

Polscy dyplomaci, którzy zdążyli się ewakuować do Wielkiej Brytanii, podjęli potajemne negocjacje z podległym Niemcom francuskim rządem w sprawie odzyskania złota, jednak Belgowie nie zamierzali czekać na wynik tych rozmów. Wytoczyli proces Francji przez sądem w USA. Miejsce wybrano nieprzypadkowo, ponieważ Ameryka przechowywała depozyty francuskiego złota, które w razie korzystnego wyroku mogły zostać przejęte przez stronę belgijską.

Do pozwu początkowo przyłączyły się polskie władze w Londynie, jednak w końcu obrały inną drogę. Rząd generała Władysława Sikorskiego zawarł układ z francuskim rządem formującym się u boku aliantów, na czele którego stanął generał Charles de Gaulle, i uzyskał zapewnienie, że polskie złoto wróci do prawowitych właścicieli, kiedy tylko Francuzi przejmą nad nim kontrolę. Jednak stało się tak dopiero na początku 1944 roku. Z portu w Dakarze część skrzyń z cennymi sztabkami przejęły dwa amerykańskie niszczyciele i zabrały do Nowego Jorku. Złoto zostało rozdysponowane między banki w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Anglii.

„Nad Karpatami zaczął się krztusić silnik"

Koniec wojny sprawił, że prawa do depozytu ulokowanego za Zachodzie zaczęły zgłaszać nowe władze Polski. Rząd londyński miał po części związane ręce. Z jednej strony nie mógł blokować dostępu do złota komunistycznym władzom, które przekonywały, że skarb pójdzie między innymi na odbudowę kraju. Z drugiej – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz Kanada wycofały swoje uznanie dla polskich władz emigracyjnych i do czasu wyjaśnienia sytuacji politycznej w Polsce zamroziły dostęp do depozytu. Tymczasem władze w Warszawie nie próżnowały. W 1946 roku uzyskały od krajów depozytariuszy prawa do dysponowania zasobami Banku Polskiego.

Edmund Spychałowicz, przed wojną kierownik działu żyrowo-komisowego w Banku Polskim, już w marcu 1945 roku na prośbę władz z Warszawy otrzymał dostęp do części polskiego złota pozostawionego w czerwcu 1940 roku w oddziale Banku Francji w miasteczku Pamiers. „Przez kilka miesięcy mój dziadek i jego dwaj koledzy otwierali worki i skrzynie, wyjmowali i segregowali zawartość depozytu” – relacjonował we wspomnieniach zamieszczonych w publikacji NBP „Wojenne losy polskiego złota” Bruno Livertoux, wnuk Spychałowicza. Jak dodawał, „posegregowane i zinwentaryzowane materiały powróciły do Polski w październiku 1946 roku”.

Komuniści dowiedzieli się również o partii złota pozostawionej w Rumunii. Specjalny wysłannik rządu, Henryk Różański, rozpoczął w tej sprawie negocjacje z władzami w Bukareszcie, dość szybko zakończone sukcesem.

18 września 1947 roku polskie samoloty wojskowe przywiozły do kraju cenny ładunek. Jedną z maszyn leciał Henryk Mikołajczyk, przedwojenny naczelnik Banku Polskiego, który we wrześniu 1939 roku wywoził złoto z Warszawy. „W pewnym momencie, jak przelatywali nad Karpatami, zaczął krztusić się jeden z silników” – opowiadał jego syn Andrzej. „Ojciec nie bardzo się tym przejmował, ale w pewnym momencie spojrzał na pilota i zobaczył, jak pot ciurkiem leciał mu po twarzy. Wyobraził sobie, że jak się rozbiją, górale będą zbierali po krzakach sztabki. Ale dolecieli szczęśliwie”.

11 ton w skarbcu brytyjskim

Złoto poszło nie tylko na odbudowę, jak początkowo deklarowano. W 1952 roku Bank Polski został rozwiązany, a jego rolę przejął Narodowy Bank Polski. Jak zauważa Janusz Wróbel z łódzkiego IPN-u, rolę dysponenta złota pełnił Hilary Minc, współpracownik prezydenta Bolesława Bieruta odpowiadający za sprawy gospodarcze. Dysponowanie w praktyce najczęściej wyglądało tak, że w razie potrzeby spieniężano część depozytu, nie informując o tym społeczeństwa, przeznaczając środki na przykład na zagraniczne zakupy.

Uratowany przed Niemcami kruszec, nadludzkim wysiłkiem ze strony bankowców i żołnierzy chroniony i ukrywany, nie przetrwał długo w powojennej Polsce.

Są jednak przesłanki wskazujące na to, że część tego skarbu może znajdować się jeszcze w kilku miejscach, jakie w czasie wojny odwiedzał transport. Prof. Rojek napisał w publikacji „Wojenne losy polskiego złota”, że „w ciągu sześciu lat wojny – mimo niezwykle barwnych, a momentami dramatycznych losów polskiego złota – żadna cząstka owych zasobów nie została utracona. Jednak w latach 60., w cyklu audycji o losach polskiego skarbu nadanych w Radiu Wolna Europa padło zagadkowe stwierdzenie. Prowadzący słuchowisko powiedział, że prawie 80 ton polskiego złota nie wróciło po wojnie do Polski. Choć wydaje się to stwierdzeniem na wyrost, to warto przypomnieć, że 11 ton zatrzymała Wielka Brytania jako zapłatę za utrzymywanie władz londyńskich i emigracyjnej administracji.

Czy część polskiego skarbu może spoczywać jeszcze gdzieś w piaskach Sahary? A może ostatnich sztabek należałoby szukać w rumuńskim skarbcu? Na to pytanie prawdopodobnie nigdy nie poznamy odpowiedzi.