10 kwietnia 1912 r. z portu w Southampton wypłynął w dziewiczy rejs najnowszy statek towarzystwa okrętowego White Star Line, ochrzczony jako „Titanic”. Kto znalazł się na jego pokładzie?

Bożena Aksamit: W czasie pierwszego i jedynego rejsu „Titanic” nie był wypełniony. Popłynęło 1324 pasażerów i 892 członków załogi, podczas gdy statek był gotowy na przyjęcie 2435 podróżnych.

W pierwszej klasie płynęli głównie zamożni ludzie, którzy często dla prestiżu wybrali najnowszy, głośno reklamowany statek. Wśród nich kilkoro prawdziwych bogaczy, na przykład Jan Jakub Astor IV, współwłaściciel hotelu Waldorf-Astoria w Nowym Jorku, potomek rodu Astorów, który wzbogacił się najpierw na handlu skórami z Indianami, potem zarobił krocie na rynku nieruchomości. Inni słynni goście pierwszej klasy to Isidor Strauss z żoną czy adiutant prezydenta USA Archibald Butt.

Drugą klasę wybierali drobni przemysłowcy, ziemianie, nauczyciele, Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi – klasa średnia, która płynęła w celach biznesowych lub w odwiedziny do krewnych. Także zamożni Amerykanie wracający z szalenie modnych wówczas podróży po Europie.

Cześć pasażerów „Titanica” wybrała przypadkiem, musieli po prostu przepłynąć Atlantyk. Do tej grupy należeli głównie pasażerowie trzeciej klasy, emigranci, którzy płynęli za ocean w poszukiwaniu lepszego życia.

W jakich warunkach podróżowali ci najbiedniejsi?

Płynęli w ciasnych, czteroosobowych kajutach ulokowanych w głębi kadłuba - piętrowo ułożone łóżka, wepchnięte pod nie walizki, umywalka i nic więcej. Na szczęście płynęło się krótko - podróż trwała około tygodnia. To były jednak znacznie lepsze warunki niż jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej, kiedy na jednej dużej przestrzeni spało 60 osób. Wówczas trzeba też było zabrać zapas żywności na cały rejs.

A najbogatsi pasażerowie „Titanica”?

„Titanic” miał przyciągać przepychem i wygodą. Żeby zachęcić pasażerów uprawiano nie tyle reklamę, ile wręcz propagandę, linie walczyły o klientów. Z ówczesnych liniowców był wprawdzie największy, ale nie był ani najszybszy, ani najnowocześniejszy. Był najbardziej luksusowy, niesłychane wrażenie robiła wielka przednia klatka schodowa pierwszej klasy, jej sklepienie zdobił świetlik z białego szkła. W dzień przedostawało się przez niego światło dzienne, a w nocy był podświetlany ogromnym, kryształowym żyrandolem. Sala jadalna miała 35 metrów długości i szerokość całego pokładu - wszystko urządzone w stylu Ludwika XVI lub regencji.

Pasażerowie pierwszej klasy mieli do dyspozycji łaźnię turecką, krytą pływalnię, siłownię, salon fryzjerski oraz ciemnię fotograficzną. Zaprojektowano także rozległy salon, klub dyskusyjny, w którym można było grać w brydża i pokera, werandy jadalne, restaurację, ekskluzywną kawiarnię w stylu paryskim oraz czytelnię.

Kabiny pasażerskie przewyższały wykonaniem i wystrojem kabiny na jakimkolwiek innym statku. Klasa pierwsza, poza zwykłymi kajutami, oferowała luksusowe apartamenty urządzone w rozmaitych stylach, od Empire i Ludwika XIV po staroholenderski. Jednak gdyby „Titanic” nie zatonął, nikt by o nim nie pamiętał, bo wkrótce po nim zwodowano większe i nowocześniejsze statki…

Gdy statek zaczął tonąć, różnica między klasami była równie wyraźna?

Z pierwszej klasy katastrofę przeżyło 60 proc., z drugiej 40 proc., a z trzeciej i spośród pracowników załogi tylko 25 proc. W czasie katastrofy zginęło najwięcej pasażerów trzeciej klasy, bo byli całkowicie oddzieleni od 1. i 2. klasy, żeby nie psuć bogaczom swoim widokiem humorów. Nie mieli możliwości przejścia na wyższe pokłady. Dziś to wydaje się szokujące. Kiedy statek tonął, dopiero po godzinie otworzone zostały śluzy, dzięki którym mogli się przedostać do łodzi ratunkowych. Wcześniej nie mogli się ratować, część tych pasażerów po prostu poszła do swoich kajut i modliła się w towarzystwie księdza. Wiedzieli, że utoną.

W pierwszej kolejności ratowano kobiety i dzieci, ale rycerska postawa załogi nie dotyczyła właścicieli biletów trzeciej klasy. Spośród 143 pasażerek pierwszej klasy zginęły zaledwie cztery, 15 z 93 dam podróżujących drugą i ponad połowa kobiet z trzeciej klasy. Nie ulitowano się nawet nad dziećmi najbiedniejszych. Na 76 maluchów płynących w trzeciej klasie uratowano zaledwie 23. W pierwszej i drugiej klasie zginęło jedno.

Czy na pokładzie „Titanica” znaleźli się Polacy?

Polaków na tym statku było niewielu, najpewniej kilkunastu, armator na listach pasażerów nie odnotowywał narodowości. Rzesze naszych rodaków emigrowały za ocean, ale podróż „Titanikiem” była dla nich za droga: najtańszy bilet kosztował 8 funtów, za najdroższy pierwszej klasy trzeba było zapłacić 250 funtów, wówczas były to gigantyczne pieniądze. Bardzo biednych osób nie było stać na bilet do Ameryki.

Polacy emigrowali przede wszystkim na pokładach niemieckich transatlantyków, głównie z Hamburga, gdzie znacznie łatwiej było się dostać. Część rzeczywiście płynęła z Anglii, ale tam wybierała tańsze statki. To, z jakich portów wypływali Polacy w dużym stopniu zależało od tego, z pośrednikiem jakiej linii żeglugowej się zetknęli. Ich przedstawicie jeździli po wioskach, przedstawiali zalety emigracji i namawiali do wyjazdu. Załatwiali potem wszystkie formalności, bo oprócz biletu trzeba było kupić wizę, ponieść opłaty skarbowe, wyrobić paszport. Pośrednicy czerpali z tego zyski, ale człowiek, który chciał wyjechać za ocean, a wcześniej nigdy nie opuścił swojej wioski, nie poradziłby sobie bez jego pomocy.

Jeśli chodzi o „Titanica”, polskobrzmiące nazwiska – Ostrowska, Kozłowski, Pawłowicz - znajdują się głównie na liście pasażerów najtańszej, trzeciej klasy. Tych nazwisk jest kilkanaście. Często byli to Polacy przebywający już od jakiegoś czasu na emigracji – w Wielkiej Brytanii lub Francji.

Wiadomo, że wśród pasażerów był m.in. Berek Trembecki, Polak żydowskiego pochodzenia, który pracował w Londynie. Zafascynował się „Titanikiem” i postanowił, że nim popłynie. Jemu udało się przeżyć. Pochodzący z Suwalszczyzny ksiądz Józef Montwiłł, który płynął za ocean, aby objąć parafię w Worcester w stanie Massachusetts utonął, rezygnując z miejsca w szalupie ratunkowej. Został i razem z księdzem anglikańskim Thomasem Bylesem i niemieckim benedyktynem Josephem Peruschitzem do końca udzielał ostatniego namaszczenia. Jego ciała nie odnaleziono.

W 1912 roku można było swobodnie emigrować do Stanów Zjednoczonych?

Do lat dwudziestych XX wieku do Ameryki przyjechać mógł każdy zdrowy obywatel. Nie wpuszczano chorych psychicznie oraz tych z gruźlicą i jaglicą – zakaźną chorobą oczu, prowadzącą do ślepoty. Od 1903 roku zakazem wjazdu objęto także poligamistów, żebraków, kryminalistów i anarchistów. Tylko w XIX wieku w USA osiedliło się ponad 35 milionów mieszkańców Starego Kontynentu.

Pierwsza większa grupa Polaków znalazła się za oceanem po upadku powstania listopadowego. W 1854 roku siedmiuset Ślązaków założyło kolonię, którą nazwali Panna Maria. Na czele osadników stał ksiądz Leopold Moczygemba. Kilka lat później, po długotrwałej suszy dopadła ich nędza. Złość wyładowali na swoim proboszczu i Moczygemba musiał uciekać z Teksasu.

Dwadzieścia lat później Polaków w USA było już siedemdziesiąt tysięcy. Do 1918 roku prawie dwa miliony osób podjęły ryzyko i przeprawiły się na drugą stronę Atlantyku. Cztery lata później Amerykanie wprowadzili ustawę, która ograniczała wydawanie wiz do 165 tys. sztuk rocznie. Odtąd co roku niecałe sześć tysięcy Polaków dostawało zgodę na pobyt, reszta zaś pracowała nielegalnie. W 1930 roku Polonia amerykańska liczyła prawie trzy i pół miliona osób, z czego połowa urodziła się już w USA, a ponad milion przypłynął transatlantykami.

Dlaczego to właśnie zatonięcie „Titanica” jest najbardziej znaną morską tragedią? Jak doszło do tego, że obrosło w legendę?

„Titanic” stał się z jednym z mitów popkultury. Później na „Cap Arconie” czy „Gustlofie” zginęło o wiele więcej osób, ale dziś wiedzą o tym nieliczni.

Na „Titanicu” życie straciło wielu bogatych ludzi, których można by nazwać ówczesnymi celebrytami – gazety rozpisywały się na ich temat. Nie tylko w Ameryce, ale też w całej Europie. Wiele pisano również na temat wiezionych statkiem skarbów, które spoczęły na dnie oceanu. To rozpalało wyobraźnię. Do tego statek reklamowany był jako praktycznie niezatapialny, tym większą sensację wzbudziło jego zatoniecie, zwłaszcza, że wrak na długie lata spoczął na dnie.

Być może skupienie prasy na losach bogatych pasażerów służyło temu, żeby odsunąć zainteresowanie opinii publicznej od kwestii ciężkich niedopatrzeń po stronie armatora White Star Line. Ostatecznie przecież pasażerom i ich krewnym, poza jednym przypadkiem, nie wypłacono żadnych odszkodowań. W czasie procesów sądowych winą obciążono dwóch kapitanów Edwarda Smitha z „Titanica” za błędy w nawigacji oraz Stanleya Lorda z „Californiana”, który rzekomo za późno rozpoczął akcję ratunkową. Współczesna obliczenia wskazują, że „Carpathia” była za daleko i nie mogła widzieć sygnałów ratunkowych.

Do popularności „Titanica” mogła się przyczynić coraz większa dostępność gazet, książek oraz chociażby to, że już w 1912 roku nakręcono dwa pierwsze filmy o jego katastrofie. Oczywiście nieme. Na temat tej tragedii napisano setki artykułów, dziesiątki książek, powstały zarówno filmy dokumentalne jak i fabularne. Nawet Niemcy zrealizowali w 1943 r. na zamówienie nazistowskiego wydziału propagandy film „Titanic”. Dzieło miało być policzkiem wymierzonym brytyjsko-amerykańskiemu kapitalizmowi. Warto wspomnieć, że część scen kręcona była w Sopocie, a te z tonięcia statku filmowano na pokładzie liniowca „Cap Arcona”, wykorzystywanego później do ewakuacji więźniów obozu koncentracyjnego Neuengamme.

Te wszystkie obrazy kojarzone z „Titanikiem” można odczytywać dwojako. Na przykład słynna orkiestra, która grała do końca, żeby uspokoić tonących pasażerów. Z jednej strony romantyczny mit, historia poświęcenia. Z drugiej przez spokojną muzykę pasażerowie nie byli świadomi zagrożenia i nie chcieli wsiadać do szalup, pierwsze łodzie odpłynęły prawie puste.

Zatonięcie „Titanica” było nieszczęśliwym zbiegiem różnych czynników: niefortunna pora roku, lubiący brawurę kapitan statku, zaniechanie telegrafistów, którzy ze zmęczenia lub braku odpowiednich procedur, nie przekazali na mostek depeszy o górach lodowych, brak odpowiedniej liczby kamizelek ratunkowych i szalup. Utwierdzenie pasażerów, poprzez nachalną reklamę, że statek jest niezatapialny. To wszystko złożyło się na tragedię - absurdalną i niepotrzebną, której można było uniknąć.

Rozmawiała Ewa Opawska