Co królowało w menu w epoce PRL-u? I czym Polacy gasili pragnienie oraz zaspokajali potrzebę schłodzenia się? Dziś wystarczyłoby wejść do najbliższego sklepu i wyjąć z lodówki napój znanej marki. Wtedy nie było tak łatwo. Owszem do sklepu można było wejść i zapytać o zimny, gazowany napój, ale to, czy się go dostanie nie było już wcale tak pewne.

Powodem, jak pisze Błażej Brzostek w książce "PRL na widelcu", był co roku ten sam a właściwe trzy te same problemy. Pierwszy to zła dystrybucja, drugi - brak tlenku węgla, trzeci - brak "opakowań szklanych". Wszystkie trzy, jak to wówczas bywało, często występowały jednocześnie. I choć co roku w prasie na początku lata pojawiały się obietnice, że tym razem będzie lepiej, we wrześniu, gdy podsumowywano sezon, znowu było źle.

Tuż po wojnie napojem, który można było dostać na ulicy było piwo albo kwas chlebowy. Ten drugi, choć dziś święci tryumfy i jest jednym z bardziej "trendy" napitków wśród bywalców takich modnych lokali jak chociażby burgerownie, wówczas nie cieszył się aż takich uznaniem. O wiele bardziej Polacy pokochali gazowaną wodę z saturatora. Pierwszą partię tych urządzeń sprowadzono z ZSRR w 1955 roku. "Te wózki zawierające butle z wodą, poddawaną gazowaniu tlenkiem węgla i wlewaną do szklanek, staną się na niemal cztery dziesięciolecia fragmentem codzienności większych miast, wytwarzane już przez warszawską Spółdzielnię Mechaników" – pisze Brzostek. Z ZSRR sprowadzono również samoobsługowe automaty, w których na metalowej szafce z półką stała szklanka. Gdy wrzuciło się monetę do szklanki wlewała się woda. Często jednak tuż po zainstalowaniu automatu, szklanka znikała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Musztardówka na łańcuchu

"Ubawił nas jednak widok takiego automatu w Śródmieściu ze szklanką w metalowej obrączce i na łańcuszku. Czyżby nie było już innego, bardziej higienicznego wyjścia przed kradzieżą. Bolek L." – list tej treści od jednego z czytelników dotarł do redakcji "Życia Warszawy" 7 sierpnia 1974 roku. Dlatego też najlepiej sprawdzały się tzw. "musztardówki", do których bez problemu można było przymocować łańcuch, a to ze względu na wręby, które posiadały. Jednak często nawet i takie zabezpieczenie nie odstraszało złodziei.

Maszyny nie tylko pozbawione były szklanek, ale też non stop się psuły, bo ci, którzy chcieli przechytrzyć automat zamiast pieniędzy, wrzucali do niej, co się tylko dało i co w jakikolwiek sposób przypominało monety. Na przywilej bezproblemowego korzystania z automatu mogli liczyć milicjanci albo pocztowcy. Te grupy zawodowe w czasach PRL otrzymywały specjalne żetony, które pozwalały im na bezgotówkowy zakup wody gazowanej.

A Polacy zimnych napojów domagali się na każdym kroku. "Nastały ciepłe, niekiedy nawet upalne dni, a z nimi…stała gonitwa za piwem butelkowym, limoniadą, oranżadą. Brak dostatecznej ilości piwa i innych napojów w bydgoskich kioskach tłumaczą brakiem butelek i zamknięć" – pisał z kolei czytelnik "Ilustrowanego Kuriera Polski" 1 czerwca 1956 roku.

Problemem były również chłodziarki do napojów, a właściwie ich brak. Niedbale płukane wielokrotnie używane butelki, w których znaleźć można było osad albo i martwą muchę, ale przede wszystkim głównym, jeśli nie największym zmartwieniem handlowców był brak tlenku węgla, którym gazowano nie tylko napoje w sklepach, ale także saturatory, czy syfony, które obecne były w prawie każdym domu.

Sok z landrynek

Bywało, że woda gazowana zanim dotarła na sklepowe półki, znikała już, gdy tylko dostawczy samochód zaparkował przed sklepem. Być może również, dlatego ta z saturatora cieszyła się tak dużym uznaniem. Za szklankę czystej trzeba było zapłacić 50 groszy, za tę z sokiem 1-1.50 złotych. Często pod automatami z wodą ustawiała się kolejka spragnionych, dzierżąca butelki po mleku. – To był pomysł niestety nietrafiony, bo te butelki były zbyt duże, aby podstawić je pod dystrybutor – wyjaśnia pan Eugeniusz, który zajmował się konserwacją saturatorów i automatów. W czasach PRL często oprócz tlenku węgla brakowało również soku do słodzenia wody. Czasem przygotowywano go z cukru i barwnika spożywczego, ale gdy i z tym był problem to, jak wyjaśnia pan Eugeniusz, w gorącej wodzie rozpuszczało się landrynki.

Woda z saturatora swoją żartobliwą nazwę "gruźliczanki" zyskała ze względu na sposób, w jaki myto używane w nim szklanki. Odbywało się to za pomocą specjalnego natrysku. Wiele osób uważało, że są one myte wodą, która trafia z powrotem do zbiornika a z niego do szklanki. Był to jednak mit. – Zdarzało się, że kiedy woda się skończyła, trzeba było pojechać w jakieś najbliższe podwórko i ją uzupełnić. Pewnie niektórzy sprzedawcy mogli ją oszczędzać – stwierdza pan Eugeniusz. Saturatory na dobre zniknęły z polskich ulic w latach 90. Zanim jednak do tego doszło zamiast szklanek, pojawiły się w nich plastikowe kubeczki jednorazowego użytku.

W latach 80. gdy ciężki kryzys znowu dotknął także sprzedaż napojów chłodzących, prywatni przedsiębiorcy świetnie zarabiali, jak pisze Brzostek, na produkcji barwionych chemicznie napojów, sprzedawanych w plastikowych torebkach, w które wbijało się słomkę. W ten sposób radzono sobie także z brakiem butelek. Napoje w woreczkach można było kupić główni w warzywniakach albo na plażach.

Polewa czekoladopodobna

Polacy chłodzili się podczas upałów także lodami. W mniejszych miejscowościach, jak chociażby słynnym do dziś z produkcji tego przysmaku, Jadowie znajdującym się w województwie mazowieckim, w powiecie wołomińskim, działały prywatne lodziarnie, które wytwarzały gałkowane lody według własnej receptury. Szersze grono Polaków musiało zadowolić się tym, co akurat było w sklepach a najczęściej były to lody Calypso w formie kostki oraz Bambino na patyku. Zazwyczaj można było dostać smak śmietankowy, od czasu do czasu dostępny był również smak kakaowy, owocowy, czy kawowy. Oprócz wersji „saute”, dostępna była także ta w polewie czekoladopodobnej. Furorę robiły także lody włoskie z automatu, które podobnie jak Calypso, czy Bambino, trzeba było zjadać dosyć szybko, bo miały tendencję do szybkiego roztapiania się.

Prywatni przedsiębiorcy rozwijali swoje interesy, wraz ze wzrostem liczby osób, które wybierały się na wczasy pracownicze, ale i coraz bardziej popularnej od lat 70. turystyki indywidualnej. Powołany do życia Fundusz Wczasów Pracowniczych rzeczywiście dawał możliwość wypoczynku ogromnej masie pracowników, ale nie zawsze nadążał z ich wyżywieniem. Brzostek przytacza w swojej książce m.in. informację o tym, że w zakopiańskim domu wypoczynkowym w 1952 roku wczasowiczom powiedziano, aby sami kupili sobie noże, widelce i łyżki, bo "w innym wypadku nie będą jedli". "Na ogół jednak jadano, choć narzekano też na niewielką treściwość wypoczynkowego pożywienia z wielkich kuchni. To ono właśnie, obok innych zjawisk nieprzewidywalnych, takich jak pogoda i towarzystwo w przydzielonym pokoju, stawało się kluczową informacją na słanych do domów kartkach pocztowych" – pisze Brzostek.

W wytycznych "Żywienia Zbiorowego 6/1952" wyczytać można, że w myśl instrukcji MHD i CRZZ wczasowiczowi w ciągu dwóch tygodni wypoczynku przysługuje 2,3 kg mięsa i przetworów mięsnych oraz 1 kg różnych tłuszczów. Poza tym wczasowicz otrzyma dziennie 45 dkg pieczywa, pół litra mleka, 05 kg warzyw, 0.5 kg ziemniaków, cukier, śmietanę, ser. Instrukcja gwarantowała stałe jednakowe przydziały dla wszystkich domów wczasowych.

Marmolada, słodki kompot i kakao

Śniadania FWP składały się głównie z owsianki, kromki chleba z kawałkami masła, marmolady, krojonego sera żółtego, kakao lub herbatą w słomkowym kolorze. Obiady z kolei kojarzyły się głównie z zupami ze sporą porcją ziemniaków, małymi kotletami, surówkami oraz słodkim kompotem. Na kolacje często podawano coś na ciepło jak chociażby parówki, czy kaszankę.

W pewnym momencie "na ratunek" problemów z urlopowym wyżywieniem przyszła właśnie tzw. mała gastronomia. Większe wytwórnie zaopatrywały ją m.in. w lody, jagodzianki sprzedawane z wózków, budek, które pojawiały się na deptakach albo kursowały po plażach. Urlopowicze mogli napić się rzecz jasna wody z saturatora, zjeść kiełbaskę z rusztu, czy szaszłyk. Popularne stały się także "barobusy", tworzone z przyczep do ciężarówek albo wagonów kolejowych. Obok nich pojawiały się namioty konsumpcyjne. Z roku na rok liczba turystów rosła tak, że "uspołeczniona gastronomia zostawiała miejsce ajentom i prywatnym przedsiębiorcom, którzy otwierali sklepiki, malutkie bary, smażalnie ryb, mieszczące się w rozmaitych improwizowanych budkach".

Z kolei w czasach "późnego Gierka" jak zauważa Brzostek rozpoczęła się era zapiekanek z żółtym serem, hot-dogów, pseudo-pizzy, która miała trzy centymetry grubości oraz flądry jedzonej z papierowej tacki. Po miejscowościach turystycznych krążyły natomiast sklepy-autobusy, zatrzymujące się na żądanie i wyposażone w artykuły spożywcze.