Czarno-biała fotografia w 1973 roku. Trzej mężczyźni w mundurach idą w kierunku obiektywu, między nimi niski cywil w garniturze, za nimi – bliżej nieokreślone budynki, na słupach latarnianych powiewają czerwone i biało-czerwone flagi. Mężczyzną w cywilu jest wiceminister spraw wewnętrznych generał Mirosław Milewski, mundurowi to oficerowie z kadry Jednostki Wojskowej 266, czyli Ośrodka Szkolenia Kadr Wywiadu. Tam też wykonano to zdjęcie, otwierające wydaną przez Czerwone i Czarne książkę „Szkoła Szpiegów”. Fotografia miała upamiętniać zakończenie pierwszego kursu.

Szkoła w Starych Kiejkutach na Mazurach działa od ponad 40 lat, ale dopiero teraz doczekała się pierwszej porządnej publikacji na ten temat. Otoczona nimbem tajemniczości, nieistniejąca dla osób postronnych w czasach PRL i wielokrotnie nagłaśniana w III RP za sprawą licznych doniesień medialnych, choćby w sprawie tajnych więzień CIA, została właśnie opisana przez Piotra Pytlakowskiego, dziennikarza tygodnika „Polityka”.

Specjalizujący się w tematach związanych ze służbami mundurowymi i specjalnymi publicysta znany z mocnych tekstów o polskim świecie przestępczym tym razem wchodzi w świat szpiegów – pokazuje zasady rządzące tym środowiskiem, przypomina najważniejsze operacje i zadania i, co szczególnie interesujące, skupia się również na metodach szkolenia pracowników służb i pozyskiwania agentów.

Na pierwszy kurs w październiku 1972 roku wysłano 50 starannie wyselekcjonowanych kandydatów. 50 z ponad 1000 chętnych. Nie znali się, nie wiedzieli o sobie nic, zakaz zadawania pytań i prowadzenia rozmów dostali zanim jeszcze trafili do mazurskiego ośrodka. – Zachowanie tajemnicy to był pierwszy obowiązek – opowiada w książce „Szkoła Szpiegów” generał Gromosław Czempiński, absolwent pierwszego rocznika szkolenia w Starych Kiejkutach. – Każdy z nam miał swoją legendę, fikcyjny życiorys, fikcyjne imiona i nazwiska. Musieliśmy bronić tej legendy, żeby koledzy nie poznali, kim naprawdę jesteśmy. Na szkole miałem nazwisko Andrzej Nowak. Do czasu pierwszej placówki używałem tego nazwiska – dodaje.

Wykładowcami były również kobiety, jak przyznaje generał Czempiński, budzące szczególny podziw. Szczególnie jedna, która prowadziła kurs języka francuskiego, oficer wywiadu, wycofana ze Szwajcarii z powodu czyjejś zdrady.

Uczono nas obserwacji, sztuki werbunku, sporządzania tajnopisów, fotografii, tworzenia szyfrogramów, prowadzenia rozmów tak, by szybko wyciągnąć kwintesencję. Były zajęcia z psychologii, karate, strzelanie i oczywiście języki – wylicza.

Każdy, kto był kierowany do szkoły, powinien po pierwsze – mieć magisterium; po drugie – być kawalerem, ponieważ jednym z elementów asymilacji w czasie misji za granicą było małżeństwo z miejscową kobietą. Takich agentów nazywano nielegałami, od rodzaju ich misji, oraz śpiochami, bo często przez lata pozostawali w uśpieniu, prowadząc normalne życie rodzinne, zanim dostali sygnał do działania. W czasie zagranicznych zadań mieli odgrywać oficjalne „przykrywkowe” role – dyplomatów, handlowców. Po latach służby być może udałoby im się awansować na oficerów trzymających w garści nitki prowadzące do poszczególnych mniejszych siatek. Tak z grubsza wyglądała perspektywa ich karier.

– Słuchacze podzieleni byli na pięć drużyn – wspomina w rozmowie z Pytlakowskim anonimowy agent, absolwent Starych Kiejkut. Podkreśla, że uczyli ich najlepsi polscy agenci. – Na przykład człowiek, który był aresztowany w Niemczech Wykonał jakieś zadanie i złapali go Niemcy. Ale się z tego jakoś wywinął. (…) Pokazywali też filmy z podglądu. Jeden zapamiętałem: z ukrycia filmowano jakichś Niemców w Polsce, podstawiono im prostytutkę polską i się z nią zabawiali. To był dobry materiał do szantażu, ale my to oglądaliśmy jako dobrego pornusa.

Na co zwracają uwagę rozmówcy Pytlakowskiego, to fakt, że kursanci mieli łatwy dostęp do alkoholu. Szkolny barek wyposażony był w drogie trunki i choć można było z niego swobodnie korzystać, przyszli szpiedzy słusznie podejrzewali tu podstęp. Każdy z nich był uważnie obserwowany, kontrolowany, ile lubi pić, po jakie alkohole sięga, czy łatwo się upija i co wtedy mówi. Abstynent miał małe szanse sprawdzić się w tej służbie, ale człowiek z dużym zamiłowaniem do alkoholu także nie miał szans trafić do pracy operacyjnej.

Jak wspomina jeden z bohaterów książki, o wiele lepiej było wymknąć się z ośrodka i spokojnie napić z kolegami w lokalnej knajpce.

– Kurs składał się z trzech etapów – wyjaśnia Vincent Severski, również absolwent szkoły szpiegów, a dziś pisarz i publicysta zajmujący się tematyką służb specjalnych. Poziom pierwszy – szkolenie operacyjne, czyli nauka werbowania i prowadzenia rozmów z kandydatami na agentów. Poziom drugi – języki obce, techniki operacyjne, w tym kryptologia, mikrofotografia i wiele technik już dawno zapomnianych i wypartych ze służb przez nowoczesne technologie.

Po pewnym czasie przyszli szpiedzy dostawali pierwsze zadania. To był poziom trzeci szkolenia. Jednym z najprostszym było zgubienie tak zwanej obserwacji, czyli innych pracowników służb śledzących kursanta. Innym razem adepci musieli na przykład zebrać jak najwięcej informacji o nieznanym im człowieku, o którym wiedzieli jedynie, gdzie mieszka. Innym zadaniem było uczenie się, jak bezpiecznie wejść do lokalu kontaktowego, jak ustalić, czy jest się śledzonym. I najważniejsze, jak nauczyć się wybiegania dwa kroki przed wszystko, co chce się zrobić.

– To nie jest tak, że wypiłeś kawę i mówisz do żony: mam dziś spotkanie z agentem, lecę na spotkanie, będę później. Tu się planuje cały dzień i każdy ruch musi być uzasadniony, każda czynność, każde wejście – wyjaśnia Severski w rozmowie z Pytlakowskim. – To ma wyglądać tak, żeby obserwacja miała wrażenie, że ten facet po prostu sobie idzie i niczego nie podejrzewa. Oficer wywiadu na trasie nigdy się nie ogląda, to nie jest tak jak na filmach, spojrzenie do tyłu może zdyskwalifikować go natychmiast.

„Filmowe” zadania czekały go za granicą. Między innymi werbowanie agentów i związane z tym zagrożenia. – Musiałem raz uciekać, bo była na mnie przygotowana zasadzka. To działo się w zachodniej Europie. Cudem udało mi się zwiać. (…) Okazało się, że mój agent był podwójny, przewerbowany. Wybrałem lokal na spotkanie, wszystko było przygotowane. Zanim się z nim spotkałem, dwa razy pojechałem, przygotowałem trasy sprawdzeniowe, przygotowałem miejsca, punkty, kontakty na przekazanie materiałów BRP (błyskawiczne przekazanie materiałów) – opowiada. – Ten facet nigdy się nie denerwował, twardy był, a na tym spotkaniu latał cały jak galareta. (…) Pili mnie, bierz dokumenty, przywiozłem ci. No to ja nie biorę od niego dokumentów i oddaję mu na jutro godzinę i miejsce nowego spotkania. Na drugie spotkanie już nie poszedłem, gdyby wziął te materiały, to bym siedział, bo później się okazało, że oni na to czekali – dodaje.

Przy werbowaniu kobiety na agenta wszystko zależy od sytuacji, jak daleko można się posunąć. Każde przekroczenie zasad natychmiast niesie emocje. Jeżeli kobieta się zakocha, miewa różne pomysły, na przykład że zostanie żoną szpiega. Oficer wywiadu musi pamiętać, że najgorsza rzecz to zawiedziona miłość agentki – ona staje się wówczas nieobliczalna.
– Piotr Pytlakowski, „Szkoła Szpiegów”

Inną kwestią było wynagradzanie zwerbowanych i pozyskanych współpracowników. – To są bardzo różne kwoty. Czasami są ludzie, którzy ryzykują życie, a nie dostają wcale dużych pieniędzy. Mają inne motywacje – odpowiada enigmatycznie Severski. – Czasami za 100 dolarów można kupić informacje, a w innych przypadkach za setki tysięcy jedynie dyspozycyjność osoby, która ma możliwości zdobycia cennych informacji.

Nierzadko okazywało się, że wiedza i umiejętności wyniesione z kursów w Starych Kiejkutach nie przystawały do realiów pracy agenta na Zachodzie. Interesujące spostrzeżenia na ten temat przekazał w rozmowie z Piotrem Pytlakowskim generał Marian Zacharski, który w 1981 roku został schwytany w USA i skazany za szpiegostwo na dożywocie, a potem wymieniony na 25 złapanych w Europie Wschodniej współpracowników amerykańskiego wywiadu. Opowiadał, jak szef jego wydziału w Warszawie instruował go, jak uniknąć obserwacji pieszej, podczas gdy w wielu miejscach w Los Angeles, gdzie działał Zacharski, nie było nawet chodników, bo wszyscy poruszali się samochodami. Pojawił się również problem, gdy polski agent musiał sfotografować jednorazowo po kilka tysięcy dokumentów dostarczanych przez jego amerykańskiego współpracownika. Gdyby używał standardowych klisz, za każdym razem zostawałaby mu walizka filmów do wywołania. A to by znacznie podniosło ryzyko wpadki.

„W miejscowym sklepie z akcesoriami filmowymi kupował filmy Kodaka” – wyjaśnia Pytlakowski. – „Przekazywał je oficerowi wywiadu z paszportem dyplomatycznym, który z kolei wysyłał je w poczcie dyplomatycznej do Polski. Tam taśmę filmową odpowiednio preparowano. Pozostawiano kasetę, rozbiegówkę i końcówkę, bo tam były kody wskazujące, gdzie film wyprodukowano, kiedy i jaki miał numer seryjny. Po tym można było dojść, dokąd skierowany został do sprzedaży. Resztę filmu wymieniano na taśmę o wysokiej rozdzielczości adekwatną do fotografowania dokumentów. Przygotowywana była w NRD. Z tak uzdatnionego filmu mógł na swojej kamerze zrobić od półtora do dwóch tysięcy zdjęć” – wyjaśnia autor.

Oprócz rozmów z byłymi pracownikami wywiadu, które stanowią pierwszą część książki, w „Szkole Szpiegów” znajdziemy interesujący zabieg. Jej drugą częścią jest opowieść o agencie nazwiskiem Janowicz, postaci fikcyjnej, będącą – jak przyznaje Piotr Pytlakowski – kompilacją kilku polskich nielegałów i ich oficerów operacyjnych. Taka konwencja nie dość, że ułatwia autorowi zadanie, pozwalając mu zachować w sekrecie informacje i okoliczności pozwalające na identyfikację prawdziwych bohaterów, to przy tym dobrze podsumowuje historię PRL-owskiego Ośrodka Szkolenia Kadr Wywiadu. Historię, która mocno zakorzeniona jest w poprzedniej epoce i która jeszcze długo nie dobiegnie końca. Tym ostrzej prezentuje się szpila, jaką dziennikarz wbija służbom wywiadowczym na sam koniec:

Nie mogę jedynie podziękować Agencji Wywiadu, która dzisiaj zawiaduje Szkołą Szpiegów w Kiejkutach. Napisałem do centrali e-maila na adres podany na jej stronie internetowej z prośbą, abym mógł pod opieką oficera zwiedzić ośrodek szkolenia. Wyłuszczyłem, kim jestem i że zbieram materiał do książki. Gdyby odpowiedzieli, że to niemożliwe, nie byłoby sprawy, zrozumiałbym i nie miał pretensji. Chodzi o to, że nie odpowiedzieli nic, ani słowa. Zignorowali moją prośbę. Jak mawiał były prezydent: ani me, ani be, ani kukuryku. Zachowali się, delikatnie mówiąc, nieelegancko. Głupio mi trochę, że muszę im wytknąć, że skoro działają wyłącznie na mój koszt i innych podatników, powinni nauczyć się trochę kultury. Na listy się odpowiada, nawet kiedy wydaje ci się, że jesteś elitą elit.

Piotr Pytlakowski, "Szkoła Szpiegów", Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2014