W wstępie napisał Pan, że "Atomowy szpieg" "zdecydowanie nie jest kolejną odsłoną jałowej i trwającej bez końca dyskusji pod hasłem <bohater czy zdrajca>”. Dlaczego zdecydował się Pan napisać książkę o pułkowniku Kuklińskim. Co ta pozycja ma wnieść w świadomość Polaków?

Napisałem tę książkę, bo nikt wcześniej podobnej nie napisał. Oczywiście były w latach 90-tych różne książki, wydawane najczęściej przez postkomunistów, ale o wątpliwej wartości merytorycznej. Materiały na temat płk. Kuklińskiego, które są ogólnodostępne dla historyków czy dziennikarzy, nie zostały nigdy w takiej skali wykorzystane. Nikt z badaczy polskich nie pokusił się o próbę naukowego naszkicowania sylwetki płk. Kuklińskiego. Pojawiały się wprawdzie artykuły, ale najczęściej okolicznościowe, tak jak miało to miejsce ostatnio przy okazji projekcji filmu Władysława Pasikowskiego "Jack Strong". Nie ukrywam, że właśnie ten film w dużej mierze zainspirował mnie do napisania książki.

Z jakich źródeł Pan korzystał?

Głównie były to archiwalia wojskowe przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej. Akta osobowe płk. Kuklińskiego, różnego typu materiały operacyjne Wojskowej Służby Wewnętrznej, ale również dokumentacja dotycząca Układu Warszawskiego i tego, co możemy nazwać założeniami doktryny wojennej PRL i Układu Warszawskiego. Do tego należy dołączyć bardzo ważne dokumenty, które na temat działalności płk. Ryszarda Kuklińskiego opublikowała amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza, czyli blisko 4 tysiące stron materiałów. Oczywiście dostępna również literatura naukowa i pamiętnikarska.

Na przełomie 49-50 roku płk Kukliński wpadł w tarapaty. W armii odkryto, że podał fałszywą datę urodzenia i należał do antykomunistycznej organizacji "Miecz i Pług". W marcu 1950 wykluczono go z partii, a pod koniec lipca tego roku wyrzucono ze szkoły piechoty. Wydawało się, że to koniec jego kariery w wojsku. Potem jednak nastąpił nieoczekiwany zwrot. Okręgowa Komisja Kontroli partyjnej, do której odwołał się płk Kukliński, nakazuje przywrócić go w prawach ucznia Oficerskiej Szkoły Piechoty. Parę dni później znów był członkiem PZPR. Badał pan bardziej szczegółowo ten wątek?

Oczywiście, że badałem ten wątek, ale dochodząc do jakiegoś momentu, byłem bezradny. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego fenomenu, który spowodował, że mimo tych kar, którego na niego spadły, on się zdołał reaktywować i być ponownie przyjętym do oficerskiej szkoły. Musiał mieć protektorów.

Pisze Pan "Wszystko wskazuje na protekcję kogoś z partii, kadry dowódczej lub tajnych służb"...

Może być wszystko naraz. Trudno jednak w tym przypadku wskazać na jakąś konkretną osobę, która spowodowała, że przywrócono go do służby. Ze względu na skąpy materiał źródłowy tej sprawy, trudno jest w tej kwestii coś więcej powiedzieć. Hipotetycznie rozważam różne warianty. Na przykład, że kontrwywiad wojskowy uznał, że to jest ich człowiek, człowiek zaufany, a po linii partyjnej ktoś mógł uznać, że to jest jednak interesujący facet, którego tak nie można traktować. Tym bardziej, że zgodnie z duchem czasu Kukliński złożył samokrytykę.

Po zamknięciu tej sprawy Kukliński stał się niemal wzorowym komunistą i potem jako "osoba zaufana" współpracował z Wojskową Służbą Wewnętrzną. Co oznaczał termin "osoba zaufana"?

Jest to jedna z kategorii agenturalnej Wojskowej Służby Wewnętrznej. Po tym terminem krył się zazwyczaj oficer, który udzielał informacji kontrwywiadowi wojskowemu. Ta relacja nie była jednak do końca sformalizowana. "Osoba zaufana" nie posiadała pseudonimu, nie pisała odręcznych meldunków i nie pobierała za to wynagrodzenia od oficera prowadzącego. Więc była to taka luźniejsza forma współpracy. W przypadku płk Kuklińskiego zaczęło się to w 1962 r. i trwało w zasadzie do końca, do 1981 r. Ostatnie opinie jakie uzyskał ze strony WSW, konkretnie z wiosny 81 roku, były entuzjastyczne. To pokazuje, że w środowisku tajnych służ cieszył się sporym uznaniem.

Sugeruje pan, że paradoksalnie te związki z wojskowymi służbami pomogły później płk. Kuklińskiemu w... uniknięciu wpadki związanej ze swoją działalnością na rzecz CIA. Dlaczego?

Bo on był właśnie "osobą zaufaną". Na różnych płaszczyznach wytworzył wokół siebie pewną atmosferę zaufania. Dużą rolę odgrywała w tym przypadku współpraca z tajnymi służbami. Ale nie tylko. Trzeba wziąć jeszcze pod uwagę płaszczyznę partyjną, bo Kukliński od lat 50. był aktywistą PZPR. Jeszcze 7 listopada 1981 r., w dniu w którym uciekał na Zachód, wziął udział w partyjnej nasiadówce w Zarządzie I Operacyjnym Sztabu Generalnego. Trzecią płaszczyzną, która pomogła mu w wytworzeniu specyficznej atmosfery zaufania, to związki z kadrą dowódczą LWP, która z czasem, w wyniku kryzysu lat 80-81, stała się kadrą przywódczą PRL. I wreszcie na koniec rzecz, którą on sam bardzo mocno podkreślał - związki z Sowietami. Płk Kukliński obnosił się z tym, że ma bardzo dobre relacje z oficerami sowieckimi. To wszystko powodowało, że miał opinię człowieka nietykalnego, jakby poza podejrzeniami. Tak zresztą powiedział Czesław Kiszczak. Kukliński cieszył się jego zaufaniem, przyjaźnili się. Byli razem na kursie strategiczno-obronnym w Moskwie w ’75 roku. Kiszczak sam zresztą mówił, że z kasy Zarządu II Sztabu Generalnego pożyczał mu nawet pieniądze.

Adwersarze płk Kuklińskiego twierdzą, że był on podwójnym agentem, miał pracować dla sowieckiego GRU…

Oni tak mówią, ale nie podają żadnych faktów i źródeł tej argumentacji. Ja hipotetycznie rozważam i taki wariant, ale tutaj historyk nie jest w stanie nic więcej zrobić ponad to, co może wyczytać w dokumentach. Z tych dokumentów i nawet z tych relacji, które przytaczają jego adwersarze, wynika jednoznacznie, że płk Kukliński nie pracował dla GRU. Hipotetycznie mogło tak być, że na kursie strategiczno-obronnym w Moskwie został zwerbowany przez GRU, ale śmiem twierdzić, że gdyby tak się nawet stało, to byłaby to z jego strony gra operacyjna, do której w dodatku namawialiby go sami Amerykanie. Byłby to dodatkowy płaszcz ochronny, jeszcze lepiej konspirujący jego działalność szpiegowską w strukturze LWP. Niestety, nie dysponujemy w tym wypadku jakąkolwiek dokumentacją.

Sporo miejsca poświęca Pan sytuacji rodzinnej płk. Kuklińskiego, o której można powiedzieć, że do wzorcowych nie należała. Wiadomo, że nie stronił od romansów. Do tego kłopoty z synami. Bogusław Kukliński nadużywał alkoholu, sięgał też po narkotyki. Płk Kukliński w wojsku uchodził za kobieciarza. Pan twierdzi, że celowo w ten sposób budował sobie pewną legendę potrzebną w pracy wywiadowczej. Na czym ona polegała?

To był człowiek, który w zasadzie nie miał życia rodzinnego, zwłaszcza po nawiązaniu współpracy z Amerykanami. Wynikało to oczywiście z cech jego charakteru, jego pracy i z jego szpiegostwa. Płk Kukliński od 1975 roku nie mógł być łącznikowany przez pracownika CIA na terenie Polski. Więc należało stworzyć system komunikowania się z CIA za pośrednictwem tzw. martwych skrzynek, zakonspirowanych skrytek w kamieniach czy drzewach, w których płk Kukliński mógłby pozostawiać materiały dla Amerykanów i odbierać od nich ewentualnie instrukcje wywiadowcze. Przykrywą dla obsługi tych martwych skrzynek były bardzo często kobiety, z którymi Kukliński wyjeżdżał poza miasto na leśne wycieczki. Z materiałów, które są dostępne wynika, że było to kilkanaście kobiet. Wszystkie w zasadzie opowiadają ten sam scenariusz: przyjeżdżają do lasu, mówi, że idzie za potrzebą, znika na ok. 15 minut, w tym czasie obsługuje martwą skrzynkę, wraca i w zależności od nastroju albo wracał do Warszawy albo z tą panią mile spędzał czas…

Polacy byli, są i zapewne będą podzieleni w kwestii oceny płk. Ryszarda Kuklińskiego. Pan nie chce, żeby książka „Atomowy szpieg” była kolejnym kamyczkiem do dyskusji "bohater czy zdrajca", wzbrania się Pan przed tym. Ale z pewnością ma Pan opinię na temat tej postaci.

Ja mam do niego złożony stosunek, ale nigdy nie nazwałbym go zdrajcą. Ta złożoność wynika z tego, że istnieje pewne napięcie w ukazywaniu Kuklińskiego jako pewnego wzoru cnót dla oficera wojska polskiego w wolnej Polsce. Ale nieprzypadkowo kończę swoją książkę jego wypowiedziami, z których wynika, że on wcale nie chciał żeby tak go postrzegano, nie chciał być swoistym punktem odniesienia. Punktem odniesienia może być gen. Kazimierz Sosnkowski, gen. Stanisław Kopański czy gen. Władysław Anders. To są ideały polskiego żołnierstwa, a nie on.I on to rozumiał. Myślę, że to jest uczciwe podejście do tej kwestii. Był to człowiek, który w walce z sowietami, w obnażeniu ich doktryny wojennej, odegrał bardzo ważną rolę. Jakby jednoosobowa konspiracja stała się bardziej skuteczna niż konspiracja 10 milionów członków Solidarności. I na tym polega właśnie fenomen Kuklińskiego.

Płk Ryszard Kukliński - zastępca szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego, współpracownik CIA o pseudonimie Jack Strong. Współpracę z amerykańskimi służbami nawiązał w 1972 roku podczas rejsu swoim jachtem do portów Europy Zachodniej. Do 1981 roku Kukliński przekazał CIA ponad 40 tysięcy stron dokumentów dotyczących ZSRR i Układu Warszawskiego. Wśród nich były m.in. plany wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. W obliczu zagrożenia dekonspiracją został w listopadzie 1981 roku ewakuowany z Polski przez pracowników amerykańskiej ambasady. W 1984 roku został skazany zaocznie na karę śmierci. W 1995 roku wyrok uchylono i przywrócono mu stopień pułkownika. Kukliński odwiedził Polskę w 1998 roku. Sześć lat później zmarł na udar mózgu w amerykańskiej Tampie. Prochy płk. Kuklińskiego w czerwcu 2004 roku spoczęły w Alei Zasłużonych na Wojskowych Powozkach. 

S. Cenckiewicz, Atomowy szpieg. Ryszard Kukliński i wojna wywiadów, Zysk i S-KA