Sochy na Lubelszczyźnie, 1 czerwca 1943 roku. Dzień Dziecka, który tego dnia zamienił się w piekło dzieci. O świcie wieś otoczyli Niemcy. Zaczęli zbliżać się do zabudowań, z kilku stron, schodząc ze wzgórz od północy i południa, zaludniając drogę od wschodu i zachodu. To miała być kara za to, co wydarzyło się kilka dni wcześniej, kiedy we wsi pojawili się dwaj mężczyźni pytający o broń. Nie wiadomo, czy sołtys, do którego się zgłosili, coś im sprzedał, czy raczej od razu wezwał partyzantów. Dwaj podejrzani mężczyźni byli folksdojczami. Na co liczyli, czy ich akcja miała być elementem prowokacji, czy szaleńczą misją, tego nie wiadomo. Wiadomo, że źle się skończyła. Kiedy wracali, natknęli się na leśnych. Padły strzały, jeden padł trupem. Drugi uciekł. Oto preludium do tragedii, która odciśnie się na rodzinie Anny Janko.

„Policja wojskowa i oddziały specjalne z Zamościa przejrzały miejscowość bandytów, Sochy, 27 kilometrów od Zamościa. Podczas walki miejscowość zapaliła się. Przez wkraczające do walki siły powietrzne wieś i ludność zostały unicestwione” – zredagowany po niemiecku meldunek takiej treści zachował się w Archiwum Państwowym w Lublinie. Co kryje się pod tymi kilkoma suchymi zdaniami? Tragedia wsi, którą historia stawia w jednym rzędzie z trzema innymi miejscowościami, które w czasie wojny spotkał podobny los. Sochy w Polsce. Lidice w Czechach. Mazinote we Włoszech. Oradour-sur-Glane we Francji.

Anna Janko, opowiadając historię własnej matki, która cudem ocalała z rzezi 1 czerwca 1943 roku, nie bawi się w niedomówienia. Tnie słowami, brutalnie, ostro, niczym pociągnięciami żyletki. Wyraźnie wskazuje sprawców. To Niemcy, nie żadni naziści. Matka domaga się nawet, by słowo „Niemcy” pisać małą literą, jak robiono to po wojnie, z pogardą, z ortografią nacechowaną nienawiścią. Ofiarami są przede wszystkim najmłodsi, nieświadomi. – Zabijanie dzieci jest szczególnym rodzajem „sportu wojennego”, bo wiadomo, że najmocniej ugodzi wroga – tłumaczy autorka „Małej Zagłady”. – „Panie, ja nie winien, nie zabijaj. Panie, co to dziecko winne?! Nie zabijaj...” – w Sochach też tak wołali.

Ta książka zostawia ślady w czytelniku. Obnażona trauma, ożywiająca tragedię sprzed ponad 70 lat, sprawia wrażenie stenogramu ze spowiedzi z kozetki w gabinecie psychologa. Zresztą jak sama autorka przyznaje, wspomnienie jej matki tkwiło w niej od zawsze, jakby podarowane w spadku. – Wierzę w coś, co można nazwać dziedziczeniem ponadgenowym, wręcz biologicznym przekazywaniem doświadczeń kolejnemu pokoleniu. To strach prenatalny, wyssany z mlekiem matki, strach, który ma uchronić młode przed niebezpieczeństwem – mówi Anna Janko. Dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że to ona sama patrzy na rozgrywającą się przed jej oczami pacyfikację rodzinnej wsi. Patrzy z jednej strony bezradnie, ale z drugiej bardzo uważnie, przedstawiając z reporterską dokładnością całe okrucieństwo, jakie tego dnia dotknęło Sochy. Jej opowieść jest jednocześnie pomostem między emocjami jej matki, 9-letniej Reni, a emocjami czytelników.

„Mamo, pomyśl, nie miałaś najgorzej. Tylko zabijanie i podpalanie. Żadnego znęcania, pastwienia się, maltretowania, nikt nawet kobiet nie gwałcił. Szli i tylko zabijali, po kolei. I to byle jak zabijali: raz trafił, raz nie, czasem poprawiać trzeba było. Strzelali, czyli dobrze, bo jak mówią, śmierć od kuli jest tą lepszą śmiercią. Niejeden człowiek by marzył od strzału umrzeć...
Pomyśl, mamo, twój tata tylko chwilę się męczył, a twój mama w ogóle, moment – i już jej nie było. Nawet nie widzieli, jak spłonął wasz nowy dom. Nawet się nie dowiedzieli, że cała wieś została spalona i zginęli prawie wszyscy. Mieli szczęście”.

Co wydarzyło się tego dnia w Sochach? Opis tragedii wypływa z rozmowy, jaką w książce Anna Janko toczy z matką. Jak opowiada Teresa Ferenc, o świcie z koszmarnego snu obudziła ją matka. Kazała się ubierać, czym prędzej („Niemcy są we wsi, palą domy, zabierają ludzi”), sama ubrała rodzeństwo jej (Jasia i Kropkę). Renia pamięta, że wszyscy zatykali w piwnicy okienka workami po kartoflach, potem wybiegli na dwór.

Każdy dom w Sochach to osobna tragedia, zasługująca na osobną opowieść – Anna Janko zawiera ją w kilku zdaniach, jak w fotograficznej migawce. Spis na końcu książki jest jak wojskowy meldunek – numer domu, nazwisko rodziny, rodzaj śmierci, liczba ofiar. W relacji na chwilę ożywają. Dziecko prosi zabitego ojca, by wstał, jeden z mężczyzn wyrywa Niemcowi karabin i w ostatnim wysiłku roztrzaskuje broń o drzewo, żołnierz strzela w brzuch ciężarnej kobiecie. I ten moment, kiedy świat Reni zatrzymuje się w jednej sekundzie. Słyszy słowa matki: „Chyba tata nie żyje, bo upadł”. Pamięta, jak podchodzi do nich dwóch Niemców w zielonych mundurach i furażerkach. Pamięta, jak jeden z nich unosi karabin i strzela do matki. Pamięta, jak potem celuje w dzieci, ale drugi Niemiec kładzie dłoń na lufie, opuszcza ją ku ziemi. Ten gest oznacza życie – dla Reni i jej młodszego rodzeństwa.

„Przeszliśmy obok taty, jego gardło drgnęło, jakby przełknął ślinę. Wtedy ja też odruchowo chciałam przełknąć, ale nie mogłam. Jakbym miała kij w gardle. Jesteśmy sierotami, taka myśl zawisła nade mną, strasznie było cicho”.

Zagłada Soch miała dwa akty. Pierwszy – likwidacja mieszkańców, dom po domu. Drugi – nalot. W sumie prawie 200 ofiar.

Z samolotów posypały się bomby, a potem pociski z kaemów. Raz jeden, raz drugi, raz trzeci samolot ze straszliwym wyciem obniżał lot i prawie że brzuchem ocierał się o zboże, które kładło się od podmuchu, a maszynowa broń pokładowa siekła ciała, martwe i żywe” – pisze w „Małej Zagładzie” Anna Janko.

Czy żołnierz, który powstrzymał kolegę przed zabijaniem, był dobrym Niemcem? – zastanawia się, kiedy rozmawiamy o rozpamiętywaniu tragedii. – W pewnym stopniu tak, bo tym gestem może sprzeciwił się temu, co działo się wokół niego. Tego dnia w Sochach mordowano wszystkich, bez względu na płeć czy wiek. Może tym dzieciom pomógł pośpiech oprawców.

Czy samoloty, które zrównały Sochy z ziemią, ocaliły pozostałych mieszkańców przed wymyślnymi torturami z niemieckich rąk, przed gwałtami, znęcaniem się, przed czymś znacznie gorszym niż szybka śmierć od kuli? Czy młody żołnierz, który na jednym z podwórek rozstrzeliwał mężczyzn i chłopców i przecierał łzy, płakał z żalu? A może tylko dym pożaru gryzł go w oczy? Przed takimi dylematami Anna Janko stawia czytelnika, jednocześnie nie podsuwając jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób wymiar historyczny „Małej Zagłady” splata się z psychologicznym i łączy się ze współczesnością. Takie pytania, jak rodzinna trauma, przechodzą z pokolenia na pokolenie. Czy można ją oswoić i pokonać? Anna Janko spróbowała tego dokonać, przelewając ją na papier.

„Zabrałam ci twoją historię, mamo, twoją apokalipsę. (...) Co mam z tą naszą historią zrobić teraz? Moje dzieci jej nie chcą. Włożę ją w szczelne zdania, w zamknięte akapity. Żeby się już ani dym, ani języki ognia, ani łzy nie pokazywały. I żebyś jej nie musiała zabierać na tamten świat”.

ANNA JANKO, „Mała Zagłada”, Wydawnictwo Literackie, 2015