Przełom września i października 1944 roku to agonia Warszawy. Oczy całego świata były skierowane na dymiące ruiny polskiej stolicy. „Mokotów padł 27 września. Dalsza walka w dwu izolowanych kotłach (Śródmieście i Żoliborz – przyp. red.) może stać się niemożliwa” – depeszował 29 września dowódca AK do Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego. „Głód. Jeśli nie otrzymamy skutecznej pomocy przez uderzenie Sowietów do 1 października, będziemy zmuszeni zaprzestać walki. O możliwości nieutrzymania się zawiadamiamy bezpośrednio Rokossowskiego” – dodawał gen. Tadeusz Bór-Komorowski, cytowany przez Andrzeja Krzysztofa Kunerta w książce „Kronika Powstania Warszawskiego”. Rosjanie jednak nie odpowiadali, a dowództwo Armii Krajowej zdawało sobie sprawę, że oczekiwanie na pomoc Armii Czerwonej może okazać się daremne.

„Rozpoczynamy trzeci miesiąc walki” – komunikat takiej treści, tuż przed upadkiem powstania nadało Polskie Radio. Był 1 października 1944 roku. „To, co zdobyliśmy w sierpniu w pierwszym miesiącu walk, musieliśmy oddać w drugim miesiącu, który był miesiącem najgorszym. Istotnie jest prawdą, że Niemcy nigdy nie zdobędą Warszawy. Warszawa już nie istnieje” – mówił lektor. Co ciekawe, ten pogląd podzielał niemiecki korespondent wojenny Sepp Haerle, który dzień wcześniej, 30 września, raportował w Radiu Berlin:

Jest to ponura i bezlitosna walka, która przekracza wyobraźnię nawet najbardziej twardych szturmowców niemieckich. Żołnierze ruchu podziemnego są zaślepieni fanatyzmem i walczą jak szaleni. Gdyby saperzy niemieccy nie wprowadzili w ruch absolutnie wszelkiej broni, którą mają w swoim arsenale – walka byłaby beznadziejna.

Czołgi, ostrzał z ciężkiej artylerii, bombardowania, wysadzanie całych kwartałów ulic, zabijanie każdego napotkanego cywila i schwytanego powstańca – takimi metodami Niemcy dławili Powstanie Warszawskie. Przeciwko sobie mieli w większości słabo uzbrojonych młodych ludzi, rzucających się na wroga – co trafnie zauważył Haerle – niczym fanatyczni szaleńcy. Wśród nich także kobiety, łączniczki, sanitariuszki. Niegdyś żołnierze w spódnicach, dziś stateczne emerytki, opowiadają Marii Bonieckiej-Fredro i Wiktorowi Krajewskiemu, co wtedy przeżywały.

Czy da się ubrać w słowa emocje wynikające z ciągłego obcowania ze śmiercią, strach przed zranieniem, bólem i utratą najbliższych? Tytułowe „Łączniczki” próbują, choć wyraźnie można wyczuć, że ponad 70 lat od tych wydarzeń wciąż nie jest im łatwo pogodzić się z własnymi wspomnieniami. Barbara Wilczyńska-Sekulska, pseudonim Penelopa, łączniczka i sanitariuszka z batalionu „Kiliński” opowiada na przykład, jak tuż przy niej zmarł jej kolega z oddziału:

Usłyszałyśmy wybuch. Wpadli chłopcy do olejarni z informacją, że są ranni. Ja, mama i koleżanka pobiegłyśmy ich opatrywać. Niemcy nie przerwali ostrzału na nasz widok. Ranny został Mietek, ps. Żbik, mój kolega z "Kilińskiego". (...) Mietka skierowano od razu na operację. Zanim położyli go na stole, poprosił mnie, żebym mu zapaliła papierosa. Więc zapaliłam mu. Mam tę scenę do dziś przed oczami. Zmarł kilka chwil po tym.

Wanda Traczyk-Stawska miała 12 lat, kiedy widziała, jak Niemcy strzelają do kobiety z niemowlęciem na ręku. W powstaniu pełniła funkcję łączniczki i strzelca, nosiła pseudonim Pączek. Widziała, jak umierał jej kolega, Andrzej Taczanowski, pseudonim Jastrzębiec, któremu seria z niemieckiego cekaemu odcięła nogi. Jolanta Mirosława Zawadzka-Kolczyńska przed powstaniem aktywnie działała w konspiracji. Przewoziła broń. Żaden z patroli nigdy jej nie zatrzymał, bo Niemcom nie przyszło do głowy, że taka filigranowa dziewczynka może nieść w teczce pistolety czy granaty. W czasie powstania brała udział w zaciętych walkach o gmach PAST-y, wieżowca przy ulicy Zielnej. Tak opowiada autorom „Łączniczek”:

Wchodziliśmy kręconymi schodami. Nie wiem, czy to było drugie czy trzecie piętro. Przede mną szedł kolega, miał czternaście lat, pseudonim Bębenek. Miał broń. Nawet nie wiem, jak on się nazywał. I nagle wyskoczył jakiś Niemiec, który rozpruł go z karabinu na pół. To było straszne, chwilę wcześniej z nim rozmawiałam i nagle nie było już człowieka. To chyba najboleśniejsze moje przeżycie z powstania. Pierwszy zabity, jakiego widziałam z tak bliska.

Wszystkie miały niebywałe szczęście. Nie tylko unikając kuli, ale też czasem wykazując się zimną krwią i opanowaniem. Tak jak Barbara Wilczyńska-Sekulska, która po upadku powstania trafiła z matką do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd Niemcy wywozili cywilów do obozów koncentracyjnych bądź na roboty w głąb Rzeszy. Basia oszukała lekarzy, że obie są ranne, dzięki czemu zostały zwolnione.

Gdy wyszłyśmy za mury, pierwszą noc spędziłyśmy w Pruszkowie w domu u kolegi powstańca, któremu też udało się wydostać z obozu. Następnego dnia postanowiłyśmy dotrzeć do Żyrardowa, gdzie mieszkał z kolei dobry znajomy ojca. Żeby dostać się do pociągu, musiałyśmy przejść przez kontrolę. Jakoś się udało. W przedziale naprzeciwko nas siedział Niemiec, nie esesman, ale wojskowy. Zaczęłam z nim rozmawiać. Znałam niemiecki dość dobrze i tak jakoś go oczarowałam, że w Żyrardowie wyprowadził mnie i mamę pod rękę, niby swoje znajome, do tego jeszcze – ponieważ była już godzina policyjna – odprowadził nas do domu tego kolegi taty.

Teresa Kuklińska-Tyrajska, sanitariuszka i łączniczka o pseudonimie Basia, opowiada, jak od śmierci ocalił ją niemiecki generał, prawdopodobnie sam Erich von dem Bach Zelewski, który kierował likwidacją powstania. Już stała już przed plutonem egzekucyjnym, kiedy przyjechał:

Całą ludność cywilną Sadyby Niemcy zapędzili na dziedziniec zbombardowanego Fortu Czerniakowskiego, rozstrzeliwując tych, których posądzali o udział w powstaniu. Istniała obawa, że rozstrzelają wszystkich, ponieważ na murawie fortu były rozstawione karabiny maszynowe doskonale widoczne na tle palących się domów. Pożegnałam się z życiem. Trudno, widocznie tak mi było sądzone. Rodzice, jeśli żyją i przeżyją, nawet nie będą wiedzieli, co się ze mną stało i jaki był mój koniec. Do osiemnastu lat brak mi było jeszcze czterech miesięcy.
Nie rozstrzelali nas w forcie. Przyjechał generał von dem Bach, coś tam tłumaczył (może nas uratował?), w każdym razie Niemcy uformowali pochód i wszystkich mieszkańców wyprowadzili do Dworca Zachodniego, a stamtąd pociągiem elektrycznym do Pruszkowa.

Pruszków, gdzie Niemcy zgromadzili cywilów, których nie zdążyli rozstrzelać w ruinach Warszawy, nie kojarzył się z ocaleniem. Był to raczej kolejny etap w drodze ku śmierci, horror – jak opowiada Zofia Słojkowska-Krajewska, pseudonim Nelly, na której wojna odcisnęła szczególne piętno. „Nelly” osiwiała już w wieku 16 lat. Tak wspomina obóz przejściowy:

Nienawidziłam, gdy Niemcy przywozili nam jedzenie, brudną, wręcz śmierdzącą zupę z brukwi. Z chwilą, gdy zauważyłam, że stoją i z szyderczymi uśmiechami nagrywają kamerą tłum wygłodniałych więźniów gotowych wyrywać sobie talerze z rąk, honor nie pozwolił mi jeść.

Młode dziewczyny, jakimi na powrót stają się bohaterki „Łączniczek”, nie czują się jednak bohaterkami. Opowiadają, że walczyły, bo tak należało. Ale – jak podkreślają autorzy, Maria Fredro-Boniecka i Wiktor Krajewski – z perspektywy lat ich rozmówczynie widzą, że wojna ukradła im dzieciństwo. Maria Stypułkowska-Chojecka, pseudonim Kama, przed sierpniem 1944 roku wzięła udział w siedmiu akcjach bojowych. Uczestniczyła w udanym zamachu na generała Franza Kutscherę, dowódcę SS i policji dystryktu warszawskiego. Potem walczyła w batalionie „Parasol”. Jednak przez cały ten czas nie płakała, trzymała fason. Aż do kapitulacji powstania...

Pamiętam dzień, kiedy rozpłakałam się w trakcie wojny. To było wtedy, gdy ogłoszono kapitulację powstania. Byliśmy u przyjaciela w mieszkaniu na Kruczej. Z okien widać było ludzi stojących w bramie. Nagle padły strzały, ludzie na ulicy upadli, a ja usłyszałam, że nastąpiła kapitulacja. Młody człowiek ma różne pomysły. Reakcja nas wszystkich może wydawać się niezrozumiała. Puściliśmy płytę na gramofonie, z głośnika popłynęło tango, a my wszyscy tańczyliśmy. To nie był taniec radości. Łzy leciały nam wszystkim z oczu. Poczułam, że zamknęliśmy pewien etap. Tylu znajomych zginęło, a my tańczyliśmy...

Wanda Traczyk-Stawska, nazywana przez kolegów z oddziału Pączkiem, nie chciała iść do niewoli. Mimo śmierci kolegów, mimo zniszczenia Warszawy, mimo eksterminacji dziesiątków tysięcy cywilów z rąk niemieckich czuła, że nie powinna składać broni. Jej oddział pozostawał do dyspozycji generała „Montera”, czyli Antoniego Chruściela, dowódcy sił powstańczych. Służyli w nim jedni z najlepszych żołnierzy podziemia. I podobnie jak „Pączek”, nie chcieli oddawać wrogowi broni.

W przeddzień złożenia broni dostałam do chłopaków z mojego oddziału maskotkę – małpę, którą nazwali Peemek, jak pistolet maszynowy. Dali mi ją na szczęście, bo tak bardzo nie chciałam rozstawać się z moim pistoletem maszynowym. Całą broń – a byłam doskonale uzbrojona, poza pistoletem maszynowym miałam broń krótką, gammony, granaty – zakopaliśmy z kolegami. Niemcom postanowiłam oddać tylko mój pistolet kowbojski, który i tak z brak naboi przestał być przydatny. Gdy oddawałam pistolet, Niemiec popatrzył najpierw na mnie, potem mi w oczy, potem na broń, a potem na moją małpę. I miał bardzo zdziwioną minę. Chyba nigdy nie widział takiej starej broni. Nie wiedział, czy jestem dziewczyną, czy chłopakiem. Zaskoczony zasalutował mi. Dziś małpa Peemek jest dla mnie najważniejszą pamiątką z powstania.

Gdyby nie wojna, gdyby nie powstanie, bohaterki „Łączniczek” prowadziłyby zupełnie inne życie – przeżywałyby beztroskie zauroczenia, chodziłyby za rękę z chłopakami po parku, ślęczałyby nad szkolnymi podręcznikami, wkuwając grekę i łacinę. Los rzucił je w sam środek apokalipsy i zmienił je nieodwracalnie. Po ponad 70 latach powstanie wciąż w nich tkwi, stare fotografie ożywają, koszmar wojny wraca w przywoływanych opowieściach. A ich historie, oprócz cennego waloru wspomnieniowego, niosą ważną naukę, którą warto zapamiętać. Pokazują, że każdy może postawić się złu. Nawet mała dziewczynka.

Maria Fredro-Boniecka, Wiktor Krajewski, "Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego", Wydawnictwo W.A.B.