Bob McCabe, autor „Autobiografii według Monty Pythona” wykonał iście tytaniczną pracę. Niemal 400 stron jego książki to wywiad-rzeka z członkami kultowej grupy artystycznej. Michael Palin, Terry Jones, John Cleese, Eric Idle i Terry Gilliam wypełniają ją swoimi wspomnieniami. Wśród nich pojawia się również nieżyjący już Graham Chapman, którego wypowiedzi Bob McCabe czerpie z innych publikacji, książek, wywiadów, artykułów. Całość okrasza niezliczona liczba zdjęć i grafik, w większości niepublikowanych wcześniej nigdzie indziej, pochodzących zza kulis planów filmowych i programów telewizyjnych. Bo właśnie kulisy ich pracy artystycznej, pięciu Brytyjczyków i jednego Amerykanina, począwszy ich spotkania w 1969 roku i zawiązania Latającego Cyrku Monty Pythona, przez przebijanie się do masowej świadomości od pierwszego programu wyemitowanemu w BBC w 1975 roku, a potem szalonej wręcz kariery przypominającej miejscami jazdę bez trzymanki, to największy atut tej książki. Bo choć oglądając filmy i programy Pythonów można by pomyśleć, że mieli najśmieszniejszą pracę na świecie, z ich wspomnień wynika, że często wcale nie było im do śmiechu.

Ich twórczość nierzadko ocierała się o bluźnierstwo. Nabijali się z religii, z konserwatywnej obyczajowości, z tradycji. Nie wahali się naśmiewać z księży, duchownych i rabinów. W jednym z odcinków „Latającego Cyrku Monty Pythona” pojawia się hiszpańska inkwizycja, w innymi biskup stylizowany na gangstera, otoczony klerykami-wykidajłami. W filmie „Monty Python i Święty Graal” drwią nie tylko z celibatu i religijnych obyczajów. Ostrze satyry kierują nawet na Biblię, kiedy w ewangelicznym stylu odczytują na ekranie instrukcję użycia Świętego Granatu z Antiochii. W „Żywocie Briana” idą jeszcze dalej. Nie dziwi więc, że ich grupa stawała się obiektem ataków, tym silniejszych, im bardziej rosła jej sława. Dobitnie widać to na przykładzie tego ostatniego filmu.

Jak wspominają członkowie Monty Pythona, pomysł na „Żywot Briana” narodził się jeszcze w czasie promowania „Świętego Graala”. – Spędzaliśmy wieczór w Amsterdamie na pełzaniu po pubach i pamiętam, jak Eric nagle wyskoczył z frazą „Jezus Chrystus – żądza chwały”, a my dosłownie pospadaliśmy z krzeseł ze śmiechu – opowiada Terry Gilliam. – To był punkt wyjścia, czuliśmy, że jest dobry, zaczęliśmy więc rozwijać pomysł, żeby zrobić coś na temat Jezusa i chrześcijaństwa – przyznaje, dodając jednocześnie, że szybko odrzucili pomysł nabijania się z Jezusa. – Był naprawdę OK. I tak powstał Brian jako postać równoległa – wyjaśnia.

Początkowo film miał opowiadać o jednym z uczniów Chrystusa. – „Żywot Briana” miał być o trzynastym apostole, który ciągle się spóźniał – wspomina John Cleese. – Śmieszne jest to, że nie ma znaczenia, czy na cud spóźnisz się pięć minut, czy dwa i pół tysiąca lat. On się spóźnia na ostatnią wieczerzę, bo żona zaprosiła przyjaciółki, a on miał wpaść potem na drinka – dodaje. Jednak pomysł się nie obronił. Po długich dyskusjach i studiowaniu ewangelii postanowili, że film będzie wychodził od narodzin Jezusa i kazania na Górze Oliwnej, a potem fabuła pójdzie własnym torem.

– „Żywot Briana” nie jest bluźnierczy, tylko heretycki – podkreśla Terry Jones. – Herezja to w gruncie rzeczy wystąpienie przeciwko kościelnej interpretacji, a nie przeciwko wierze jako takiej.

Problemy i tak zaczęły się pojawiać dość szybko, jeszcze zanim rozpoczęto zdjęcia. Ekipa była już w Tunezji, gdzie powstawał film, gdy niespodziewanie nadeszła wiadomość od dyrektora firmy producenckiej, że zrywa kontrakt i zakręca kurek z pieniędzmi. – Doniesiono nam, że najważniejszy dyrektor w EMI zajrzał do scenariusza, którego wcześniej nie znał. Poczuł się urażony i orzekł: „Raczej tego nie zrobimy” – relacjonuje Michael Palin.

Sytuację uratował George Harrison, muzyk z zespołu The Beatles, ogromny fan Pythonów. Czym prędzej założył własną wytwórnię filmową i sfinansował produkcję filmu. Zresztą Harrison zawsze chętnie kręcił się wokół Latającego Cyrku. Jak wspominają członkowie grupy, odznaczał się podobnym jak oni poczuciem humoru. W czasie jednego z koncertów brytyjskich komików w USA wystąpił nawet na scenie jako jeden z kanadyjskich policjantów konnych, śpiewających refren w piosence drwala. I nikt na widowni się nie zorientował.

– Reakcja EMI utwierdziła nas w przekonaniu, że nasz film jest potrzebny. Ich postawa była ignorancka, nieprzemyślana, bazowała na przekonaniu, że pewne sprawy są poza dyskusją – stwierdza Michael Palin. Pieniądze George'a Harrisona pozwoliły ekipie swobodnie pracować nad filmem i do ostatniej chwili wprowadzać spontaniczne zmiany w scenariuszu. Tak na przykład powstała niezapomniana scena ukrzyżowania ze słynną piosenką „Always Look on the Bright Side of Life”. – Film nam ugrzązł, stąd pomysł, że byłoby zabawnie dać piosenkę śpiewaną na krzyżu. Mówię: „To musi być naprawdę optymistyczna piosenka”, cały czas utwierdzałem się w przekonaniu, że powinno to być coś z gwizdaniem, w stylu piosenek disnejowskich, do pogwizdywania – opowiada Eric Idle, autor piosenki.

– Niedługo przed kręceniem sceny Ukrzyżowania niektórzy z nas się pochorowali, w sumie zabawna sprawa, bo kiedy mieliśmy kręcić tę scenę, myślałem: „Wystarczy, że mnie dopadła, kurwa, grypa, już nawet nie muszą mnie krzyżować” – dodaje John Cleese.

Oczywiście Pythoni nie byliby sobą, gdyby nawet w ostatnich minutach filmu nie dorzucili jakiejś zgrabnej prowokacji. – Na końcu jest moment, kiedy Brian wisi już na krzyżu i dopada do niego judejski oddział samobójczy, który walczy o zbudowanie tysiącletniego królestwa żydowskiego. Udało mi się przetworzyć Gwiazdę Dawida, żeby wyglądała na skrzyżowanie samej siebie ze swastyką – wspomina Terry Gilliam. – Faceci byli straszliwi, ale Eric genialnie wypadł jako ich przywódca Otto. (...) Eric chyba miał pietra, bo mieszkał już wtedy w Hollywood i bał się, że żydowscy producenci potraktują to jako ciężką obrazę. Mówiłem mu: „Słuchaj, zraziliśmy do siebie chrześcijan, teraz pora na Żydów”.

Te obawy okazały się całkiem trafne. Pokazom „Żywotu Briana” towarzyszyły intensywne sprzeciwy, zwłaszcza w USA, gdzie ludzie zaczęli nawet organizować manifestacje. – Mieliśmy mieć niedługo premierę w Nowym Jorku, nagle telefon, że tysiące rabinów wyszło na ulice i protestuje. „Co przepraszam?”. Byłem pewien, że wyszli na ulicę, palnęli: „Przepraszamy, nie ten film” i wrócili – mówi Eric Idle. – Pierwszą demonstrację urządziło Stowarzyszenie Rabinów Nowojorskich (raczej: Rabinacki Sojusz Ameryki, czyli Iggud HaRabbonim – przyp. red.), zarzucając nam, że w scenie kamieniowania pokazaliśmy talit, szal modlitewny. (...) A potem pojawiły się zakonnice pikietujące niektóre kina nowojorskie – wspomina Terry Jones.

– Pojawiło się słowo „bluźnierstwo”. Zaskoczył nas rozmach tego kontrataku, szczególnie w Ameryce. Ludzie łazili pod kina z transparentami – były tam zakonnice z transparentami! – przypomina sobie Michael Palin. – Protestowały głównie ewidentne przygłupy. Krzyczeli hasła w rodzaju: „Monty Python to agenci Diabła!”, co moim zdaniem jest niezłym sloganem – dorzuca John Cleese.

Protesty szybko się rozszerzały, co początkowo bawiło Pytonów, a potem zaczęło nieco niepokoić. – Pałeczkę przejęli chrześcijanie, bo się zorientowali, że film się z nich nabija – zresztą prawidłowo, bo rzeczywiście tak było. Nabijał się z ludzi, którzy ogłaszają się autorytetami i zaczynają się wypowiadać w imię Boga – wyjaśnia Eric Idle i dodaje: – Zdaje się, że początkowo pojawiły się też groźby pozbawienia życia, mieliśmy być zabici.

„Żywot Briana” początkowo zbierał krytyczne głosy także w słynącej przecież z absurdalnego poczucia humoru Wielkiej Brytanii. Czasem przy okazji okazywało, że ci, co krzyczeli najgłośniej, nie widzieli filmu. Michael Palin wspomina, że jeden z radnych z Devon stwierdził, iż „nie trzeba podchodzić blisko chlewu, żeby wiedzieć, że śmierdzi”, a biskup Southwark zaatakował Pythonów w jednym z telewizyjnych programów, zarzucając im, że sparodiowali Jezusa postacią Briana. W ten sposób wyszło na jaw, że duchowny był w błędzie, bo nie widział początku filmu, gdzie obie postacie pojawiają się oddzielnie. Jak żartuje Palin, biskup przegapił pierwszy kwadrans, bo jadł obiadek.

Oburzenie krytyków przynajmniej raz udało się także wykorzystać w kampanii promocyjnej. – Film dostał zakaz w Norwegii, więc w Szwecji reklamowano go: „Ten film jest tak śmieszny, że został zakazany w Norwegii” – opowiada Terry Jones.

„Żywot Briana” naśmiewający się z chrześcijańskich i judaistycznych fundamentalistów religijnych pominął jedną równie ważną i dużą religię. Islam. Nie znaczy to jednak, że brytyjscy komicy nie planowali wziąć na warsztat także muzułmanów. Zdradzają to, opowiadając o kulisach kolejnej produkcji kinowej, złożonego ze skeczów filmu „Sens życia według Monty Pythona”. Ale tak jak nie posunęli się do drwin z Jezusa, tak nie odważyli się kpić z Mahometa i islamskich duchownych. I to jest ta granica, której nie zdecydowali się nigdy przekroczyć. Może to i dobrze, bo jak dość trafnie zauważa John Cleese, mogło to się dla nich źle skończyć:

Napisaliśmy z Grahamem sporo scen, w jednej bohaterowie zostają porwani przez ajatollaha, bardzo podobnego do Chomeiniego. Było tam trochę parodii ajatollaha, więc podejrzewam, że gdybyśmy to nakręcili, zostalibyśmy obłożeni fatwą, mówię całkiem serio. Zapewne zawdzięczam swoje życie temu, że nie zdołaliśmy nakręcić takich scen. Jednak mam wrażenie, że taka droga byłaby bardziej obiecująca.

Bob McCabe, „Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona”, tłum. Filip Łobodziński, Wydawnictwo Poznańskie