Jest wiele zbrodni wojennych, tak ciężkich jak to, co działo się w Auschwitz, jednak nigdy nie zostały one w całości ujawnione – piszą autorzy we wstępie do książki o jednostce 731. Przypominają, że wykorzystywane więźniów do biochemicznych eksperymentów nie jest szeroko znane poza Chinami, dlatego chcą, by Zachód też dowiedział się o japońskich zbrodniach wojennych. W skrócie opisują przy tym, jak doszło do inwazji japońskiej na Chiny - przypominają też, że Japonia, choć podpisała Konwencje Genewskie, nigdy nie miała zamiaru ich przestrzegać. Ich bowiem zdaniem - między 1928 a 1945 - japońska armia użyła broni chemicznej prawie dwa tysiące razy w 20 prowincjach Chin.

Następnie uczeni pokazują, jak wyglądał proces formowania "Instytutu badań nad bakteriami w szkole lekarzy wojskowych". Powstał 5 lipca 1932 - po inwazji na Chiny przeniesiono jego lokalizację do Harbin. Samą jednostkę 731 utworzono jednak dopiero w 1936 roku.

Historycy twierdzą też – powołując się na powojenne zeznania sekretarza armii kwantuńskiej, Ryuji Kajitsuki, sądzonego przez Związek Radziecki w Chabarowsku - że cesarz Hirohito sam wydał rozkaz stworzenia jednostki 731. Nie nadano jej oficjalnego numeru i zwykle nazywano ją Departamentem prewencji epidemiologicznej i oczyszczania wody armii kwantuńskiej – zeznał Kajitsuki. Zeznania te potwierdził kolejny członek jednostki, Kawashima Kiyoshi, który przyznał, że widział rozkaz cesarski na własne oczy.

Ośrodek

Jak wyglądała budowa ośrodka, w którym przeprowadzano eksperymenty? Na terenie 6 kilometrów kwadratowych zbudowano generatory, specjalne więzienia i pomieszczenia badawcze oraz kwatery dla japońskiego personelu. Autorzy kreślą także obraz struktury oddziału i tego, czym zajmowały się poszczególne gałęzie jednostki. Piszą także, jak w sierpniu 1945 roku likwidowano wszystkie ślady po eksperymentach – spalono sprzęt laboratoryjny i  dokumenty. Zabudowania wysadzono w powietrze, niszcząc prawie wszystkie dowody. Więźniów zagazowano i zastrzelono, a ciała spalono. Na koniec dowódca jednostki, Shiro Ishii wydał "trzy zakazy" – oficerowie jednostki nie mogli się więcej kontaktować ze sobą, nie mogli zdradzić tożsamości swoich kolegów, nie wolno im też było dalej zajmować się badaniami.

Kim byli ludzie, dopuszczający się tak przerażających zbrodni? Na czele oddziału stał Shiro Ishii, świetnie wykształcony młody lekarz, który – zdaniem autorów książki – był równie zły, co doktor Mengele. Jego zastępcą był generał porucznik Masaji Kitano, także lekarz wojskowy. Autorzy dokładnie opisują kariery tych i innych oficerów – pokazując szkoły, które ukończyli i to, jak wyglądała ich służba w wojsku, a także to, co z nimi stało się po wojnie.

Eksperymenty

Następnie dostajemy najbardziej przerażającą część książki – opisy eksperymentów prowadzonych na "marutach", czyli "kłodach" - jak nazywano jeńców chińskich, radzieckich i koreańskich. W przeciwieństwie do niemieckich obozów koncentracyjnych, Japończycy utrzymywali swoje ofiary w dobrym stanie fizycznym.

Wiadomo też, że Japończycy eksperymentowali na ludziach w różny sposób – przeprowadzali sekcje, bez narkozy, na żywych "marutach", zarażali bakteriami, wystawiali na działanie silnego mrozu, czy też z samolotów zrzucali bomby, zawierające wirusy i bakterie.  Ofiarami "lekarzy" padały niemowlęta, dzieci i dorośli.

Opisy sekcji są prawdziwie przerażające, gdy przytaczane są zeznania, jak Japończycy wycinali – bez znieczulenia – 12-letniemu Chińczykowi organy, nie przejmując się krzykami chłopca.

Jednocześnie testowano też metody zarażania takimi chorobami, jak dżuma czy cholera. Podawano wirusy w zastrzykach i doustnie. Różne dawki, by sprawdzić, jaka jest minimalna skuteczna doza, potrzebna do zabicia człowieka.

Nie ograniczano się do zbrodni na małą skalę. W eksperymencie użyto ceramicznych bomb, zawierających zakażone pchły, zmieszane z piaskiem. Ponad 80 proc. pcheł przeżyło eksplozję detonatora. W pomieszczeniu o powierzchni 10 metrów kwadratowych, w którym było 10 więźniów 8 zostało pogryzionych przez zarażone pchły. Z tych ośmiu zarażonych zmarło sześć osób - czytamy w raporcie amerykańskiej komisji, badających zbrodnie japońskie. Bomb ceramicznych używano też do zarażania chorych wąglikiem. Shiro Ishii i jego podwładni – jak możemy przeczytać w książce – przetestowali na ludziach niemal wszystkie choroby zakaźne, znane ludzkości.

Ale Japończycy prowadzili też eksperymenty nad wychłodzeniem organizmu. Więźniów wypędzano na mróz, dawano im za ciasne buty, zabierano rękawiczki i np. kazano zakładać przemoczone skarpety. Potem sprawdzano, jak długo, w takich warunkach, są w stanie przeżyć. Eksperymentowano też na jeńcach wojennych i cywilach z użyciem trujących gazów – m.in. gazu musztardowego.

Zdaniem autorów książki, podczas eksperymentów, Japończycy sprawdzali też, które zwierzęta najlepiej sprawdzą się jako roznosiciele plag – testowano komary, pchły, wszy, muchy czy gryzonie.. Ilość broni chemicznej i bakteriologicznej, wyprodukowanej przez jednostkę 731 wystarczyłaby do wyeliminowania ludzkości – czytamy w książce.

Jeśli chodzi o wykorzystanie broni biologicznej i chemicznej, to pierwszy raz użyto jej w 1939 roku podczas bitwy pod Czałyn-Goł, zatruwając radzieckie źródła wody. Zrzucono też zakażone bakteriami ubrania, ziarna czy zabawki na miasto Changde. Podobne ataki przeprowadzono na inne chińskie miasta. W atakach zginęło ponad 15 tysięcy ludzi, jednak autorzy podejrzewają, że zgonów było znacznie więcej. Z książki wynika też że skutki użycia broni biologicznej na terenach okupowanych przez cesarską armię, odczuwane są do dziś. Autorzy spekulują też, że dowództwo armii japońskiej nie zdecydowało się użyć broni biologicznej podczas walk na Pacyfiku, obawiając się reakcji aliantów.

Kary

Jaką karę ponieśli ludzie, przeprowadzający tak mordercze eksperymenty? Skazanych zostało tylko kilku członków jednostki 731, którzy wpadli w ręce ZSRR i osądzeni w procesie w Chabarowsku. Według autorów książki, amerykańska armia zawarła bowiem pakt z japońskim rządem i ludźmi z jednostki 731. Amerykanie pozwolili Shiro Ishiemu i jego ludziom uniknąć procesu japońskich zbrodniarzy wojennych w Tokio, w zamian za pełne informacje dotyczące badań i eksperymentów. Uznano bowiem, że w czasie zimnej wojny, japońska wiedza o broni biologicznej może być przydatna.

Autorzy oburzają się przy tym na to, jak oficerowie jednostki 731 byli traktowani po wojnie – stali się szanowanymi obywatelami i lekarzami. Krytykują też władze Japonii, które do tej pory w pełni nie rozliczyły się ze zbrodni popełnianymi podczas drugiej wojny światowej

Podsumowując – "Jednostka 731: Laboratorium diabła" to przerażająca książka, w której historycy, opierając się na amerykańskich, japońskich i radzieckich dokumentach pokazują krok po kroku, jak stworzono i jak działał jeden z najbardziej zbrodniczych oddziałów drugiej wojny światowej. Jednocześnie przybliżają też ludziom z Zachodu, że zbrodnie dokonywane przez Japończyków, były równie okrutne, co niemieckie eksperymenty na podbitych terenach. Szkoda, że książka ta na razie nie została wydana w języku polskim.