Poszliśmy na Czerniaków. Nasza kompania „Czata 49”, batalion zajął miejsce kwatery na Okrąg. Teraz zaczęła się gehenna Czerniakowa. Zaraz na drugi dzień, jak tylko przyszliśmy, zaczęły walić „krowy”. „Krowy” to takie moździerze sprzężone i od razu osiem pocisków, wyjąc, z charakterystycznym świstem wylatuje. Potem działo kolejowe było bardzo dużego kalibru. Akurat Okrąg trafił pocisk, zasypało kilku kolegów. Znowu znaleźliśmy się w takim małym piekiełku. Niemcy chcieli koniecznie nas zlikwidować, bo wiedzieli, że ten przyczółek, to jest jedyna droga połączenia ze wschodnim brzegiem, przez Wisłę. To jest jedyna możliwość połączenia się wojsk polskich. Na Czerniakowie było zgrupowanie „Kryski” i zostało podporządkowane „Radosławowi”, został dowódcą całego odcinka. Była odprawa dowódców z majorem „Kryską” i podzieleni zostali, że on połowę Czerniakowa będzie obsadzał, a Zgrupowanie „Radosław” drugą połowę od Okrąg, od Mostu Poniatowskiego, Zagórna, Wilanowska. Niemcy nacierali najbardziej przy ulicy Czerniakowskiej od ZUS-u, przed wojną był tam Zakład Ubezpieczeń Społecznych, i od południa za przystanią „Bajki”. Tam już był „Kryska”.

Najbardziej nękające były walki artyleryjskie. Artyleria niemiecka po nas waliła, moździerze. Niemcy nie byli dopuszczani do nas, kamienica przez nas obsadzona. Nie dopuszczaliśmy możliwości zdobycia tej kamienicy przez Niemców. Broniliśmy się. Natomiast pociskami artylerii, moździerzy, największe straty nam wyrządzali Niemcy. Tak dotrwaliśmy do 15 września. W nocy z 14 na 15 września przyszedł zwiad Wojska Polskiego, czterech żołnierzy, jeden był ranny, został u nas, a ci trzej z powrotem, razem z porucznikiem „Jagodą”, Kazimierzem Augustowskim. Został on wysłany przez „Radosława” z powrotem, żeby przyprowadzić pierwsze oddziały Wojska Polskiego na nasz brzeg. Kazimierz Augustowski popłynął przez Wisłę z tymi trzema. A przedtem jeszcze był wysłany major „Kmita” od „Radosława” na drugi brzeg Wisły, na Saską Kępę i ode mnie jako osłona, mój kolega, porucznik Marczyk. Wziął sobie pięciu chłopców, od siebie żołnierzy i majora Kmitę eskortował na tamtą stronę łodzią, z meldunkami, dokładnym naszym położeniem. Pułkownik „Radosław” dał mu dokładne nasze położenie, żeby Wojsko Polskie, nasza 1 Armia, orientowała się jakie ulice są przez nas obsadzone, jak położyć ogień artylerii, przede wszystkim.

Tak stało się, nastąpiło pierwsze lądowanie wojsk „berlingowców”. Pierwszy batalion przepłynął bez żadnych strat, w nocy z 15 na 16 września chyba. Dowódcą tego batalionu był porucznik Kononkow. Zaraz zostali rozmieszczeni. Następne łodzie lądowały tak samo tej nocy. Wszystkie pontony bez strat przepłynęły, bo Niemcy jeszcze się nie zorientowali. Ale wywiad niemiecki się zorientował po przepłynięciu pierwszych batalionów Kononkowa i położyli ogień bardzo silny po nas z moździerzy i artylerii. No ale pierwszy batalion z działkami przeciwczołgowymi został od razu wysłany na ulicę Czerniakowską, żeby jak czołgi wejdą atakować. Działka przeciwpancerne już tam zajęły stanowiska. Rozmieszczone zostały wszystkie plutony „berlingowców”. Do każdego plutonu był przydzielony nasz łącznik, przecież oni nie orientowali się, jak się mają zachować. Plutony „berlingowców” zostały rozprowadzone w terenie i od razu pierwszego dnia był bardzo silny ogień artylerii, moździerzy, pocisk padł i porucznik Kononkow tuż przy mnie zginął. Znowu ten mój łut szczęścia, ocalałem a on zginął. Był radiotelegrafista, który pierwszy przepłynął z Kononkowem i ten radiotelefon był u „Radosława” umieszczony w piwnicy. Radiotelegrafista przez radio podał, że porucznik Kononkow nie żyje. Wtedy z tamtej strony dowódca pułku pyta się: „A kto tam jest najstarszy stopniem”, radiotelegrafista mówi: „A jest taki kapitan młody”, „Dawaj go”. Biorę słuchawkę i mówię: „Tu melduje się kapitan »Motyl«”, a on powiedział: „Obejmujecie dowództwo nad batalionem po śmierci Kononkowa”. I w taki sposób ja, oficer Armii Krajowej, zostałem dowódcą „berlingowców”.

(...)

Pamiętam na Wilanowskiej, gdzie „Radosław” miał swoją kwaterę, ja też byłem wtedy przy nim, byli ranni w piwnicach, byli „berlingowcy” i Niemcy atakowali nas. Podchodzili już pod samą kamienicę. Z pierwszego i z drugiego piętra ostrzeliwaliśmy się, ale był taki moment, że już by na pewno wtargnęli, bo dużą siłą, z dwoma czołgami, podeszli bardzo blisko. Wtedy przez radiotelefon wezwaliśmy ogień artylerii po nas, po naszym kwadracie. Jak radiotelegrafista podał żeby po naszym kwadracie strzelali, to tam powiedzieli: „To przecież wy tam jesteście!”, a on mówi tak: „Niemcy są przy kamienicy naszej”. Tylko dzięki tej artylerii wtedy zza Wisły, Niemcy zostali odparci, bo my już nie dali byśmy rady, dostalibyśmy się wtedy do niewoli. To był taki moment. „Radosław” już kazał dziurę z piwnicy rozbić, aby móc na tyły się wycofywać. No i już prawie byłaby beznadziejność, bo Niemcy byli z frontu a my na tyły i jeszcze [byśmy] się uratowali. Dzięki tej artylerii, nigdy tego nie zapomnę, zostaliśmy ocaleni. Następnie przez radiotelefon „Radosław” podaje do dowódcy sytuację naszą, że jest już tylu rannych, że dalej walczyć nie można. To było z 18 na 19 września. Wtedy z tamtej strony ciągle odpowiadano: Nielzja tak gawarit! Dierży, dierży! – Musicie trzymać przyczółek, a „Radosław” mówi: „Dobrze, będziemy trzymać, jeżeli przyjdą pontony i zabiorą rannych”. Taka była sytuacja. Oni powiedzieli: „Dobrze, przysyłamy pontony, zabierzemy wam wszystkich rannych”.

Wtedy „Radosław” dał polecenie, żeby wszystkich rannych nad samym brzegiem Wisły ułożyć, przygotować do ewakuacji. Ranni byli wyniesieni z piwnic, z domów i umieszczeni nad samą Wisłą. Im nic nie groziło, dlatego że była duża skarpa i pociski artyleryjskie przelatywały nad nimi. Ja też byłem nad samą Wisłą. Tam działy się naprawdę dantejskie sceny, bo jak pierwszy ponton przyszedł, to najciężej rannych na nim umieściliśmy i dwie, lub trzy sanitariuszki. Przyszedł drugi ponton, tak samo najciężej rannych umieściliśmy. Wtedy był taki moment, że był Fryderyk Zoll, ojciec Andrzeja Zolla, pod nazwiskiem Kozłowski i Zygmunt Milewicz – cichociemny i była „ciotka”, która opiekowała się cichociemnymi. Oni we trójkę przyszli ze Śródmieścia i mieli być przetransportowani na drugą stronę Wisły. Oni stanęli, niestety widocznie jakoś niefortunnie, bo pocisk z moździerza niemieckiego, wybuchł niedaleko nich, że „ciotka Antosia” jednym odłamkiem została zabita, stojąc między nimi. Zygmunt Milewicz został tylko ranny w nogę. Oni też zostali przetransportowani na drugą stronę Wisły, Frydryk Zoll, wtedy Kozłowski i Zygmunt Milewicz. Ale ranni zostają nad brzegiem Wisły, więc „Radosław” znów przez radiotelefon mówi: „Przysyłajcie pontony, bo jeżeli nie zabierzecie tych rannych, to ja Czerniaków opuszczę”. No naturalnie z tamtej strony znowu awantura, krzyki, że nie wolno nam opuścić Czerniakowa i że pontony przyjdą. Żadne pontony już nie przyszły i „Radosław” dał polecenie, że 20 września wchodzimy do kanału na Solcu i poszliśmy na Mokotów. Niektóre oddziały jak z „Miotły”, „Zośki” nie zostały powiadomione, mimo że były posłane łączniczki przez „Irmę” do wszystkich. Sześć łączniczek chyba wyszło wtedy do naszych oddziałów dalej stacjonujących, żeby przyszli na Solec i żebyśmy weszli do kanałów, no ale widocznie one zginęły. Cała reszta zgrupowania weszła do kanału.

Było bardzo trudne przejście, bo pod górę, liną się trzeba było podciągać. Tam było spiętrzenie wody, tak że niższego wzrostu łączniczki miały dosłownie po usta tą wodę, trzymały się wysokich. Mnie trzymała się Basia Kolendo, łączniczka od „Irmy”. Dosłownie trzymając się ramienia, przepływała to spiętrzenie, takie były momenty. Ale przeszliśmy na Mokotów, tam kilka dni było odprężenia. Oddziały nasze brały udział w walkach o Królikarnię. Nawet jeszcze kilku kolegów z „Czaty 49” zginęło przy obronie Królikarni.

Przyszedł 25 wrzesień i „Radosław” daje rozkaz przejścia na Śródmieście. Przeszliśmy kanałami, mieliśmy dobrych przewodników, tak że nie zabłądziliśmy. Cała reszta oddziałów przeszła na ulicę Nowogrodzką i róg Alei Ujazdowskich. Tam doczekaliśmy się 2 października.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RELACJĘ W ARCHIWUM HISTORII MÓWIONEJ MPW >>>