Na Starym Mieście bardzo chciałam przejść do placówki, (…), więc się zgłaszałam, a nasz instruktor ze szkoły podchorążych „Niesz”, Stanisław Niwiński podszedł do mnie i zapytał: „»Kama«, a ty byłaś w szpitalu?”. „Nie, nie byłam”. „Widziałaś, w jakich warunkach leżą nasi ranni?”. „Nie”. „Wiesz, chętnych na linii to jest dużo, ale do pomocy w szpitalu, czy zorganizowania pomocy jest naprawdę niewiele. Zobacz, tam się przydasz”.

Wzięłam „Tinę” i poszłyśmy do szpitala na Długą. Poszłyśmy do szpitala, który się formował w Pałacu Krasińskich. [Tam] jeszcze były znośne warunki, ale w szpitalu na Długiej ranni leżeli na podłodze, na materacach, jedni wołali: „Pić”, inni stękali. Nie znano środków przeciwbólowych. Niektórzy [byli] po operacjach, amputacji nogi, ręki, inni z poszarpanymi mięśniami. Krew i zaduch, bo to przecież lato… Doszłam do wniosku, że trzeba by było naszych rannych stamtąd zabrać. Wróciłam do Pałacu Krasińskich, koleżanka „Krystyna” powiedziała, że mieszka na Starym Mieście na Nowomiejskiej i że tam w mieszkaniu jest już „Nina”, później żona naszego „Jeremiego”, brała z nim ślub 17 sierpnia. Jest tam również „Gryf”, pan Brochwicz-Lewiński, oboje ranni w twarz, więc mama na pewno się zgodzi, żeby rannych położyć w dużym pokoju. Zabrałam na razie czterech kolegów. Ale czterech to było mało. Zabrałam wtedy „Bolca”, który był ranny w rękę i miał tymczasowy opatrunek, Staszka „Kopcia” i dwóch jeszcze kolegów.

Owszem, mama się zgodziła, ale doszłam do wniosku, że czterech to mało, a lokatorzy tego domu zgodzili się, żeby w dalszych jego częściach również leżeli ranni. Koledzy pomogli mi, przetransportowaliśmy jeszcze kilku kolegów. Jak kiedyś liczyłam, zastanawiałam się, to około dwudziestu przewinęło się przez ten punkt. Z tym, że dom został ostrzelany z tak zwanej krowy, czyli z katiusz i trzeba było przenieść rannych. Do pomocy przy rannych zgłosiła się pani Irena Sikorska, chciała, żeby ją nazywać siostra „Kara”. Osoba szczupła, starsza pani, która większość swego życia przebyła w szpitalach. Bardzo dobrze się orientowała, jeśli chodzi o medycynę i pierwszą pomoc.

Skorzystałam z jej pomocy, a przede wszystkim z jej propozycji, żeby skorzystać z jej mieszkania, które było na rogu ulicy Mostowej i Nowomiejskiej. Nie było to daleko. Zobaczyłam, przeniosłam tam wszystkich rannych. W czasie tego ostrzału nikt nie został ranny, natomiast jeden ranny krzyczał, gdy wpadłam do tego pokoju…. Trzeba powiedzieć, dlaczego wpadłam do tego mieszkania, gdy był ostrzał. Na ulicy Długiej została ranna Elżbieta Dziębowska i przybiegła do mnie po pierwszym opatrunku, wiedząc, że tutaj prowadzę punkt sanitarny (była i jest do tej pory moją przyjaciółką), żeby zrobić jej opatrunek. Miała włosy w pyle i tynku, cała była zakurzona. Zaproponowałam, że zejdziemy do łaźni, która była w suterenach tego domu, tam się obydwie wykąpiemy, mnie też by się wtedy przydało, obcięłam jej włosy, zeszłam z nożyczkami, bo była tak zapylona, i warkocze też, że przecież zupełnie nie dałoby rady rozplatać tych włosów. Zeszłyśmy, rozebrałyśmy się, puściłyśmy wodę i w tej chwili rąbnęło. Czym prędzej się ubrałyśmy, włosy jej obcięłam, ale już nie umyłam, opatrunek na szyję zrobiłam, a koło tętnicy została ranna, więc jeszcze pół centymetra brakowało, a wykrwawiłaby się. Na szczęście to się szybko goiło. Nie od razu, tylko później to stwierdziłam, bo przychodziła do mnie na opatrunki.

Wpadłam do pokoju [zobaczyć], co się dzieje z moimi pozostawionymi rannymi. Jeden z nich leżał między oknem a stołem. Na stole stał gąsior z winem. Skąd wino? Nie upijałam rannych, ale lokatorzy tego domu chodzili do zakonników, do Dominikanów na ulicę Długą, gdzie był zakon i tam prosili [o] wino, ponieważ woda ze studni [była niedobra], a wino owocowe [było lepsze], było najpierw gotowane, a później dawałam im pić. Żaden nie chorował na rozwolnienie. To było bardzo częste. Jeszcze miałam tanalbinę, środek przeciw [biegunce]. I ten kolega przeraził się, po pierwsze, że ściana odsunęła się i można było zobaczyć, co się dzieje na dole w pomieszczeniu, ale przede wszystkim upadł ten gąsior, wylał się na niego i był cały czerwony. Jak wpadłam do pokoju, to krzyczał: „Ranny jestem, zabity jestem!”. Ten, kto zabity, nie krzyczy. Powiedziałam brzydko: „Zamknij się, nie jesteś zabity, bo krzyczysz”. Przyszłam, postawiłam gąsior i mówię: „Popatrz, nawet gąsior się nie stłukł, tylko się przewrócił, jesteś zalany winem i teraz będziesz winny”. Jakoś się opanował. Bezwzględnie trzeba było go przebrać, ale zanim to uczyniliśmy, to najpierw trzeba było ich doprowadzić do jakiegoś ładu.

(...)

Było to już po 17 sierpnia. 17 sierpnia „Jana” wyszła w białej bluzeczce, którą jej pożyczyła córka właścicielki tego mieszkania na ślub. Ślub odbył się w kościele, dawniej mówiono: garnizonowym Wojska Polskiego przy ulicy Długiej, teraz to jest Katedra Polowa Wojska Polskiego. Niestety, nie ma żadnych dokumentów, który poświadczyłyby, że „Jeremi” Jerzy Zborowski brał ślub z Janiną z domu Trojanowską, pseudonim „Nina”. Podporucznik „Jeremi” i „Nina”, oboje po przejściu na Czerniaków, gdzie „Jeremi” został ponownie ranny, wtedy, gdy brał ślub był ranny, ale jeszcze chodził… Na Czerniakowie został tak ranny, że leżał na noszach. „Nina” była tuż obok niego, zmieniała mu opatrunki. Niemcy podjęli tę grupę, w której oni byli. Sądzę, że wiedzieli, że „Jeremi” to jest zastępca dowódcy batalionu „Parasol”. Kazali odejść „Ninie”. Robili selekcję, jedni do rozstrzału, tak się ludzie domyślili, a drudzy ewentualnie do obozów. „Nina” nie odeszła od noszy. Ostatnio widziano ich, jak niektórzy mówią, na Placu Narutowicza. Wszelki ślad po nich zaginął, zostali rozstrzelani zapewne.

(...)

Podczas walk na Woli to powiedziałabym, że chłopcy chwalili się tym, że zdobyli broń, że jeden na przykład, nie tylko ustrzelił Niemca, ale i broń zdobył, i [to] jaką – pistolet maszynowy. Innemu się udało coś innego: uszkodzić czołg, przeszkodzić w ataku. Takie były opowieści, które podnosiły na duchu. Ale były też i opowieści o tym, jak dziewczyny giną. Jak ustrzelił Niemca, to biegł przed barykadę, żeby broń zabrać, [dostał], a dziewczyna, gdy zobaczyła, że chłopak ranny, to wybiegała przed barykadę, żeby rannemu nieść pomoc, a Niemcy bili z broni i zabijali częstokroć dziewczynę i rannego, a czasem rannemu udawało się, a dziewczynie już nie. Dużo dziewcząt zginęło na Woli.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RELACJĘ w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego >>>