Anna Sobańda: Czym różniło się organizowanie wypraw na ośmiotysięczniki w latach 80. i obecnie?

Monika Rogozińska: Na wyprawę trzeba było wszystko zabrać z Polski, w której wszystkiego brakowało. W 1980 roku do Nepalu pod Everest wieźliśmy ekwipunek i jedzenie, także ryż, którego ten kraj jest eksporterem.

Po co wieźliście ryż?

W małej restauracyjce w Katmandu danie z ryżem kosztowało kilka centów. Moja mama - lekarz w szpitalu, zarabiała wówczas, biorąc dodatkowe dyżury nocne, w przeliczeniu ok. 20 dolarów miesięcznie. Centy były dla Polaków drogocenne. Jedzenie na wyprawę dostawało się z przydziałów i pozwoleń ministerstw, bo w sklepach było pusto. Co jakiś czas władza komunistyczna „rzucała” do nich towar, żeby lud się nie buntował. Pod Everest wieźliśmy ciężarówką chleb w puszkach z magazynów wojskowych i babkę piaskową chomikowaną w bunkrach na wypadek III wojny światowej. Ten chleb zresztą uratował mi życie, co opisałam w książce „Lot koło Nagiej Damy”.

A jak to wygląda obecnie?

Dzisiaj dzwoni się do agenta w docelowym kraju i on załatwia wszystko na miejscu. Należy zapłacić i przylecieć. Na wyprawie na Makalu zimą 2000/2001 mieliśmy szczególny luksus. Wędrowaliśmy przez doliny i przełęcze do bazy, żeby się zaaklimatyzować, ale ekwipunek poleciał do bazy helikopterem. Transport każdego grama dużo kosztuje. Nepalski kucharz wrzucił nonszalancko na pokład worek ziemniaków. Gotowane w bazie kartofle okazały się przebojem kulinarnym wśród liofilizowanego jedzenia. Jak nam smakowały! Kiedy się kończyły, kroiliśmy je na przezroczyste plasterki, dzieląc się nimi.

Co było dla pani największą trudnością podczas długich miesięcy w górskiej bazie? Za czym pani tęskniła?

W górach wysokich człowiek poddawany jest permanentnemu niedotlenieniu i sam się dziwi swoim reakcjom. Pod Everestem wiosną 1980 roku tęskniłam za naszym chlebem razowym. Bałam się, że się, że nie zdążę wrócić na sezon truskawkowy. Polskie truskawki mają smak i zapach wyjątkowy. Pod Makalu i K2 na zimowych wyprawach oczywiście tęskniłam do synów. Byłam już matką.

W 1980 r. Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok zdobyli Everest nową drogą. Można powiedzieć, że była pani świadkiem początków polskiego himalaizmu.

Ależ ja dotarłam do bazy dwa miesiące po tym, kiedy wyszli z niej i wspięli się na szczyt Everestu zimą Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, wieńcząc wysiłek całego zespołu. W tym samym miejscu sześć lat wcześniej bazę miała wyprawa na Lhotse, którą kierował Andrzej Zawada. Polski himalaizm zaczął się jednak znacznie wcześniej - od marzeń i bardzo wymagających Tatr. W Himalajach prędko rozpoznawałam, kto poznał Tatry zimą, a kto nie. Ci, którzy mieli takie doświadczenie, nie skarżyli się na trudne warunki, bo dla nich to nie było nic nowego. Ostre zimy, silny wiatr, zamiecie, załamania pogody - to wszystko jest normalne w Tatrach. Uczą wytrwałości, odporności psychicznej. I pokory, bo tam przecież można zginąć w lawinie. Pokolenie, które wspinało się wtedy w najwyższych górach, było szczególne. Zaczynało wspinaczkę od Tatr, później były Alpy, Kaukaz, Pamir, Hindukusz. W Himalaje i Karakorum jechali najlepsi z najlepszych, światowa czołówka.

Czy polskie wyprawy były wspierane przez komunistyczne władze?

Z jednej strony tak, ale z drugiej zawsze brakowało dewiz. Należy też pamiętać, że alpiniści dla władz komunistycznych byli podejrzanym elementem, ponieważ cenili sobie wolność. Na polskie sukcesy himalajskie, determinację wspinaczy wpływ też miała świadomość, iż każda wyprawa może być ostatnia, bowiem następnym razem władze mogą odmówić wydania paszportu.

Czy ta determinacja nie była czasem niebezpieczna? Nie parli za bardzo, nie ryzykowali zbyt wiele?

Był czas, że Polacy otwierali zimowe wejścia na ośmiotysięczniki, wytyczali nowe drogi, eksperymentowali szybkim stylem wspinania. Za przesuwanie granic niemożliwego płaci się cenę. Dekada lat 80. skończyła się śmiercią wielu naszych wspaniałych himalaistów.

Towarzyszyła pani tylu wyprawom, czy nigdy nie kusiło panią, żeby na któryś z tych ośmiotysięczników wejść?

Nie, ponieważ już chodząc czy wspinając się Tatrach, Alpach, kochając góry, wiedziałam, że cieszy mnie też coś innego. Miałam w sobie ogromną ciekawość świata. Zachłanność na to, co jest za horyzontem. Fascynację pięknem dziedzictwa kultury. Głód poznania dla rozumienia świata i zachwycania się nim był większy niż zdobywania.

Dlaczego zatem ciągnęło panią w te najwyższe góry?

Bo są piękne! Ogromny wpływ miała na mnie literatura. Pragnęłam dotrzeć do kotła Everestu po to, by stamtąd spojrzeć na świat i skonfrontować z tym, co czytałam. W szarym PRL od swego brata lekarza dostawałam kalendarze ze zdjęciami Alp. Rozwieszałam w pokoju kolorowe fotografie, czytałam książki alpinistów i ryczałam nocami z żalu, że nie mogę tego zobaczyć w oryginale.

W połowie lat 70. władza zaczęła wydawać paszporty, licząc na dewizy, które Polacy wypracują na Zachodzie. Ktoś załatwił mi zaproszenie do Londynu i pojechałam w ciemno. Nie znałam tam nikogo. Oficjalnie nasze władze pozwalały kupić w banku i wywieźć bodaj 10 dolarów. Z tą kwotą i otwartym biletem powrotnym, na wypadek gdyby mi się nie udało, musiałam znaleźć w ciągu dwóch dni pracę i mieszkanie. Wszystkie pieniądze, które miałam, wydałam na dojazd z lotniska do centrum miasta i na dwa noclegi w schronisku młodzieżowym - w którym mnie okradziono. Byłam głodna, więc poszukałam pracy w restauracji. Zostałam kelnerką. Jako studentka Uniwersytetu Warszawskiego miałam trzy miesiące wakacji. Dwa miesiące pracowałam, jeden podróżowałam. Dotarłam do miejsc z kalendarzy! Wspinałam się nad Chamonix i Zermatt. Weszłam na szczyt drugiej góry w Europie - Monte Rosa. Rzeczywistość okazała się piękniejsza.

Mówiła pani, że instynkt macierzyński okazał się silniejszy niż miłość do gór. Dzieci przyćmiły pasję?

Skorygowały. Po urodzeniu pierwszego syna w Zakopanem, siedziałam na tarasie, patrząc na Giewont. Synek spał w wózku, a mnie brakowało gór. Poprosiłam kolegę ratownika TOPR, żeby zabrał mnie na wspinaczkę na Giewont. Miałam osiem godzin czasu między jednym a trzecim karmieniem piersią. Moja mama przyjechała z Warszawy i na drugie karmienie miała podać mleko z proszku. Małam poczucie winy, ale ta pasja... Wybraliśmy drogę wspinaczki - profil głowy śpiącego rycerza, żebym łatwo widziała dom z wózkiem na werandzie.

Szybko podeszliśmy pod ścianę. Ruszyliśmy. Po chwili poczułam strach, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałam. Najchętniej wbiłabym się w skałę zębami, żeby tylko nie odpaść.
"Ty idiotko" - mówiłam do siebie - "jesteś pełna mleka, tam leży twój bezbronny cudny maluszek, cud świata, a ty wgryzasz się w skałę. Co ty wyprawiasz?! Odbiło ci?!". Przestraszyłam się, że dziecko może zostać sierotą.

Ostatni wyciąg asekurowaliśmy od krzyża na Giewoncie. Słońce zachodziło. Byliśmy sami na szczycie. Siedzieliśmy w ciepłym pomarańczowym świetle, patrząc na gasnące Zakopane. Piękno i spokój. Wiedziałam już, że to ostatnia moja wspinaczka dopóki nie odchowam synka, a może dzieci… Zbiegliśmy z Giewontu. Karmiłam synka, przepraszając.

Zimowe wyprawy na ośmiotysięczniki Himalajów i Karakorum zaczęłam współorganizować, kiedy synowie mieli po kilkanaście lat. Byłam związana z redakcją „Rzeczpospolitej”, która dała wsparcie dla tych ekspedycji wyjątkowe wówczas w skali światowej. Rola korespondenta wypraw była także moją pracą, a sama utrzymywałam swoją rodzinę. Nie miałam etatu i nie chciałam mieć. Redakcja zgodziła się na finansowanie moich codziennych kontaktów telefonicznych z synami.

Jak była pani traktowana przez męski świat himalajskich wypraw?

Normalnie. Przecież się z nimi nie ścigałam, nie rywalizowałam. Wiele lat spędziłam w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów i swoje obowiązki w bazach wypraw pod ośmiotysięcznikami traktowałam podobnie. W schronisku zawsze czekałam, aż ostatni zejdzie z gór, żeby podać gorącą herbatę. W bazie szłam spać dopiero wtedy, gdy schodzący ze ściany dotarli do namiotów i dostali ciepły posiłek. Dla mnie było oczywiste, że jestem nie tylko po to, żeby relacjonować wyprawę, ale też by dbać o kolegów. Zima w najwyższych górach straszliwie wyczerpuje. Tam traci się po kilkanaście kilogramów masy ciała, bo od pewnej wysokości niedotleniony organizm nie przyswaja pokarmu i zjada sam siebie, własne białko.

Jak warszawianka trafiła do schroniska w dolinie Pięciu Stawów?

Wyjechałam tam po studiach, kiedy pierwsze zderzenie z cenzurą uświadomiło mi, że nie mogę zostać dziennikarzem.

To była ucieczka przed komunistyczną rzeczywistością?

To była podróż do wolności i obowiązków, które sama wybierałam, bo miały sens. Chciałam być ponad komunistycznym dziadostwem, a Dolina Pięciu Stawów Polskich jest najwyżej położoną w naszym kraju. Pragnęłam robić coś pożytecznego, służyć ludziom. Taki wzór miałam w rodzinie. A góry pokazali mi rodzice. Zabierali mnie w nie od szóstego roku życia wraz z moimi starszymi braćmi. Potem sama dużo chodziłam po Tatrach. Do taterników niestety zraził mnie wtedy szpan na brud, niechlujstwo i… przechwalanie się swoimi osiągnięciami. Na takich trafiłam. Wchodziłam na granie poza szlakami, obserwowałam, co robią. Potem słyszałam, co opowiadają w schronisku. Nie zawsze to się zgadzało.
W Pięciu Stawach najpierw pomagałam jako wolontariusz. To było jedyne schronisko w Tatrach, do którego nie można było dojechać samochodem. Miało swój specyficzny klimat.

Czy to prawda, że w czasie stanu wojennego ukrywała się pani w szafie?

Byłam przewodniczącą Solidarności schronisk. Starałam się polepszyć warunki ich bytu, poprzez wydzieranie od państwa płaconego przez ajentów funduszu amortyzacyjnego i robieniu sensownych remontów. W Pięciu Stawach udało się założyć centralne ogrzewanie, wyszykować łazienkę z prysznicem dla personelu. W końcu XX wieku personel mył się tam w betonowym korycie z kranami z zimną wodą oraz wrzątkiem oddalonymi od siebie o metr.

Kiedy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, byłam w Zakopanem. Upiorny widok na ekranie telewizora faceta w mundurze i czarnych okularach był gromem z zachmurzonego wtedy nieba. Szłam Krupówkami do komisariatu po przepustkę, żeby pojechać do Warszawy, sprawdzić, co dzieje się z bliskimi. Telefony nie działały. Spotkałam znajomego. - Gdzie ty idziesz? Przecież cię szukają - ostrzegł. W centrali TOPR, która wtedy była na piętrze tzw. Dworca Tatrzańskiego, obok muzeum, w dyżurce siedziało kilku ratowników. Zamknęli drzwi do budynku. Kiedy ktoś dzwonił, to my z Mietkiem Kołodziejczykiem, przewodniczącym ratowniczej Solidarności, chowaliśmy się w szafie wyprawowej. Brzmi to komicznie, ale wtedy WRONA - Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego - urządziła nam grozę. Krążyły pogłoski, że będą wywozić na Sybir…

Doświadczania z czasów pracy w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów przydały się pani później w czasach wypraw himalajskich?

Oczywiście. Zahartowały do trudów. Ale uważam, że my Polacy mamy dzielność genetyczną. Tak jak warunki w górach, tak hartuje nas historia - ekstremalna.

Historia rozrzuciła Polaków po najdalszych zakątkach. Jak trafiła pani na polskiego lotnika w Himalajach?

To on mnie odnalazł. Kiedy przygotowywałam się do kolejnej swojej wyprawy zimowej pod Nanga Parbat 1997 roku (bo dotarłam do stóp tej góry podczas dwóch kolejnych zim), Andrzej Zawada opowiadał mi o ekspedycji na Kunyang Chhish, którą prowadził ćwierć wieku wcześniej. Hunza, na terenie której znajduje się ta góra, dziś jest częścią Pakistanu, ale wówczas była osobnym księstwem. Andrzej musiał przedstawić ekspedycję władcy tej krainy - mirowi. Ku zaskoczeniu Zawady maharadża wiedział, gdzie leży Polska, że przetrwała rozbiory i słyszał o heroicznej walce w Powstaniu Warszawskim. Okazało się, że przyjaźnił się po wojnie z Polakiem - pilotem, który tam latał. Tyle pamiętał Zawada. Zaczęłam szukać śladów tego pilota. W „The National Geographic” z 1952 roku był opisany pewien lot z Hunzy do Rawalpindi. Samolot poruszał się nad Indusem pomiędzy stromymi górskimi ścianami i pułapem chmur, jak w tunelu. Pilot - Polak - śmiał się z przerażenia pasażerów.

Jak udało się pani ustalić, że był to Henryk Franczak?

Opublikowałam artykuł o zimowej wyprawie na Nanga Parbat w nowojorskim „Nowym Dzienniku”. 80-letni Henryk Franczak, który mieszkał w Stanach Zjednoczonych, przeczytał ten tekst. Artykuł go poruszył, bo przypomniał mu czas, który uważał za jeden z najpiękniejszych w swoim życiu, kiedy latał w Himalajach, Hindukuszu, Karakorum, przyjaźnił się z mirem Hunzy. Zakochał się wtedy w Nagiej Damie - Nanga Parbat. To on zwiózł z Hunzy do Rawalpindi zwycięską wyprawę w 1953 roku wraz z odmrożonym zdobywcą dziewiczej Nanga Parbat - Hermannem Buhlem. Henryk Franczak napisał do mnie list. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

Co zafascynowało panią w historii pana Henryka?

Przejmujące polskie losy, jego i jego trzech braci. Typowe dla czasów, w których przyszło im żyć. Kiedy wybuchła wojna, Henryk z młodszym bratem Staszkiem uciekli z Wilna i przedostali się do Anglii. Walczyli w Dywizjonie 304. Staszek - pilot - zginął, lecąc z Brindisi na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Miał 24 lata. Kolejny brat - Lutek - został wywieziony przez Sowietów na Syberię, skąd wydostał się z armią Andersa i dotarł do Anglii. Najstarszego z nich - Edwarda, nauczyciela, komendanta oddziału Armii Krajowej - zastrzelił enkawudzista.

Henryk po zakończeniu wojny, podobnie jak inni Polacy walczący na Zachodzie, do ojczyzny wrócić nie mógł. Przywódcy alianccy zdradzili nas i przehandlowali ze Stalinem za brytyjskie i amerykańskie interesy w innych częściach globu. Komuniści bezwzględnie rozprawiali się z polskimi patriotami. W 1947 roku rozpadły się Indie Brytyjskie - perła w koronie imperium. Polscy piloci pozostawieni sami sobie w Anglii dostali z utworzonego właśnie Pakistanu propozycję wzięcia udziału w wojnie z Indiami o Kaszmir, w którym leży Nanga Parbat. Wielu pojechało. Do wojny nie doszło. Polacy budowali lotnictwo wojskowe i cywilne od podstaw na terenie tego państwa, także w najwyższych górach.

Okazało się, że z panem Henrykiem łączy panią coś jeszcze…

Rozmawialiśmy najpierw telefonicznie. On był w USA, ja w Warszawie. Był rok 1998. Postanowiłam napisać artykuł o Henryku. Poprosiłam o zdjęcia. Powiedział, że fotografie najszybciej dostanę od jego przyrodniej siostry, która mieszka w Warszawie. Podał mi jej nazwisko. Okazało się, że to moja ciocia. „Przyszywana”, ale od urodzenia nazywałam ją ciocią. Mieszkała przed wojną w Wilnie, tak jak mój ojciec. Ojciec Henryka i jego przyrodniej siostry uczył nawet krótko muzyki mojego ojca w Gimnazjum Jezuitów w Wilnie.
Z Henrykiem znaliśmy się przez osiem lat, do jego śmierci. Dopiero dekadę później potrafiłam opowiedzieć tę historię. Oddałam dużo ze swej prywatności, żeby ocalić pamięć o polskich bohaterach.

„Murzyn zrobił swoje. Murzyn może odejść” - tak podsumowała pani historię polskich lotników i żołnierzy walczących u boku aliantów w II wojnie światowej. Na żądanie Stalina Brytyjczycy nie pozwolili im wziąć udziału w wielkiej Defiladzie Zwycięstwa w Londynie. Czy pan Henryk miał w sobie żal o tę historię?

Nie było w nim goryczy, raczej ból. Nigdy nie narzekał. Mimo 60 lat spędzonych na emigracji, był głęboko osadzony w Polsce i ogromnie samotny. W jednym z listów napisał, że trzy momenty swego życia uważa za najszczęśliwsze: kiedy po raz pierwszy przed wojną wzniósł się sam w powietrze samolotem; kiedy po wojnie latał w Himalajach i Karakorum; wreszcie - kiedy poznał mnie. Przywróciłam mu jego przeszłość.

Wielu tego nie doczekało. Dopiero dziś mówimy o bohaterach, żołnierzach niezłomnych, którzy walczyli o wolną Polskę z komunistami w sytuacji beznadziejnej. Nazywano ich przez dekady bandytami. Sowieci podstępnie uwięzionych polskich żołnierzy transportowali w niemieckich mundurach, zamykali w celach z hitlerowcami dla zrównania ze zbrodniarzami. Mój wuj, prof. Jerzy Krzyżanowski, jako młody żołnierz Armii Krajowej, aresztowany przez NKWD po zajęciu Lublina przez Armię Czerwoną, dwa lata po wojnie tkwił w kolejnym radzieckim obozie, pod Moskwą, w baraku z niemieckimi oficerami.

Dlaczego pani zdaniem pamięć o historii jest taka ważna? Może lepiej byłoby nie patrzeć wstecz, tylko skupić się na przyszłości?

Nie ma tożsamości bez przeszłości. Mamy być organizmami znikąd? Roztrwonić tysiącletnie dziedzictwo? Jako przewodnik tatrzański prowadziłam turystów w Zakopanem na cmentarz obok starego kościółka. Przy bramie na murze widnieje napis: "Ojczyzna to ziemia i groby, narody tracąc pamięć, tracą życie". Przypisuje się tę sentencję Francuzowi - marszałkowi Francji, Wielkiej Brytanii i Polski, którego Józef Piłsudski udekorował swoim krzyżem Virtuti Militari. Sam Piłsudski mówił: "Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości".

Angielski pisarz George Orwell stwierdził: "Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość". Ale też dodawał, że przeszłość jest w rękach tych, którzy rządzą teraźniejszością.
Widzimy to. Toczy się bój o pamięć. Nieprzypadkowo w prasie niemieckiej pojawia się termin "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci". Wtłoczony już został do mózgu prezydenta Baracka Obamy, który jak papuga go powtórzył. Cyniczna siłowa gra zrzucania odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości przynosi efekty. Bo kto nie ma racji moralnej, ten przegrywa. W obronie takiego nikt nie wystąpi. A po eskalacji zarzutów można przejść bezczelnie do roszczeń.

Musimy poszukiwać i pilnować prawdy o przeszłości! Jej nieznajomość ma ogromny wpływ na obecne zachowania. Polacy, nie znając historii, nie doceniają siebie. Pełni kompleksów wpatrują się bezkrytycznie w Zachód, który bezkarnie wykorzystuje polską dzielność, bezinteresowność, pracowitość, kreatywność, cierpliwość. Polacy uwierzyli, że wszystko, co z tamtego kierunku idzie, jest dobre i uczciwe, bo prowadzi do dobrobytu obywateli. Pozwoliliśmy na skolonizowanie Polski, wyprzedaż za bezcen majątku i drenaż.

Mamy bezcenną, opłaconą krwią wiedzę o sposobach zniewalania człowieka, o totalitaryzmach. To daje rozumienie wielu mechanizmów polityki. Znamy wartość wolności, godności człowieka, solidarności, siłę, jaką człowiekowi daje wiara. Tym wszystkim przecież zachwycił świat papież Jan Paweł II. Był utkany z polskości. Bliski ludziom, bo ich rozumiał. Posłaniec mądrości, miłości i nadziei, obalających mury i reżimy. Ale zabrakło nam wiedzy o brutalnej historii kolonizacji, które wzbogaciły kilka państw zachodnich, w które Polacy są cielęco zapatrzeni. Bo widzą skutki, ale nie sięgając do przyczyn - do historii.

Pani książka „Lot koło Nagiej Damy” to przywrócenie pamięci polskiej historii?

Gdy spotkałam Henryka, zobaczyłam, że niesie nieznane dzieje. Archiwalne zdjęcia z Henrykowych szuflad po jego śmierci zaniosłam do Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby się nie zmarnowały, gdybym umarła zanim napiszę książkę. Henryk chciał, żeby jego prochy rozsypać nad Dęblinem. Prosiłam, by zgodził się na pochówek na warszawskich Powązkach Wojskowych. Historii nie można rozpylać.

Pewnego dnia zaprowadziłam go na ten cmentarz. W kwaterze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie napotkał grób swego dowódcy - Dywizjonu 304. Wtedy się zgodził. Zrozumiał jeszcze jedno. Koło miejscowości, gdzie mieszkał w USA, odwiedziliśmy mały, zaniedbany cmentarzyk weteranów. Trochę go uporządkowałam, nie mogąc znieść takiego braku szacunku do przeszłości. Kto był w Polsce na cmentarzach 1 listopada, w Zaduszki albo w inne ważne dla nas rocznice, ten wie, że nigdzie indziej na świecie nie zobaczy podobnego widoku. Łunę światła powstałego z ognia dziesiątków tysięcy lampek widać z daleka nad nekropoliami. W czasach komunizmu, wszechobecnej cenzury i zakazanej historii, prawdziwych dziejów narodu uczyliśmy się przecież na cmentarzach.

Książka pt. „Lot koło Nagiej Damy” autorstwa Moniki Rogozińskiej została książką górską roku 2016 (ex aequo) w kategorii wspomnienia i autobiografia na XXI Festiwali Górskim w Lądku – Zdrój