- Prawdą jest, że nie było chyba rzeczy, z której w tamtych czasach nie próbowano wróżyć. Poza takimi klasykami jak dłoń, szklana kula, czy karty, do czytania przyszłości używano kurzego jajka wbitego do szklanki albo kawowych fusów – mówi w rozmowie z dziennik.pl Przemysław Semczuk, autor książki "Magiczne dwudziestolecie".

Jedną ze znanych osób bardzo mocno wierzącą w zjawiska nadprzyrodzone był sam marszałek Piłsudski. – Bardzo często opowiadał anegdotę jak to jeszcze za czasów carskich na jednej z ulic zaczepiła go cyganka i uparła się, że mu powróży. Rozbawiony całą sytuacją, zgodził się i podał jej rękę. Ta miała patrzeć na jego dłoń coraz większymi oczami, pobladła, wydusiła z siebie dwa słowa "Carem budiesz" i szybko uciekła, nie chcąc żadnej zapłaty za wróżbę – opowiada Semczuk.

Duchy z Belwederu

O ile z tej anegdoty Piłsudski potrafił żartować, o tyle do innych eksperymentów, w których chętnie brał udział, podchodził bardzo poważnie. – Opowiadał jak to pewnej nocy zabrakło mu zapałek, gdy chciał zapalić papierosa. Stanął przy oknie, skupił myśli i już za chwilę na środku biurka leżało całe pudełko. Warto dodać, że działo się to w Belwederze, który jak wynikało z opowieści był mocno nawiedzany przez duchy – mówi Semczuk.

"Wokół pałacyku powstała legenda, że duch Konstantego błądzi po ogrodach i salonach belwederskich i pojawia się w gabinecie, gdzie Wielki Książę za życia podpisał tysiące wyroków śmierci na Polaków. Sama nigdy żadnej zjawy nie widziałam, ale wielu znajomych twierdziło, że im się pokazały. Między innymi miał ją widzieć adiutant mego męża w wigilię rocznicy powstania 1830 r. Nawet mąż, najmniej przesądny ze wszystkich ludzi, przyznawał, że słyszał często kroki na korytarzu, pod drzwiami swojego gabinetu, chociaż nikogo tam nie było. Kiedy sypiał w swoim gabinecie w Belwederze, palił przez całą noc światło, czego nigdy nie robił w Sulejówku" – tak duchy z Belwederu wspominała żona Piłsudskiego – Aleksandra.

Eksperymenty z jasnowidzem

Ulubieńcem Piłsudskiego i częstym gościem na salonach był inżynier Stefan Ossowiecki. Z racji swoich nadprzyrodzonych zdolności został okrzyknięty "naczelnym jasnowidzem II RP". – Uznawany był wręcz za proroka, który potrafił powiedzieć gdzie znajdują się zwłoki dziecka albo, co jest w zalakowanej kopercie – wyjaśnia Semczuk. Tak spotkanie i jeden z pierwszych eksperymentów, jakiego wspólnie dokonali Piłsudski z Ossowieckim opisuje żona marszałka: "W tym samym czasie zainteresowało go jasnowidztwo. Por. Czesław Świrski, który znał bardzo dobrze inż. Ossowieckiego, jasnowidza, głośnego nie tylko w Polsce, zaproponował mężowi dokonanie z nim eksperymentu. Eksperyment miał polegać na tym, że Świrski zaniesie Ossowieckiemu zapieczętowany list męża do odczytania. Mąż napisał kilka słów na kartce, włożył ją do koperty i zalakował kopertę swoją pieczęcią. Gen. Sosnkowski stwierdził, że koperta jest zalakowana i że bez naruszenia pieczęci nie można jej otworzyć. Świrski zaniósł kopertę do Ossowieckiego. Pan Ossowiecki dotykając koperty od zewnątrz napisał na kawałku papieru treść listu i wręczył ją Świrskiemu. Mąż przeczytał kartkę. Była na niej formuła szachowa, ale wypisana błędnie. Okazało się, że to mąż popełnił błąd".

Na tym jednym eksperymencie się nie skończyło. Marszałek postanowił przeprowadzić wspólnie z Ossowieckim także doświadczenie telepatyczne. – Umówili się, że o określonej godzinie Ossowiecki będzie nadawcą myśli a Piłsudski ich odbiorcą. Jasnowidz o określonej godzinie położył się na kanapie i zaczął się koncentrować. W pewnym momencie do pokoju weszła żona Ossowieckiego. Znana ze swojej zrzędliwości zaczęła narzekać, że żyją w wilgotnej norze i obydwoje przez to tracą zdrowie, a on znowu leży jak posąg i marnuje prąd. Gdy Ossowiecki pojawił się u Piłsudskiego, ten zaczął mówić właśnie o tym, czego dotyczył dialog jasnowidza z małżonką. Obydwaj uznali, że telepatyczny eksperyment się udał – opowiada Semczuk.

Migające światełka, kroki i stukanie

Wyjaśnia, że w czasach II RP seanse przekazywania myśli były organizowane dosyć często. Podobnie jak seanse spirytystyczne, z którymi również wiąże się anegdota z życia marszałka. – To z kolei historia jeszcze z okresu I wojny światowej. Podczas jednego z seansów miał zostać wywołany duch generała. Osobą, która nie tylko uczestniczyła, co nadzorowała i przejęła kontrolę nad przebiegiem tego seansu był rzecz jasna sam Piłsudski. To on zadawał zjawie pytania w swojej podświadomości. Informacje, które podał generał miały się potem sprawdzić podczas działań na froncie – mówi Semczuk.

W II RP seanse te należały do codzienności. Sławą, która brała w nich udział był niejaki Franek Kluski. Opowiadano, że gdy uczestniczył w seansach, zgromadzonym ukazywały się dzikie zwierzęta i ludzie. Spotkania te odbywały się najczęściej w prywatnych mieszkaniach. Panował w nich mrok, światło było wyłączane albo zapalano jedynie małą, czerwoną lampkę. W seansach brało udział ok. 10 osób, a jeśli były to dyskusje na temat metapsychiki nawet sto. Większość uczestników należała do stowarzyszeń metapsychicznych. – W samej Warszawie zarejestrowanych i oficjalnie działających było, co najmniej pięć – tłumaczy Semczuk. Zgromadzeni siadali przy stole i kładli na nim ręce, lekko dotykając się palcami. Seansem kierowała jedna osoba, a pomagali jej tzw. kontrolerzy i sekretarze, którzy notowali reakcje uczestników, dziwne zjawiska a także mierzyli temperaturę powietrza. – Z relacji wynikało, że uczestnicy widzieli migające światełka, słyszeli kroki i stukanie oraz czuli podmuchy powietrza. Niektórzy relacjonowali, że czuli obecność ludzi albo właśnie zwierząt. Chodziło o to, aby się bać, uruchomić swoją wyobraźnię i poczuć adrenalinę. Głównie tego uczestnicy oczekiwali po tych spotkaniach – mówi Semczuk.

Pomyłki w horoskopach

Prasa II RP nie stroniła natomiast od drukowania horoskopów. W prawie wszystkich warszawskich tytułach publikował je Jan Starża-Dzierżbicki. Drugim znanym autorem astrologicznych przepowieści był Franciszek Prengel. Obydwaj niezbyt się lubili i zarzucali sobie kłamstwa oraz liczne pomyłki. – Prengel oskarżał Starże-Dzierżbickiego głównie o to, że błędnie przepowiadał stan zdrowia i sukcesy marszałka w latach 1935-38. Zapomniał, że sam bardzo podobne rzeczy pisał tuż przed śmiercią Piłsudskiego. Starża-Dzierżbicki również nie szczędził koledze gorzkich słów i przykładów oszustwa. Doszło między nimi nawet do procesu sądowego, który zakończył się podaniem ręki na zgodę. Sędziowie nie za bardzo wiedzieli, jaki wyrok wydać w takiej nietypowej sprawie – opowiada Semczuk. I dodaje, że choć obydwoje chwalili się, że są perfekcyjni w swoim fachu, nie udało im się przewidzieć wybuchu wojny, której obydwaj nie przeżyli. – Podobnie rzecz się miała z Ossowieckim, który choć wyczytywał treści listów bez otwierania kopert, podczas wojny nie przewidział, która kryjówka będzie tą najbezpieczniejszą, aby nie trafiła go niemiecka kula – mówi.

Piłsudski pod koniec życia korzystał natomiast z usług Jasnowidzącej znad Wisły, która miała na koncie wiele trafnych przepowiedni oraz wyleczeń chorób. Do Belwederu wezwano ją, aby pomogła chorującemu na raka marszałkowi. Nie wiadomo dokładnie jak te wizyty wyglądały, ale pewnym jest, że kolejnym jej "klientem" był prezydent Ignacy Mościcki. – Nie wyleczyła marszałka z raka wątroby, ale przekazy mówią, że ulżyła mu w cierpieniach. Jego adiutanci wspominali, że Piłsudski miał bardzo wyraziste wizje przed śmiercią. Ukazywała mu się zmarła na białaczkę siostra oraz nieżyjący matka i brat Bronisław. Miał rozmawiać z nimi tak jakby byli w pomieszczeniu i stali nad jego łóżkiem. To było dla nich dowodem, że pasjonujące go siły nadprzyrodzone nie były tylko zabawą – wyjaśnia Semczuk.