Heather Morris pochodzi z Nowej Zelandii, a obecnie mieszka w Australii. Pracując w państwowym szpitalu w Melbourne, przez kilka lat czytała i pisała scenariusze. W 2003 roku spotkała starszego pana, który "miał historię wartą opowiedzenia". Powieść "Tatuażysta z Auschwitz" powstawała przez trzy lata. Wszędzie, gdzie została wydana, stała się bestsellerem.

Lale Sokolov, a tak naprawdę Ludwig Eisenberg. Urodził się w 1916 roku w Krompach na Słowacji. W 1942 roku jako dwudziestosześciolatek trafił do obozu w Auschwitz. Jego zadaniem było tatuowanie numerów na przedramionach przybywających do obozu więźniów. Wśród nich pewnego dnia pojawiła się Gita, w której Lale zakochuje się od pierwszego wejrzenia.

Gita Furman, a właściwie Gisela Fuhrmannova. Urodziła się we Vranowie nad Topl’ou na Słowacji. Do obozu w Auschwitz trafiła w 1942 roku, w lipcu tego samego roku przeniesiono ją do Birkenau. Wytatuowany na jej przedramieniu przez Lanego numer obozowy to 34902. Po latach zostaje żoną Lalego.

Jak doszło do pani spotkania z Lale Sokolovem?

Siedziałam, tak jak my teraz, na kawie z koleżanką. Powiedziała mi, że ma znajomego, który nazywa się Gary i któremu właśnie zmarła matka, a jego ojciec poprosił go, aby znalazł osobę, której mógłby opowiedzieć swoją historię. Zaznaczył, że chciałby opowiedzieć ją komuś, kto nie będzie pochodzenia żydowskiego i nie będzie ze społecznością żydowską w jakikolwiek sposób związany. Zgodziłam się i pewnego dnia zapukałam do drzwi 88-letniego mężczyzny, którym był właśnie Lale.

Dlaczego to miał być ktoś, kto nie ma nic wspólnego z żydowską społecznością?

Zależało mu na tym, aby to nie była osoba obciążona piętnem Holokaustu. Aby słuchając i spisując to, co usłyszała, nie filtrowała tego przez taki właśnie punkt widzenia.

Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?

To ja głównie mówiłam, a Lale słuchał. Dopiero po jakimś czasie otworzył się przede mną. Już wtedy, kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy, poczułam, że mam do czynienia z człowiekiem, który ma do opowiedzenia żywą historię. Spotykaliśmy się 2-3 razy w tygodniu. Nie notowałam tego, co mówi, ale nagrywałam.

Dlaczego zdecydował się opowiedzieć swoją historię dopiero po śmierci Gity?

Lalemu przez całe życie towarzyszył strach połączony z wyrzutami sumienia. Strach, bo ktoś gdzieś na świecie, słysząc, że w obozie zajmował się tatuowaniem więźniów, mógł uznać go za kolaboranta. Oczywiście on sam o sobie tak nie myślał, ale ten strach powodował, że nie chciał narażać swojej żony na to, że choćby przez chwilę będzie musiała go bronić przed potencjalnymi atakami albo wpłynie to w jakiś sposób na ich sytuację życiową. Dlatego czekał z tym, aż Gita odejdzie.

Jak to się stało, że tym tatuażystą został?

Po przewiezieniu do obozu przez sześć tygodni Lale chorował na tyfus. Był już jedną nogą w grobie i nikt nie wierzył, że przeżyje. Załadowano go już nawet na wóz śmierci, którym wraz z innymi umierającymi miał pojechać prosto do komory gazowej. Ale jeden z mężczyzn, który mieszkał w tym samym baraku, ściągnął go z tego wozu. Przez osiem dni ludzie, którzy dzielili z nim barak, ubierali go w ubrania pozostałe po zmarłych więźniach, oddawali mu jedzenie ze swych głodowych porcji. Kawałki chleba wciskali mu do gardła. Kiedy ich pytał, dlaczego mu pomogli, odpowiadali "Ktokolwiek ratuje jedną osobę, ratuje cały świat". Większość z nich nie przeżyła obozu. 

Wśród nich był Pepan?

Tak. Nauczyciel akademicki z Paryża, a w obozie tatuażysta. Stwierdził, że taka osoba jak Lale, który znał sześć języków, przyda mu się jako pomocnik. Gdyby nie ta "propozycja", Lale nie przeżyłby, bo nie byłby w stanie wrócić do pracy w kamieniołomie czy przy budowaniu baraków. Bał się tego, co miał robić, nie wyobrażał sobie zadawania bólu ludziom, ale nie miał wyjścia. Kilka razy zresztą podczas pobytu w obozie usłyszał, że ma do wyboru albo tę pracę, albo komorę gazową. Gdy Pepan zniknął, to Lale przejął jego funkcję w obozie.

Jak sobie radził z tym, że ten ból musi zadawać?

Nigdy nie patrzył na osoby, które tatuował. Dzięki temu nie przywiązywał się do nich emocjonalnie. Tłumaczył, że to były dla niego jedynie numery. Wzrok podniósł tylko raz, właśnie na Gitę. Z nią było zupełnie inaczej. Pracowała w obozie w administracji. Przepisywała dane ludzi z dowodów, ich rzeczy osobistych. Dla niej to były imiona, nazwiska, dzieci, rodzice, ich historie. Nie mogła uwierzyć, że wyjdą z tego obozu, że przeżyją. Traciła tę nadzieję, bo obcowała z ludźmi, a Lale, jak tłumaczył, "tylko" z numerami.

Ale mimo tego wypracował swój sposób tatuowania, aby tego bólu nie zadawać.

Fakt zadawania bólu był jego największym koszmarem. W pewnym momencie zorientował się, że najlepszym rozwiązaniem będzie wypracowanie własnego tempa i sposobu pracy. Żadna z tych osób nie wydawała odgłosu, nie mówiła, że ją boli. Dla niego to było podwójnie bolesne, bo wiedział, że ten ból chowają w sobie, że nie mogą, chociaż chcieliby go wykrzyczeć. Cierpiał, ale robił to, co robił, bo też chciał przeżyć.

Co było dla pani najbardziej poruszające w tej historii?

Lale nigdy nie mógł powstrzymać łez, gdy opowiadał o ludności cygańskiej. Nie rozdzielano ich - wspólnie mieszkali mężczyźni, matki, dzieci, całe rodziny. Pewnej nocy do komór zabrano 4,5 tys. z nich. Lale wspominał, że to był straszny widok. Może właśnie dlatego, że nie byli podzieleni, byli razem i razem ginęli.

Poza tym, że tatuował, sam też więźniom pomagał.

To był bardzo inteligentny i wykształcony człowiek. Ryzykował swoim życiem, ale nigdy nie robił tego bez rozpoznania. Był znakomitym obserwatorem. Zawsze sprawdzał, czy to, co chce zrobić, ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Wyznawał zasadę, że gdy tylko możesz, pomagasz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ta pomoc będzie potrzebna tobie. Miał dostęp do wielu rzeczy, do których zwykli więźniowie nie mieli. Z racji tego, że zawsze chodził ze swoją torbą, to właśnie w niej przemycał m.in. klejnoty. Wiedział, kiedy kapo, który z nim chodzi, jest w dobrym humorze - wtedy mógł pozwolić sobie na bardziej ryzykowne ruchy.

Trudno sobie wyobrazić, że w obozowych warunkach miłość Gity i Lalego mogła mieć miejsce.

Ich spotkania były możliwe dzięki innym więźniom i dzięki temu, że Lale miał wolność, jeśli chodzi o poruszanie się po obozie. Kiedy mi o tym opowiadał, stwierdził jednak, że narażał Gitę i siebie na ogromne niebezpieczeństwo. Z dzisiejszego punktu widzenia, to, co wtedy robił, uznał za skrajnie nieodpowiedzialne, ale wtedy był zakochany, chciał poznać swoją miłość, wiedzieć o niej jak najwięcej. Ona nie do końca chciała się przed nim wtedy otworzyć. Podejrzewał, że jest w nim zakochana, ale wówczas nie powiedziała mu tego wprost. A potem Gita wraz z innymi kobietami została wybrana do grupy więźniów, którzy mieli zostać wywiezieni z Auschwitz przed nadejściem Armii Czerwonej obóz. Ona i Lale  mieli się już nigdy więcej nie zobaczyć.

Tymczasem…

Wpadli na siebie zupełnie przypadkiem. Lale wspominał, że gdy ją zobaczył, zaniemówił. Nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Na początku jej nie poznał, bo była normalnie ubrana, odrosły jej włosy. Dopiero oczy powiedziały mu, że to jego Gita. Pierwsze słowa, jakie w końcu z siebie wydobył, brzmiały: "Wyjdziesz za mnie?". Historia rodem z Hollywood, prawda?

Mimo miłosnego happy endu, ich życie wcale nie było takie kolorowe.

Lale znowu "narozrabiał". Poza tym, że prowadził swój legalny biznes, zajmował się też przemycaniem pieniędzy, które miały pomóc w budowaniu nowego państwa Izrael. Złapali go i trafił do więzienia. Gicie udało się go stamtąd wyciągnąć, bo przekupiła sędziego, katolickiego księdza i psychiatrę. Lale dostał przepustkę na weekend i dzięki temu nocą, w pośpiechu, mogli uciec najpierw do Wiednia, potem do Paryża, aż w końcu znaleźli się w Australii. Wiedli życie emigrantów. Pierwsze biznesy, jakie otwierali, kompletnie im nie wychodziły. Do tego nie znali angielskiego, mimo że Lale był poliglotą. W 1960 roku Gita zaszła w ciążę, choć mówiono jej, że po tym, co przeszła, nie będzie mogła mieć dzieci. Kiedy miała urodzić dziecko, dziwnym zbiegiem okoliczności ich kolejny biznes okazał się sukcesem.

Jaki był Lale?

Na jego wychowanie ogromny wpływ miała matka. Zawsze powtarzała mu, że będzie lepszym człowiekiem, jeśli będzie pomagał innym. W obozie miał wiele takich szans, więc te słowa matki realizował. Poza tym bardzo poważnie podchodził do kwestii odpowiedzialności. Był człowiekiem otwartym, żartownisiem, który bywał złośliwy, ale to miało swój urok. Kiedy go poznałam, chciał jak najszybciej umrzeć, dołączyć do Gity. Gdy uporał się z bólem po stracie żony, na nowo pokochał życie. Chodziliśmy razem do kina, kawiarni. Przedstawiał mnie żartobliwie jako swoją dziewczynę. Gdy mówiłam mu, że przecież mam męża, odpowiadał: "No dobrze, to w takim razie będę przedstawiał cię jako moją kochankę". Kobiety się w nim kochały, a mężczyźni uwielbiali przebywać w jego towarzystwie. Lale całe życie był filantropem. Wspierał młodzież, szczególnie tę, która uprawiała sport. Miał trochę socjalistyczne myślenie, które sprowadzało się do stwierdzenia: "Wydaj na siebie to, co musisz, a resztę oddaj tym, którzy potrzebują". Zdecydowanie tak działał do końca swoich dni.

A miał swoje życiowe motto?

Tak. Brzmiało: "Jeżeli obudziłeś się tego dnia rano, to znaczy, że to będzie dobry dzień".