27 kwietnia 1944 r. nad południową Anglią budził się mglisty poranek. Obsadzający pozycje powyżej kamienistej plaży w Slapton strzelcy mrużyli oczy, wypatrując barek transportowych. Gdy się pojawiły, przygotowali broń. Rozkazy były jasne – strzelać ostrą amunicją nad głowami lądujących na plaży żołnierzy.

Tak miał wyglądać początek alianckich manewrów „Tiger”. Dowództwo amerykańskich i brytyjskich wojsk chciało w ten sposób oswoić żołnierzy z desantem, bo za pięć tygodni mieli oni lądować na obsadzonych przez Niemców normandzkich plażach. Nie można więc było pozwolić sobie na żaden błąd.

Lądowanie amerykańskich oddziałów zaplanowano na godz. 7.30, ostrzał miał się rozpocząć godzinę wcześniej i potrwać aż 30 minut. Jednak tuż po godz. 6 brytyjski admirał Don P. Moon otrzymał depeszę, z której wynikało, że barki desantowe spóźniają się. Rozkazał więc przełożenie wsparcia artyleryjskiego na godz. 8.30. Decyzję podjął sam, nie powiadamiając o niej jednostek biorących udział w operacji.

Gdyby Moon nakazał sprawdzić informację o spóźniających się barkach, być może dowiedziałby się, że desant dopłynął jednak o czasie. Nie zrobił tego i pociski z dział okrętowych spadły na plażę wypełnioną żołnierzami US Army. Zapanował chaos, padli zabici, sanitariusze nie nadążali z opatrywaniem rannych. Załogi barek zaczęły wzywać przez radio do przerwania ognia. Zanim artylerzyści zorientowali się, że wstrzeliwują się we własne oddziały, zginęło prawie 300 osób.

Gdyby dowództwo po masakrze na plaży w Slapton przerwało ćwiczenia, być może nie doszłoby do kolejnej tragedii – na morzu. Według planu desant miał się odbywać w dwóch rzutach. Dlatego w nocy z 27 na 28 kwietnia z portów w Plymouth i Brixton wypłynęło osiem wojskowych barek transportowych LST...

Cały tekst Mariusza Nowika o tragicznych ćwiczeniach "Tiger" przeczytasz w elektronicznym wydaniu Magazynu DGP >>>