Choć od wyprowadzki BBC z Bush House minął rok, przed imponującym budynkiem w centrum Londynu wciąż zatrzymują się turyści. To tu przez ponad 70 lat mieściły się siedziba brytyjskiej publicznej telewizji oraz redakcje radiowych stacji zagranicznych, to tu pracował George Orwell i to na tej instytucji wzorował Ministerstwo Prawdy z książki „Rok 1984”. Kiedy jednak w ramach szukania oszczędności budżetowych brytyjski rząd ograniczył finansowanie BBC, firma zdecydowała się opuścić legendarną siedzibę. Mimo to Bush House wciąż jest londyńską ikoną.

Także rok minął od czasu rezygnacji w atmosferze skandalu dyrektora generalnego BBC George’a Entwistle’a. Najpierw na jaw wyszło, że najpoważniejszy program publicystyczny „Newsnight” wycofał reportaż zarzucający pedofilię Jimmiemu Savile’owi, zmarłemu prezenterowi BBC uważanemu niemal za skarb narodowy, potem w tym samym programie ukazał się materiał oskarżający o pedofilię – jak się okazało, bezpodstawnie – prominentnego polityka Partii Konserwatywnej.

Każda inna stacja telewizyjna zaplątana w takie skandale, mając na dodatek obcięty budżet, byłaby w tarapatach. Ale nie BBC. To symbol Wielkiej Brytanii, jak monarchia, flaga czy czerwone double-deckery. I mimo konkurencji prywatnych stacji – także tych amerykańskich – mimo presji internetu British Broadcasting Corporation wciąż pozostaje nie tylko najważniejszą telewizją na Wyspach, lecz także instytucją zaufania publicznego.

Ale dziś to już wyjątek. Czasy silnych, opiniotwórczych mediów publicznych, a szczególnie telewizji, mijają – uważa prof. Krystyna Doktorowicz, medioznawca z Uniwersytetu Śląskiego. – Co nie znaczy, że nie ma dla nich w ogóle miejsca. Jest, tylko muszą wypracować nowe modele finansowania swojej działalności i oferty dla widzów – dodaje.

Jak to się robi w Europie

BBC wyznaczyła standard nie tylko programowy, lecz także organizacyjny. – W USA czy Ameryce Łacińskiej szybko pojawiły się telewizje komercyjne, na Starym Kontynencie telewizję uznawano za źródło kultury i informacji, które powinno dbać o rozwój społeczeństw, pełnić misję, a więc pozostawać w gestii państwa. Powszechny stał się model wzorowany na brytyjskim, czyli finansowanie mediów ze środków publicznych, a nie z reklam – opowiada Doktorowicz. We Francji, w RFN czy Skandynawii model brytyjski przyjęto z przekonaniem, że stacje radiowe i telewizyjne utrzymywane z abonamentu i/lub rządowych dotacji zapewnią najlepszą jakość programową. W końcu i w Europie pojawiła się komercyjna konkurencja, a wraz z nią pęczniał rynek reklamy. Dziś spośród 27 państw UE jedynie kilka zdecydowało się na finansowanie telewizji publicznych albo tylko ze środków publicznych (np. Dania), albo tylko ze środków komercyjnych (Luksemburg).

W większości europejskich krajów działa system mieszany – media publiczne utrzymują się ze środków publicznych i dochodów z reklam. Nadaje je nie tylko TVP, lecz także niemieckie ARD i ZDF czy France Television. Ale emisja reklam jest tam ustawowo ograniczona – zakazami przerywania filmów, emitowania reklam w weekendy albo przedłużania bloków ponad określony czas.

Mieszany model finansowania ma swoje dobre i złe strony. W wielu krajach doprowadził do zdewastowania oferty mediów publicznych, które w walce o reklamy musiały inwestować w miernej jakości rozrywkę dla mas. Jednak dodatkowy zastrzyk gotówki pozwolił mediom publicznym zachować pozycję lidera. – We Francji doszło wręcz do sytuacji, że ze wszystkich siedmiu kanałów ogólnokrajowych aż cztery najpopularniejsze były stacjami publicznymi, z czego trzy należały do FT. Ta uprzywilejowana sytuacja czyniła z tego nadawcy jedną z najważniejszych instytucji medialnych, która przyciągała ogromną widownię i generowała zyski – tłumaczy dr Katarzyna Gajlewicz-Korab z Instytutu Dziennikarstwa UW. To się nie podobało komercyjnej konkurencji. Dlatego kiedy cztery lata temu prezydent Francji Nicolas Sarkozy ograniczył emisję reklam (zakaz emisji od godz. 20 do 6), wytykano mu, że chce wypełnić kieszenie przyjaciół ze stacji prywatnych.

Jak pokazuje raport Europejskiej Unii Nadawców, finansowanie publiczne pozostaje głównym źródłem dla niemal wszystkich europejskich telewizji narodowych. Jedynym wyjątkiem jest nasza TVP. W 15 europejskich państwach media publiczne utrzymują się w przeważającej części z rządowych dotacji, w 21 z różnych form abonamentu czy opłaty audiowizualnej od obywateli i nadawców komercyjnych. Tylko u nas głównym źródłem są reklamy. A to dlatego, że Polacy nie palą się do płacenia abonamentu. Aż 65 proc. z nas nie poczuwa się do tego obowiązku. W odróżnieniu od Szwedów czy Niemców, w przypadku których ściągalność przekracza 80–90 proc. Ci ostatni problem widzów na gapę w tym roku rozwiązali ostatecznie. Od 2013 r. u naszych zachodnich sąsiadów obowiązuje powszechna opłata na media publiczne – płacona bez względu na to, czy posiada się telewizor, czy nie.

Ale problem ze skrupulatnością obywateli ma nie tylko Polska. W niektórych regionach Włoch, szczególnie na południu, od płacenia abonamentu uchyla się ponad 40 proc. ludności. Węgrzy bojkotowali abonament do tego stopnia, że w 2002 r. go zniesiono. Media publiczne są tam skazane na dotację budżetową i dogorywają – ich zadłużenie rośnie, podobnie jak poziom uzależnienia od ekip rządzących.


Od reżimowych do narodowych

To właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej media państwowe przeszły największą rewolucję – będąc instrumentem władz, musiały po upadku bloku wschodniego na nowo wypracować swoją pozycję. I nie zawsze im się to udawało. Telewizja na Ukrainie jest nadal państwowa, jej szefa mianuje rząd. Kanał Perszyj Nacionalnyj – finansowany częściowo z budżetu, a częściowo z reklam – nie jest w stanie konkurować z prywatnymi telewizjami, takimi jak Inter czy 1+1, korzystającymi z przepastnych kieszeni oligarchów. Jak tłumaczy Michał Potocki, który w DGP pisze o krajach byłego ZSRR, Perszyj Nacionalnyj miewa jednak swoje złote żniwa: – Transmitując duże imprezy sportowe czy coroczne konkursy Eurowizji, znacznie popularniejsze tam niż u nas – mówi. Ukraińska stacja mimo to ma niewielkie, 3-proc. udziały w rynku. Podobnie zmarginalizowane zostały publiczne stacje na Węgrzech, Litwie, Słowacji czy w Rumunii. W większości krajów trwają jednak próby ratowania pozycji mediów publicznych.

Na Łotwie podobnie jak w Polsce wykuwa się ustawa medialna. Na początku tego roku odpowiednik naszego KRRiT ogłosił nową strategię rozwoju mediów publicznych. Zakłada ona przejście albo na odpis od podatku PIT, albo na opłatę audiowizualną. Jak dotąd oba kanały publicznej LTV 1 i LTV 7 były finansowane z dotacji budżetowych, obie stacje nadają też reklamy. Ale przegrywają z komercyjną konkurencją i tracą młodych widzów. Lepsze wyniki mają zarówno dwa kanały szwedzkiego koncernu Modern Times Group, jak i rosyjskojęzyczna stacja Pierwyj Bałtijskij Kanał.

Najlepiej z odbudowaniem marki poradziła sobie Ceska Televize, której udało się połączyć model abonamentowy z niewielkim wsparciem z reklam. Czeski system jest dodatkowo ciekawy, bo pod wpływem lobbingu największych stacji komercyjnych w 2011 r. znacznie ograniczono możliwości emitowania reklam przez CTV. Dochody stacji spadły, ale w zamian nadawcy prywatni są w Czechach zobowiązani część zysku przekazywać na specjalny fundusz kinematograficzny, który wspiera także produkcje filmów i seriali w CTV. System działa sprawnie, choć i tu zdarzają się wpadki. To do CTV w pierwszej kolejności zgłosił się Stepan Hulik ze scenariuszem filmu o studencie, który dokonał samospalenia w 1969 r. Jednak tak długo czekał na decyzję, że wreszcie skontaktował się z Agnieszką Holland. Razem poszli do HBO. „Gorejący krzew” wyprodukowała więc prywatna amerykańska stacja. – To był spory skandal. Ceska Televize straciła szansę na wyprodukowanie serialu, który nie tylko zebrał fenomenalne recenzje, lecz także był hitem, jeżeli chodzi o oglądalność. Ale ta sytuacja być może moją stację czegoś nauczyła: że jeśli chce się konkurować ze stacjami prywatnymi, decyzje muszą zapadać szybciej i sprawniej – opowiada Josef Pazderka, korespondent czeskiej telewizji w Polsce.

Pazderka dodaje, że dziś największe kontrowersje budzi jednak powiązanie stacji z politykami. W Czechach (właściwie w Czechosłowacji) – podobnie jak w innych krajach bloku wschodniego oraz w Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech – państwowa kontrola nad telewizją w przeszłości była podyktowana autorytarnymi rządami, które chciały mieć pełną kontrolę nad społeczeństwem. Pozostałości takiego myślenia o mediach publicznych – jako tuby propagandowej władz – widać do dziś. – Telewizja we Włoszech od swoich narodzin służyła propagandzie i w dużym stopniu jest tak do dziś – mówi Maciej Krzysztoszek, doktorant z UW badający włoski rynek mediów. W praktyce wciąż działa tam telewizyjny duopol publicznych stacji RAI, finansowanych z abonamentu i z reklam, oraz kanałów koncernu Mediaset byłego premiera Silvia Berlusconiego. Skupiają one niemal 80 proc. rynku. I niewiele się od siebie różnią. W epoce Berlusconiego pluralizm i niezależność mediów publicznych można było włożyć między bajki. Szef rządu sam wskazywał dziennikarzy do zwolnienia za to, że śmieli go skrytykować.

Made in USA

Zupełnie inaczej niż w Europie kształtował się rynek telewizyjny za oceanem. Już na przełomie lat 30 i 40. ubiegłego wieku zaczęły nadawać prywatne NBC i CBS, a dekadę później stacji było już ponad 30, choć telewizory były jedynie w 100 tys. domów. Ale tempo wzrostu tego rynku było oszałamiające i na początku lat 50. liczba stacji wzrosła do 55, a liczba telewizorów przekroczyła milion. W tym też momencie pojawiło się zapotrzebowanie na kanał, w którym pokazywane byłyby materiały edukacyjne i informacyjne. Pierwszym był Educational Television and Radio Center (ETRC) założony w 1952 r. przez Fundację Forda.

W 1963 r. ETRC zmieniło nazwę na National Educational Television i wsławiło się poruszaniem trudnych społecznych tematów dotyczących biedy czy rasizmu. Taka zmiana średnio jednak pasowała do koncepcji edukacyjnej wspieranej przez Fundację Forda, która zdecydowała się wycofać z finansowania stacji. W tym momencie wtrącił się rząd federalny, który zdecydował o stworzeniu Corporation for Public Broadcasting (CPB), specjalnego funduszu dla publicznego nadawcy. – W ten sposób w 1970 r. powstało Public Broadcasting Service, czyli publiczna stacja, ale zupełnie inna niż te znane z Europy. To nie jest jeden kanał, tylko sieć ponad 350 stacji lokalnych, akademickich, naukowych, które częściowo mają wspólny program. PBS ma status organizacji non profit, która jest finansowana przez CPB oraz widzów i biznesmenów – mówi Doktorowicz. I podkreśla, że choć w Stanach jest znacznie większa konkurencyjność i różnorodność telewizji niż nawet w Europie, PBS udało się odegrać ważną rolę kulturotwórczą. To ona od lat nadaje m.in. „Ulicę Sezamkową”, czyli popularny na całym świecie program edukacyjny dla najmłodszych. Z rocznym budżetem wynoszącym 0,5 mld dol. jest w stanie produkować programy równie dobre co konkurencja, także te rozrywkowe – łącznie zdobyły one już blisko 60 statuetek Emmy. Nadawca jest też rok w rok wysoko oceniany w badaniach zaufania do instytucji publicznych.

Widać to było najlepiej podczas ubiegłorocznej prezydenckiej kampanii wyborczej. Kandydat Republikanów Mitt Romney zapowiedział, że jako prezydent odbierze PBS subsydia, by odciążyć federalny budżet. W efekcie jego notowania z dnia na dzień zaczęły spadać, a rozeźleni widzowie zapowiedzieli, że razem z bohaterami „Ulicy Sezamkowej” urządzą marsz na Waszyngton w obronie ukochanej stacji.

Jeszcze bardziej egzotyczny z naszej perspektywy jest rynek telewizyjny w Ameryce Łacińskiej: w większości państw – o dziwo z wyjątkiem Kuby – funkcjonują media publiczne. Najczęściej na państwowym garnuszku, a także z dotacji pozyskiwanych z fundacji, środków prywatnych czy z reklam. – Istnienie abonamentu w krajach latynoskich jest nierealne ze względu na ogromne kontrasty społeczne i duże obszary biedy, zwłaszcza wśród autochtonicznej ludności czy osób żyjących w dzielnicach nędzy – mówi dr Radosław Sajna, wykładowca Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. A to oni przecież stanowią ogromną rzeszę widzów.

Najstarszą telewizją publiczną w Ameryce Łacińskiej jest meksykański Canal 11, który działa od 1959 r. i nadaje – w odróżnieniu od konkurencji pławiącej się w telenowelach – programy misyjne: wiadomości, reportaże, audycje dla młodzieży. Dodatkowo działa tu skierowany do młodszego widza Canal 22. Co ciekawe, pierwsza stacja jest własnością Instituto Politecnico Nacional (jedna z największych publicznych uczelni w Meksyku), drugi zaś jest kontrolowany przez rządową agendę.


W Wenezueli, Boliwii czy Ekwadorze publiczne stacje to wciąż propagandowe tuby władz. W Chile telewizja publiczna utrzymuje się głównie z reklam i zalewa widzów komercyjną papką. – Konieczność wzmacniania mediów publicznych podnoszona jest często przez intelektualistów latynoamerykańskich, czasami przez polityków, zwłaszcza w kontekście demokratyzacji, pluralizmu i tworzenia alternatywy dla dominującej telewizji komercyjnej – mówi Sajna i dodaje, że kraje Ameryki Łacińskiej raczej podpatrują europejskie rozwiązania i pod względem funkcjonowania mediów publicznych nie są dobrym wzorem do naśladowania, w przeciwieństwie do produkcji telenowel, w czym są światowym potentatem.

Koniec spokojnych czasów

Europejski system medialny w tym roku przeżył szok. A to za sprawą Grecji. W czerwcu tamtejsze publiczne radio i telewizja zostały zamknięte. Rzecznik rządu Simos Kedikoglou tłumaczył, że ERT kosztuje podatników ponad 300 mln euro rocznie i jest przykładem „niesamowitego marnotrawstwa, a w czasach, gdy wszyscy Grecy muszą znosić wielkie wyrzeczenia, nie ma miejsca na łagodne traktowanie świętych krów”.

Zamknięcie mediów publicznych komentowano na całym świecie. W Grecji też podniosło się larum, ale jak tłumaczy dr Tomasz Fraszczyk z Instytutu Dziennikarstwa UW, były to w istocie krokodyle łzy. – Grecy niby byli przeciw, ale w znakomitej większości rzadko kiedy włączali publiczne kanały – tłumaczy. Oglądalność ERT gwałtownie rosła tylko przy okazji różnych zawodów sportowych, takich jak Euro 2012. Na co dzień przegrywały z komercyjną konkurencją. – Gdybym chciał być lekko złośliwy, powiedziałbym, że likwidacji ERT nie zauważył nikt poza pracownikami tej instytucji, lewicowymi związkami zawodowymi, urzędnikami z Brukseli oraz liderami niektórych partii politycznych – ironizuje Fraszczyk.

Grecki rząd po kilku miesiącach jednak się ugiął – działalność stacji publicznej wznowiono. Obecnie działa tam jeden kanał pod nazwą Elliniki Dimosia Tileorasi (Grecka Telewizja Publiczna); jego tygodniowa średnia oglądalność waha się między 3,5 a 5 proc.

Przyszłość greckiej telewizji narodowej – podobnie jak w przypadku siostrzanych stacji publicznych w Europie – zależy dziś nie tylko od sytuacji gospodarczej kraju. Nadawcy publiczni stają dziś przed zupełnie nowym problemem. Ich widownia wymiera. Młodzi od telewizji wolą internet.

W 2013 r. po raz pierwszy w historii większość polskiej widowni telewizyjnej ma ponad 50 lat. Podobne efekty starzenia się społeczeństw widać również w innych krajach Europy. – Czy za 20 lat ostanie się jakaś publiczna stacja? Zmiany są nieuniknione, bo media narodowe muszą się dostosować do nowego rynku. Nawet te utrzymywane z abonamentu czy dotacji rządowych muszą przecież mieć widzów, bo prędzej czy później ludzie się zbuntują i odmówią płacenia na coś, z czego nie korzystają – tłumaczy prof. Doktorowicz. I dodaje, że siła mediów publicznych zawsze tkwiła w ich misyjności, w tym, że dostarczają programy dobrej jakości. A czy widz będzie je oglądał w telewizji, na tablecie czy w komputerze, już nie powinno mieć znaczenia.