Wszędzie na świecie historia, taka jak z Kamilem Durczokiem byłaby tematem dla mediów - tak uważałem i to podtrzymuję - pisze dziennikarz "Wprost". Dodaje, że ma wrażenie, iż wiele osób bierze udział w dyskusji, bez znajomości faktów. CZYTAJ WIĘCEJ O AFERZE Z KAMILEM DURCZOKIEM>>>

Kamil Durczok barykaduje się w cudzym mieszkaniu. Nie chce do niego wpuścić właścicieli. Potem siłuje się z owym właścicielem i szarpie z nim na klatce schodowej. Zostaje spisany przez policję. W mieszkaniu są akcesoria do brania twardych narkotyków, foliowe torebki, resztki białego proszku (dziś już wiadomo, że to kokaina i amfetamina). Wokół walają się osobiste i służbowe rzeczy redaktora naczelnego "Faktów” TVN. W skotłowanych rzeczach Durczoka jest też płyta z zoofilią. Na całym świecie taka historia wzbudziłaby zainteresowanie dziennikarzy. Wzbudziła i nasze - wyjaśnia Majewski.

ZOBACZ TEŻ: Afera z Durczokiem. Biały proszek to jednak narkotyki>>>

Przypomina on, że dziennikarze zadzwonili w tej sprawie do Durczoka, żeby wytłumaczył, o co to tu chodzi. Szef "Faktów" zdaniem autorów tekstu początkowo nie chciał tego komentować, potem zmieniał swoją wersję, by wreszcie zupełnie zamilknąć.

W całej sprawie dziwne wydało nam się zachowanie policji. To była silna przesłanka do publikacji. Najpierw funkcjonariusze bagatelizowali sprawę i nie chcieli się nią zająć. Dopiero po interwencji Sylwestra Latkowskiego do mieszkania zjechała większa liczba policjantów. Dopiero wtedy funkcjonariusze zdecydowali się poważniej przyjrzeć tej historii i choćby zbadać biały proszek. Dziś ekspertyza już jest i wynika z niej, że białym proszkiem była amfetamina i kokaina. Mamy też prokuratorskie śledztwo. Gdyby nie tamta piątkowa interwencja Latkowskiego to mam wrażenie, że sprawa zostałaby skręcona na samym początku - twierdzi Majewski. 

Część zarzutów wobec dziennikarzy "Wprost" dotyczyła fotografii, na której widać Michała Majewskiego i Sylwestra Latkowskiego grzebiących w rzeczach pozostawionych w mieszkaniu.

CZYTAJ TAKŻE: Giertych drwi z naczelnego "Wprost": Czaił się Pan przy moim śmietniku>>>

Jest taka fotografia. Przyglądamy się na niej roztrzaskanym w drobny mak telefonom i kamerze, która pozostała na miejscu. Dlaczego opublikowaliśmy to zdjęcie? Gdybyśmy go nie dali pojawiłby się argument, że fotografie mamy od premier Kopacz albo od byłych funkcjonariuszy WSI lub z Kremla. Przecież od samego początku wprowadzony został do poważnej dyskusji absurdalny argument, że to zemsta… premier Kopacz za ostry wywiad telewizyjny, który Durczok z nią przeprowadził. Podobnie absurdalnych teorii spisku krąży już więcej. Że to mistyfikacja, że wymyślone, ustawione i pisane na zlecenie. Słyszę, że może też chodzić o zmniejszenie wartości sprzedawanego właśnie TVN-u. A może to właśnie zachowania Durczoka zmniejszają wartość TVN-u? - zastanawia się Majewski.

ZOBACZ TAKŻE: 300polityka.pl: Kamil Durczok trafił do szpitala>>>

Dodaje on, że jest świadom istnienia zjawiska takiego, jak solidarność zawodowa, ale jego zdaniem w tym przypadku przekracza ona wszelkie granice.

Michał Majewski proponuje prosty eksperyment myślowy.

Zamieńcie państwo w tej historii tylko jedno. Nazwisko Durczoka na nazwisko szefa prawicowej gazety, na nazwisko księdza albo polityka. Jestem pewien, że reakcja byłaby o 180 stopni inna - pisze dziennikarz.

Za publikacją artykułu przemawiało także to, że zdaniem Majewskiego, wpływ Durczoka na polską politykę i wydarzenia w kraju jest sto razy większy niż Krzysztofa Piesiewicza, Przemysława Wiplera czy Adama Hofmana. Szef "Faktów" jest jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju.

Piętnuje zakłamanie, dwulicowość, rozlicza innych, jest szefem i nauczycielem dla młodszych kolegów-dziennikarzy i decyduje, jakie newsy zobaczą miliony widzów. Teoretycznie przecież Durczok mógł być takimi kompromitującymi materiałami szantażowany. Na przykład w ten sposób, żeby pewne tematy nie były poruszane. Albo, żeby właśnie o nich opowiadać na antenie.Tego nikt nie bierze pod uwagę? - dopytuje Majewski.

Cały tekst Michała Majewskiego CZYTAJ TUTAJ>>>