Ciało Krzysztofa zwisało oparte o poręcz schodów. Na szyi miał zaciśnięty wojskowy pasek. Z ust lekko spływała, jeszcze niezakrzepnięta krew. Znalazł go mieszkający w tym bloku starszy emeryt - tak zaczyna się "Tajemnicze samobójstwo", jedna z kilkuset zbrodni opisanych na przestrzeni ostatnich niemal 30 lat przez "Detektywa". Magazyn wydawany przez Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita" SA jest najstarszym w Polsce pismem o tematyce sensacyjno-kryminalnej. I najbardziej - cytując jego najmłodszych czytelników - "oldskulowym".

- Celowo nie zmieniamy stałych elementów okładki, nie robimy rewolucji, bo to nasz znak rozpoznawczy. Dzięki temu „Detektyw” przykuwa wzrok w zalewie kolorowych tytułów na półkach - mówi nam Adam Kościelniak, od 28 lat redaktor naczelny miesięcznika.

Pierwszy numer tego pisma oddany został do druku 20 października 1986 roku. "Detektyw" powstał z prozaicznych powodów, miał ratować ekonomicznie wydawnictwo, którego filarem był dziennik "Rzeczpospolita".

Seks, zbrodnia i krew

Formułę pisma, opartą na chwytliwym haśle – „Tylko dla dorosłych” – a zawierającą reportaże i relacje ze śledztw oraz sprawozdań z sali sądowej wymyślił Jacek Nachyła, były naczelny "Sztandaru młodych" i pierwszy naczelny "Detektywa". Seks, zbrodnia i krew stały się motywem przewodnim magazynu.

- Na początku nakład wynosił 600 tys. egzemplarzy i sprzedawał się w całości. Gdybyśmy mieli wystarczający przydział papieru, który wówczas był towarem reglamentowanym, moglibyśmy drukować nawet 1 mln egzemplarzy, a i tak wszystko by zniknęło z kiosków - mówi Kościelniak.

"Detektywowi" szybko wyrosła konkurencja. - Wydawcom nowych tytułów o tej tematyce wydawało się, że kryminałki potrafi pisać każdy. W latach 90. mieliśmy 25 naśladowców - mówi naczelny i dodaje, że wszystkie te tytuły już nie istnieją.

Dziś w kioskach można jednak kupić 2-3 pisma o podobnej tematyce. Wydawcy jednego z nich PWR SA wytoczyło nawet proces. Ale sprawę przegrało, bo sąd uznał, że łudząco podobny magazyn to nie plagiat, a efekt inspiracji.

Obecnie nakład "Detektywa" wynosi 215 tys. egzemplarzy. Magazyn jest sprzedawany również w USA, Kanadzie i w Niemczech. Dodatkowo drukowany jest też kwartalnik pt.: "Wydanie Specjalne", które każdorazowo poświęcone jest jednemu tylko tematowi, np. przestępczości młodocianych, błędom lekarskim, oszustwom, sprawom obyczajowym, itp .

Miesięcznik przynosi zysk, choć praktycznie nie ma w nim reklam. "Detektyw" utrzymuje się głównie ze sprzedaży. - Nasi czytelnicy nie życzą sobie reklam - mówi redaktor naczelny pisma. Z rzadka pojawiają się reklamy sklepów z bronią czy sprzętu pseudo-szpiegowskiego.

Utrzymanie tytułu jest stosunkowo tanie. Wydawany jest na szarym papierze, bez zdjęć. Od trzech dekad nie zmieniała się ani jego formuła, ani szata graficzna. Twórcą charakterystycznych biało-czerwono-czarnych rysunków niemal od początku jest Jacek Rupiński. Dowcipne, a niekiedy rubaszne obrazki, mają łagodzić brutalną wymowę tekstów.

Redakcja magazynu liczy zaledwie cztery osoby. Teksty piszą głównie freelancerzy. Ale za to nie byle jacy. Wśród 60 współpracowników miesięcznika są zarówno dziennikarze, korespondenci jak i sędziowie, prokuratorzy i policjanci - głównie emeryci, bo czynni funkcjonariusze na taką działalność muszą mieć zgodę przełożonego.

- To ludzie, którzy pracowali przy najgłośniejszych śledztwach w kraju - mówi Krzysztof Kilijanek, zastępca redaktora naczelnego pisma. Nazwisk nie zdradza. Wiadomo, że wśród znanych autorów "Detektywa" był m.in były rzecznik Komendanta Głównego Policji, specjalista z dziedziny historii sztuki, Jan Świeczyński.

Kobiece gusta

"Detektywa" najchętniej czytają kobiety. Kilka lat temu magazyn zamieścił ankietę, która miała pomóc zbadać preferencje czytelników. Przyszło prawie 13 tys. odpowiedzi. Ich analiza wykazała, że odbiorcami pisma są głównie ludzie ze średnim i wyższym wykształceniem, a 57 proc. czytelników to właśnie panie. - Najbardziej zadziwiające - jak twierdzi Kościelniak - były odpowiedzi czytelniczek na pytanie - o preferowane tematy. – Okazało się, że panie oczekują tekstów nie o romantycznej miłości ale o brutalnych gwałtach - mówi naczelny magazynu. - Nikt nie zrozumie natury kobiety - dorzuca zastępca red. nacz. Krzysztof Kilijanek.

To z uwagi na damskie grono czytelniczek redaktorzy rezygnują ze szpiegowskich historii, chyba że te są okraszone romansowym wątkiem.

- Każdy lubi jednak przeczytać dobrą historię sensacyjno-kryminalną, zawsze opartą na faktach - mówi Adam Kościelniak. "Detektyw"jest dziś kopalnią wiedzy na temat polskiego świata przestępczego. – W ciągu 28 lat wydawania „Detektywa” zrelacjonowaliśmy najbardziej spektakularne „dokonania” świata przestępczego w Polsce od 1945 roku do dzisiaj - przyznaje naczelny magazynu.

Z jego obserwacji wynika, że spadła najbardziej brutalna przestępczość, wzrosła zaś przestępczość białych kołnierzyków - oszustwa, handel bezakcyzowy, unikanie podatków. - Ale nie brakuje nam tematów. Przestępczość zmalała, ale ludzka głupota już nie - mówi red. Kilijanek.

Dziennikarz jak z rękawa sypie przykładami najbardziej zaskakujących spraw, które opisywał na łamach miesięcznika. Wśród nich jest choćby historia zaginionej studentki, której rodzice po miesiącu dali na mszę za odnalezienie córki. Ciało dziewczyny policja znalazła tuż przed mszą w jej intencji, na miejsce zbrodni rodzice trafili wracając z kościoła. Kilijanek opowiada też, jak jechał robić materiał o zabójstwie młodego chłopaka na koncercie rockowym do Bydgoszczy:

- Na dworcu idę na postój taksówek, wsiadam i taksówkarz zaczyna, rozmowę. - Co pan sprowadza? - pyta. - Nie wiem czy pan słyszał, głośna sprawa zabójstwa Remigiusza. Chciałbym ją opisać - odpowiedziałem. Na co mężczyzna wyjmuje zdjęcie ze schowka i pokazuje mi młodego chłopaka w trumnie. - To mój syn, Remigiusz - wyjaśnia. Zamiast na konferencję do prokuratury, dziennikarz pojechał na wywiad do rodziców chłopca.

Kto chrapkę na wydawcę "Detektywa"?

"Detektyw" już dwa razy trafiał pod młotek. Bezskutecznie. Wciąż jest na sprzedaż. - Tytuł jest drogi i kosztuje 5,6 mln złotych - mówią jego redaktorzy. 

Restrukturyzacja wydającej go spółki PWR SA trwa od 2010 roku. W ramach tego procesu sprzedano m.in. "Farmera" i udziały w Presspublice, spółki wydającej dziennik "Rzeczpospolita". W 2011 roku 49 proc. udziałów w Presspublice na raty kupił Grzegorz Hajdarowicz (biznesmen przejął też pozostałe 51 proc. udziałów do spółki Mecom Europe). Rok później starał się też kupić wydawcę "Detektywa", przejmując PWR SA stałby się właścicielem własnego długu. Transakcji jednak nie sfinalizowano.

CZYTAJ WIĘCEJ: Wróblewski: Hajdarowicz rozmawiał z Grasiem. Mnie tam nie było >>>

Jak wynika z naszych informacji Hajdarowicz wciąż jest spółką zainteresowany.

- Nic mi o tym nie wiadomo - ucina spekulacje naczelny "Detektywa".

Ministerstwo Skarbu Państwa twierdzi, że dzięki podjętym dotychczas działaniom naprawczym spółka odzyskała i od kilku lat utrzymuje rentowność. Mimo tego resort zapowiada podjęcie “kolejnych działań restrukturyzacyjnych, które zostaną określone w przygotowywanej aktualnie przez zarząd strategii Spółki”.

Przez ostatnie dekady w "Detektywie" niewiele się zmieniło. Najbardziej spektakularne było zdjęcie funkcjonującego od początku dopisku "Tylko dla dorosłych". Zamiast niego pojawił się podtytuł "Tylko prawdziwe historie".