"Newsweek" zamieścił na swojej stronie internetowej wiele fragmentów z książki Wojciecha Sumlińskiego zestawionych z dziełami wybitnych pisarzy.

Przykłady? Oto fragment książki Alistaira McLeana "Czterdzieści osiem godzin": W niemal każdej powieści kryminalnej nie ma wątpliwości co do dokładnej godziny śmierci ofiary znalezionej w starej angielskiej willi. Po pobieżnym zbadaniu i mnóstwie pseudo-medycznych czarów doktor puszcza przegub nieboszczyka i mówi: "Śmierć nastąpiła ubiegłej nocy o godzinie jedenastej pięćdziesiąt siedem”, czy coś w tym rodzaju, a następnie z pogardliwym i pobłażliwym zarazem uśmiechem, przyznającym, że jest członkiem omylnej rasy ludzkiej, dodaje: "Minutę lub dwie w tę czy tamtą". W rzeczywistości nawet dobry lekarz - poza stronicami powieści detektywistycznej - ma dużo więcej trudności. Waga, budowa denata, temperatura w pomieszczeniu i przyczyna śmierci w znacznym i często trudnym do przewidzenia stopniu wpływają na ostygnięcie ciała. Jednym słowem - chwila śmierci może być tylko określona w przybliżeniu, z dokładnością do kilku godzin. Nie jestem lekarzem, a tym bardziej dobrym lekarzem, mogłem więc tylko stwierdzić, że człowiek zza stołu zginął wystarczająco dawno, by wystąpiło pośmiertne stężenie mięśni, lecz nie na tyle dawno, by się cofnęło. Był sztywny jak człowiek, który zamarzł podczas syberyjskiej zimy. Śmierć musiała nastąpić wiele godzin temu. Ile - nie wiem.

A teraz fragment z książki Wojciecha Sumlińskiego pt. "Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego"?

W powieściach kryminalnych nie ma wątpliwości co do dokładnej godziny śmierci znalezionej ofiary. Zazwyczaj po pobieżnym zbadaniu lekarz puszcza przegub nieboszczyka i mówi: „śmierć nastąpiła ubiegłej nocy o godzinie trzeciej trzydzieści siedem”, czy coś podobnego, a następnie z pobłażliwym uśmiechem, przyznającym, że jest członkiem omylnej rasy ludzkiej, dodaje: „Kilka minut w tę czy w tamtą”. W rzeczywistości nawet dobry lekarz ma dużo więcej trudności, bo waga denata i okoliczności zgonu wpływają na ostygnięcie ciała powodując, że chwila śmierci może być określona jedynie w przybliżeniu, z dokładnością do kilku godzin. Nie jestem lekarzem, ani tym bardziej dobrym lekarzem, ale jedno mogłem stwierdzić na pewno: dyrektor IV Oddziału Banku PKO BP w Warszawie zginął wystarczająco dawno, by wystąpiło pośmiertne stężenie mięśni, lecz nie tyle dawno, by się cofnęło. Był sztywny jak człowiek, który zamarzł podczas syberyjskiej zimy. Śmierć musiała nastąpić wiele godzin przed naszym przybyciem. Ile? - nie wiem.

Zdaniem "Newsweeka", w książce znajdują się także fragmenty bardzo przypominające "Żegnaj laleczko" Raymonda Chandlera. Oto oryginał:

Sprawę dostał niejaki Nulty, facet o spiczastym podbródku, zgorzkniałej gębie i długich żółtych dłoniach, które prawie przez cały czas, kiedy rozmawiał ze mną, trzymał splecione na kolanach. (…) Podłogę pokrywało brudne brunatne linoleum, a w powietrzu wisiał odór starych niedopałków od cygar. Nulty miał wystrzępiona koszulę, a mankiety marynarki podwinięte do środka. Choć wyglądał wystarczająco biednie, aby być uczciwym, nie robił wrażenia człowieka, który mógłby się zmierzyć z Myszką Malloyem.

A to wycinek z książki Sumlińskiego:

Sprawę dostał starszy aspirant, zgorzkniały, gburowaty i cwany typ, ale twardy glina. Znałem go z widzenia. Był kumplem mojego kumpla, Ryszarda Modelewskiego, szefa sekcji kryminalnej policji w Białej Podlaskiej.(…) Prawie przez cały czas, kiedy rozmawiał ze mną, trzymał ręce splecione na kolanach, jak grzeczny uczeń. (…) Podłogę pokrywało brudne brunatne linoleum, a w powietrzu wisiał odór starych niedopałków. Aspirant miał wystrzępiona koszulę, a mankiety marynarki podwinięte do środka. Wyglądał wystarczająco biednie, aby być uczciwym, i z tego co o nim słyszałem, to był.

"Newsweek" zamieścił na swojej stronie internetowej wiele zdjęć, w których można porównać ze sobą poszczególne fragmenty. ZOBACZ WIĘCEJ TUTAJ>>>

Na trop zaskakujących podobieństw wpadł jeden z tłumaczy języka angielskiego, miłośnik twórczości Raymonda Chandlera. Tłumaczy, że do przeczytania książki Sumlińskiego zmusiła go żona.

Książka miała mi otworzyć oczy. W końcu spełniłem prośbę rodziny i włączyłem audiobooka czytanego przez Jerzego Zelnika. Od razu wydało mi się, że pewne frazy brzmią tak, jakby pochodziły z innych książek. Wyłapałem fragment z MacLeana, kolejny z Chandlera, o którym pisałem pracę dyplomową. Zacząłem szperać. Co jakiś czas natrafiałem w książce Sumlińskiego na sformułowania typu „galon kawy”. Kto w Polsce tak w ogóle mówi? Kto w Polsce w ogóle wie, ile to jest galon? - mówi tłumacz na stronie internetowej "Newsweeka".

Sumliński: Idę do sądu

Jak tłumaczy się Wojciech Sumliński? Do dziennikarza "Newsweeka" wysłał taką odpowiedź:

>>Odkrycie<< Pańskie jest na miarę odkrycia, że woda jest mokra. W dziesiątkach miejsc, na spotkaniach autorskich, w wywiadach czy publicznych rozmowach i wystąpieniach wielokrotnie podkreślałem i nigdy tego nie kryłem, że w ostatnich książkach celowo i śladowo nawiązałem do klimatu czy stylu klasyków, na których się wychowywałem, jak Mc Lean, czy Chandler wytwarzając jednakowoż przecież na tej kanwie swój własny, indywidualny styl, i z tą zasadniczą różnicą w odniesieniu do rzeczonych, że w przeciwieństwie do nich piszę wyłącznie o faktach, o wydarzeniach autentycznych

i dalej (...) A nie przyszło Panu do głowy, że jeżeli ktoś przeczytał wiele książek, często jedną i tę samą po wielokroć, to siłą rzeczy przyswaja pewne frazy? Ja się do tego wiele razy publicznie przyznawałem, wiele razy o tym publicznie mówiłem i nigdy tego nie kryłem, na jakiej zatem podstawie jedno czy dwa przywołane w ten sposób zdania w toku narracji, która w danym wątku zawiera setki, a nawet tysiące innych zdań, określa Pan nieuczciwością względem Czytelników?.

Pełną odpowiedź Sumlińskiego "Newsweek" zamieścił na swojej stronie internetowej >>>

Później jednak, w rozmowie z Wirtualną Polską zapowiedział złożenie pozwu przeciwko tygodnikowi. - Absolutne, ewidentne kłamstwo - tak skomentował doniesienia "Newsweeka". - Informuję, że z tygodnikiem "Newsweek" idę do sądu. Wszystko ma swoje granice - dodał.

CZYTAJ WIĘCEJ: W 2008 roku Wojciech Sumliński w liście pożegnalnym oskarżył specsłużby >>>