Barbara Sowa: Jak walczyć z fake newsami?

Beata Biel*: Tu konieczny jest przede wszystkim wspólny wysiłek firm technologicznych, mediów, szkół i zwykłych użytkowników. Jako ci ostatni powinniśmy bardziej krytycznie podchodzić do tego, co znajdujemy w internecie, ale i w ogóle bardziej odpowiedzialnie z internetu i mediów korzystać. Mamy tendencję, by wchodząc np. na Facebooka czy Twittera, przewijać nasze ściany i czytać tylko nagłówki czy początki artykułów, nie otwierając ich, nie zagłębiając się w treść. Gdy szukamy czegoś w Google, od razu klikamy w pierwszy dostępny wynik, a tymczasem może opłaca się otworzyć nawet piątą z sugerowanych stron? Warto czytać całe artykuły, sprawdzać adresy stron internetowych czy autora tekstu, datę publikacji. To podstawowe zasady "higieny" internetu. Ale czasem warto też pobawić się w internetowego detektywa - poszukać podobnych historii, porównać je, sprawdzić zdjęcia, itd. A przede wszystkim nie podawać dalej tego, co budzi nasze wątpliwości. Takie przyzwyczajenia powinny mieć dzieci opuszczające szkoły - niestety nasze w zdecydowanej większości nie uczą się mądrego korzystania z internetu i z mediów.

Wymagamy od zwykłych użytkowników ostrożności, ale główna odpowiedzialność powinna chyba spoczywać na mediach?

Jeśli chodzi o media, to tu stanowczo potrzeba większej profesjonalizacji, powrotu do podstawowej zasady weryfikacji w dwóch źródłach, również (a może zwłaszcza) w odniesieniu do tzw. breaking newsa. Jakość informacji stanowczo musi stać ponad jej szybkością - bo to ona właśnie bardzo często bywa przyczyną podawania błędnych informacji. Konieczna jest lepsza redakcyjna kontrola nad materiałami - wydawałoby się, że to kwestie tak podstawowe, że aż wstyd o nich przypominać, ale kilka ostatnich przykładów fake newsów pokazuje, że bywają w mediach materiały i niesprawdzone przez dziennikarza, i przez redaktora czy wydawcę. Może dobrym rozwiązaniem byłby redakcyjny fact-checking na styl amerykański, kiedy to po oddaniu tekstu przez dziennikarza sprawdza go dodatkowo redaktor, np. dzwoniąc do rozmówców i dopytując o wypowiedzi? 

Większości mediów na to nie stać. Dużo większe możliwości, także finansowe, mają Google czy Facebook.

Oczywiście, olbrzymie wyzwanie stoi przed firmami technologicznymi - konieczne jest stworzenie warunków, w których twórcy fake newsów nie będą zarabiać na tym, że treści te są wyróżnianie i dominują w feedach użytkowników. Najlepiej byłoby, gdyby w mediach społecznościowych nie było ich w ogóle, więc tu na pewno dużo dobrego może wnieść współpraca platform internetowych (Facebook, Google) z uznanymi redakcjami zajmującymi się weryfikacją treści, które w obiektywny, profesjonalny sposób mogą określić, czy coś jest fejkiem, czy nie. Przy czym oczywiście firmy technologiczne nie mogą zrzucać odpowiedzialności weryfikacyjnej, a już na pewno nie dystrybucyjnej, na partnerów. 

Co jest największą przeszkodą w walce z fejkami?

Przeszkód niestety jest wiele. Najważniejsze jednak, w mojej opinii, są: szybkość i bezmiar internetu. Fake news nie jest nowym zjawiskiem - przecież fejkiem była już choćby legendarna czarna Wołga, krążąca po wielu miastach. Paul McCartney pod koniec lat 60. umierał wielokrotnie, ale o tej rzekomej śmierci wieść nie niosła się w błyskawicznym tempie, tak jak to miało miejsce kilka tygodni temu, gdy w Polsce (i tylko w Polsce) umarła Tina Turner. W ciągu zaledwie kilku minut dowiedziały się o tym tysiące internautów. Oczywiście udowodnienie, że Tina Turner żyje, jest niezwykle proste, ale bywają też fake newsy, które gdy raz się pojawią w przestrzeni internetu, zaczynają w niej pączkować niczym drożdże. Wówczas niezwykle trudno z nimi walczyć (np. historia martwiej wiewiórki znalezionej przy drzewie rzekomo ściętym w ramach "lex Szyszko"). Zwłaszcza gdy dotyczą takich emocji jak poczucie bezpieczeństwa, empatia czy sympatie polityczne. 

Równie ważną przeszkodą w walce z fake newsami jest kwestia finansowa. Tak długo, jak twórcy stron z fejkami będą na nich zarabiać (np. poprzez reklamy), walka z tym zjawiskiem będzie niezwykle trudna. 

Jest też aspekt, na który często nie zwracamy uwagi, bo jest mniej ważny i wręcz akademicki, ale zaczęliśmy nadużywać sformułowania "fake news". Podciągamy pod nie i błędy dziennikarza czy internauty, i celową dezinformację w celach politycznych czy nawet propagandę - a to może być niezwykle niebezpieczne, bo finalnie znieczuli nas na to, czym propaganda jest naprawdę i jakie zagrożenia za sobą niesie.

Śledzisz przykłady fake newsów w polskich mediach?

Tak, tylko w ostatnich tygodniach pojawiło się kilka głośnych przypadków, jak choćby opublikowanie na stronie TVP Info "newsa" o tym, że orangutan zgwałcił rudowłosego Irlandczyka… Abstrahując od tego, że szokujące jest, iż taka informacja w ogóle się pojawiła na stronie medium informacyjnego, to przykład, gdy "fake news" powstaje z winy dziennikarza, który nawet nie zweryfikował źródła informacji (a była nią strona satyryczna), która zresztą od początku była niezwykle absurdalna. Dużo mniej zabawną, a właściwie w ogóle niezabawną wpadkę zaliczyło Radio ZET, gdy podało informację, jakoby rzekomo w Bochni zasypywano wykopaliska archeologiczne na przyjazd prezydenta Dudy i premier Szydło. Jak się okazało, politycy w ogóle nie planowali się w Bochni w tym terminie pojawić. Nieprawdziwy news zaczął pączkować w sieci, podawały go dalej inne redakcje (bez dalszej weryfikacji). Skończyło się na przeprosinach ze strony redakcji. Szczerze wierzę, że w obydwu przypadkach należy mówić o błędach w sztuce dziennikarskiej, a nie celowym działaniu.

Ale są też przykłady celowego zakłamywania rzeczywistości.

Tak mogło być w przypadku historii pobicia gimnazjalistki w Gdańsku przez jej rówieśniczki. W niektórych ukraińskich i rosyjskich mediach stała się ona historią pobicia ukraińskiej nastolatki przez polskie koleżanki. Według tych doniesień, dziewczyna miała także być zwyzywana "banderowską kurwą". Trudno ustalić, kto stworzył tę wersję newsa, bez dwóch zdań jednak w rosyjskojęzycznym internecie jest ona mocno obecna, i na pewno polsko-ukraińskim relacjom nie pomaga.

Fake news to już międzynarodowy problem.

To prawda. Kilka dni temu w Wielkiej Brytanii, podczas przedwyborczej debaty politycznej realizowanej przez BBC Scotland, głosu udzielono siedzącej na widowni pielęgniarce, która opowiedziała o tym, jak wygląda jej sytuacja finansowa - mimo ciężkiej pracy, w niełatwych warunkach, zarabia tak mało, że musi korzystać z banków żywności. Przy okazji kobieta skrytykowała system opieki zdrowotnej i warunki pracy, ale i Nicolę Sturgeon, pierwszą minister Szkocji. Zaraz po programie w przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, dystrybuowana przez polityków, że pielęgniarka jest żoną polityka Torysów i że jej wystąpienie było polityczną "ustawką". Do tego niektóre media przeszukały jej konta w serwisach społecznościowych i znalazły np. zdjęcia, na których pije szampana, których użyły do podważenia wiarygodności jej wypowiedzi. Oczywiście do dystrybucji tych treści dołożyli się internauci, na kobietę wylała się fala hejtu. Tymczasem pielęgniarka jest niezamężna, a zdjęcia zrobiono w czasie wakacji, które opłacili jej przyjaciele i rodzina. Do czasu tej debaty niezbyt wiedziała, co to hejt.

Jak wynika z analizy BuzzFeed News, w ciągu trzech miesięcy poprzedzających wybory w USA 20 najpopularniejszych fałszywych historii zaangażowało więcej internautów niż 20 najlepszych i prawdziwych historii z głównych serwisów informacyjnych. Z czego właściwie wynika popularność fake newsów?

Kiedyś na jednym z warsztatów uczestnik powiedział mi bardzo ciekawą rzecz: "okazało się, że wrzuciłem fake’a. Nie usunąłem go, bo miał bardzo dużo like’ów i podań dalej. Zostawiłem dla popularności". Popularność to niestety częsta motywacja dla tworzenia fake’ów, a zwłaszcza fejkowych zdjęć, w mediach społecznościowych. Najnowszy przykład to relacje w mediach społecznościowych po zamachu w Manchesterze - zapełniły się one zdjęciami rzekomo zaginionych osób, zazwyczaj z opisami "moja siostra", "mój braciszek", "mój przyjaciel", itd.. W wielu przypadkach wystarczyło zrobić tzw. odwrócone wyszukiwanie obrazem, by zobaczyć, że są to zdjęcia modeli, aktorów, itp.

*Beata Biel to dziennikarka i specjalistka ds. szkolenia mediów. Przez wiele lat była związana z „Uwagą” i „Superwizjerem” TVN. Jest stypendystką Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie, laureatką nagród dziennikarskich za reportaże. Przez ostatnie 1,5 roku organizowała warsztaty i seminaria dla dziennikarzy z wykorzystania narzędzi googlowskich w ramach Google News Labs.