Poddałeś się już hipnozie?

Tak.

I jak?

Zaskakujące. Trudno słowami opisać i wyjaśnić to doświadczenie.

Dlaczego zdecydowałeś się poprowadzić ten program?

Po pierwsze decyzja w tej sprawie zapadła na 3. piętrze budynku przy Wiertniczej, w gabinecie dyrektora Miszczaka, a jak wiadomo jemu się nie odmawia (śmiech). Po drugie jestem człowiekiem rozrywkowym, z dosyć dużym poczuciem humoru, w związku z tym, w moim mniemaniu, odnajduję się w tym programie bardzo dobrze. Muszę przyznać, że naprawdę świetnie się bawiłem na planie. Bywało, że nie mogliśmy zrobić kolejnego kroku, bo byłem tak zagotowany i obśmiany, że trzeba było chwilkę poczekać, aż mi przejdzie.

Dobrze się czujesz w rozrywkowych tematach i klimatach?

Bardzo lubię robić materiały na wesoło, ale nie jest to jedyny przedmiot mojej działalności. Nie jestem kabareciarzem, stand-uperem. Spektrum tego, co mam światu do pokazania, jest szerokie. Program "Hipnoza" był niesamowitym hitem w Wielkiej Brytanii . To produkcja, którą fantastycznie ogląda się z bliskimi, znajomymi czy przyjaciółmi, Mam nadzieję, że przyjmie się również w Polsce. A tak prywatnie, lubię poczucie humoru w stylu Monty Pytona.

Masz dystans do siebie?

Tak. W tym programie muszę go mieć od pierwszej do ostatniej chwili. Obrywam w nim wszystkim, czym się tylko da – ketchupem, sałatką, tortem, płynem do golenia, a czasem muszę cierpliwie znieść zaloty uczestnika, który dostał takie zadanie od hipnotyzera. Jest wesoło, nieprzewidywalnie i, moim zdaniem, przez to ciekawie. Chyba nigdy nie zmieniałem garnituru tyle razy, co podczas tej produkcji.

Co sprawia, że ci się chce?

Ludzie. Energia, która płynie z codziennych rozmów na ulicy. Myślę sobie, że z każdej mojej rozmowy, a zrobiłem tysiące sond ulicznych, wynoszę coś ważnego. Każda z nich zostawiła we mnie jakąś cząstkę.

Sam wymyślasz tematy tych rozmów?

Nie, robimy to razem z wydawcami. Czasem to wydawcy, a właściwie wydawczynie, bo pracuję z samymi kobietami, podrzucają mi tematy. Tak było, gdy dostałem zadanie wypytania warszawiaków, co ich wkurza i złości. Stwierdziłem, że to bułka z masłem. Zacząłem pytać i słyszałem, że korki, że autobusy, że brak uprzejmości i nagle zobaczyłem faceta na wózku inwalidzkim. Pomyślałem sobie, że to będzie strzał w dziesiątkę, hit, bo ponarzeka na wszystko. Podchodzę, pytam, a on mówi, że nic go nie wkurza, bo przeżył wypadek, żyje i ciśnie życie jak cytrynę, cieszy się każdą minutą. To są właśnie momenty, które we mnie zostają. On miał rację. Właśnie tak trzeba żyć.

Co jeszcze cię poruszyło?

Historia z panem Januszem Walendzikiem, powstańcem, rozłożyła mnie na łopatki. To jest scenariusz na film. Pan Janusz ma 88 lat, poszedł walczyć, gdy miał 13,5 roku. Przed powstaniem i okupacją chodził do szkoły przy ulicy Miedzianej. Dzieciaki, które dziś się tam uczą, opiekują się nim, jedzą z nim codziennie obiady, a są dokładnie w tym samym wieku w którym Pan Janusz poszedł do Powstania. Można? Można. Ale pan Janusz, mimo że nieosamotniony, mieszkał na Pradze w 12-metrowym mieszkaniu, w którym nie było łazienki i ogrzewania. O ile przedstawiciele władzy, politycy zarówno z prawej, jak i lewej strony, patriotyzm noszą na ustach, o tyle nie idą za tym konkrety. 10 minut po emisji materiału zadzwonił burmistrz Woli i powiedział, że na pana Janusza czeka mieszkanie.

Jaka była twoja reakcja?

Ogromna radość. Nic więcej.

Co dla ciebie znaczy słowo patriotyzm?

Jest bardzo ważne. Kocham ten kraj, szanuję jego historię, również tę najnowszą po 1989 roku. Uważam, że dokonaliśmy rzeczy niesamowitych, dogoniliśmy w wielu kwestiach europejską czołówkę.

Uliczne sondy z pytaniami np. o historię to jakby odpytywanie z patriotyzmu.

Czasami zdarza mi się to robić.

Wypada bardzo różnie…

Weźmy kwestię powstania warszawskiego. To symbol gigantycznej tragedii a nie zwycięstwa, jak próbują to widzieć niektórzy. Dzisiaj robi się z tego wielkie wesołe święto, a przecież to była dla tego miasta hekatomba. Smutne i zarazem chyba najgorsze jest to, że sami powstańcy przyznają, że takie spojrzenie na tę sprawę strasznie ich mierzi.

Co myślisz o dzisiejszej Polsce?

Nie narzekam. Żyję w fajnym mieście, mam fajnych sąsiadów. Ludzie, z którymi rozmawiam na ulicy, przeważnie są optymistami. Widzę to na co dzień, bo pracuję głównie na ulicy (śmiech). Kiedy robiłem materiał nad morzem, spotykałem dzieciaki, które były tam po raz pierwszy w swoim życiu. Ich rodzicom pozwoliło na to zapewne 500 plus. Mówiły, że pierwszy raz mogą zjeść loda, siedząc na plaży – zrobić coś, co dla wielu jest oczywistością. To budujące.

A te wszystkie polityczne wojny?

Mam tyle na głowie, że nie mam czasu o tym ostatnio myśleć. Złapałem się na tym, że od 1 stycznia ani razu nie włączyłem telewizora. Bardzo dobrze mi w tym stanie. Otrzymuję tyle maili z prośbami o pomoc, że gdybym miał się jeszcze przejmować tym co na Wiejskiej, a wpływu na to większego nie mam, to by było zdecydowanie za dużo.

Mamy wpływ na politykę – są w niej ci, których wybieramy.

Owszem. Od 18 roku życia nie opuściłem żadnych wyborów. Uważam, że w polskiej polityce jest zdecydowanie za dużo siwych głów. Mam nadzieję, że już niebawem stery przejmie młode pokolenie, że nadchodzi czas wyżu chociażby rocznika 1984, czyli mojego.

Pomoc panu Januszowi, organizacja przyjęcia urodzinowego, na które wcześniej nikt nie chciał przyjść. Pojawiają się komentarze, że to dla lansu. Co ty na to?

Niech wszyscy się tak lansują. Może dzięki temu świat będzie trochę piękniejszy. Wyznaję zasadę, że dobra karma, którą dostałem od życia, a dostałem jej bardzo dużo, powinna pójść dalej - w świat. Mam nie najgorszą pracę, którą kocham, rodzinę, którą kocham i która mnie mocno wspiera. To jest bardzo dużo dobrej energii. Dostałem ją za nic. Tak się urodziłem, tak mam. Nie chcę jej kumulować - marzę, żeby oddawać ją na zewnątrz. Jeśli dostaję informację, że gdzieś potrzebna jest pomoc i czuję, że mogę pomóc, to robię to. Dlaczego nie? Jeśli ktoś zarzuca mi, że robię to dla lansu, niech tak uważa. Każdy ma prawo do swoich przemyśleń. W końcu żyjemy w wolnym kraju.

Spłacasz w ten sposób jakiś dług?

Nie, bo żadnego nie mam. Po prostu dobrowolnie oddaję to, co dostałem.

Czujesz, że twoje nazwisko znaczy coraz więcej? Gdyby nie Chajzer, być może na urodziny 12-letniej Oliwki nikt by nie przyszedł.

Nie mam pojęcia, jaką wagę ma moje nazwisko. Ale akcja z urodzinami mnie samego przerosła i zdziwiła. Myślałem, że pojawi się jakieś 100-150 osób. Sytuacja tymczasem pozytywnie wymknęła się spod kontroli. Na studiach powtarzano mi, że media to czwarta władza. Dziś według mnie tą czwartą władzą są social media.

Myślisz, że to tylko dzięki nim zebrał się ten tłum?

Myślę, że jesteśmy świetnym narodem. Tylko za rzadko sobie o tym mówimy. Bardzo lubimy postrzegać siebie jako Januszów i Grażyny, małpy z wielkimi nosami z internetowych memów. To bez sensu bo przecież mamy w sobie gigantyczną chęć niesienia pomocy drugiemu człowiekowi, zdolność mobilizacji w sytuacjach krytycznych. Gdzie narodziła się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? Nie we Francji, czy Niemczech, ale w Polsce. To rzecz niespotykana w skali światowej.

I w tej Polsce hejtowana.

Oczywiście wkurza mnie, że hejtuje się to, co robi Jerzy Owsiak, ale z drugiej strony to tylko jej pomaga. Z roku na rok wynik zbiórki jest coraz lepszy. Jeśli ktoś jako pożyteczny idiota się do tego przyczynia, to niech hejtuje.

Wspomniałeś, że jesteś pracoholikiem. Po kim to masz?

Po ojcu, oczywiście (śmiech). Jestem pasjonatem mojej pracy. To mnie nakręca, w niej też odpoczywam.

Po co napisaliście wspólną książkę?

Mieliśmy ochotę usiąść i pogadać. Żadnej ideologii w tym nie ma. Odcinać się od ojca nie muszę, bo poszliśmy w dwie różne strony. Tak jak w lotnictwie ktoś jest pilotem F16, ktoś Dreamlinera. Mój ojciec jest prezenterem, ja reporterem, choć w konferansjerce też się dobrze czuję.

Zwracasz jeszcze uwagę na hejterów?

Kiedy decydujesz się dobrowolnie na pracę w telewizji, to w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę z tego, że hejt był, jest i będzie. Nic tego nie zmieni. To nieuleczalna choroba internetu.

A nie jest tak, że czasami sam prowokujesz hejeterów?

Nie robię tego celowo, a jak powiem o dwa słowa za dużo, to potrafię przeprosić.

A wpisy dotyczące gejów?

Geje okazali się bardzo wrażliwi. Niech więc sobie żyją z tą swoją wrażliwością.

Jak się czujesz w roli ojca?

Wspaniale. Po czterech miesiącach mogę powiedzieć, że duża dawka pozytywnej energii i uśmiech są w dużej mierze spowodowane uśmiechem, który widzę codziennie rano.

Posadziłeś drzewo, wybudowałeś dom?

Drzewo, a dokładnie dąb jest już w ogródku. Nazywa się Jerzy, bo tak na początku miał się nazywać mój syn, ale gdy podali mi go na ręce, to kompletnie na Jurka nie wyglądał. Wyglądał na Aleksandra. Dom się buduje. Jestem w połowie.

Ktoś udziela ci dobrych rad?

Zazwyczaj ojciec, ale czy wszystkie są takie dobre ? (śmiech)