Jeszcze nie poznaliśmy pełnych wyników niedzielnych wyborów, a już Węgrami wstrząsnęła kolejna nowość. Oligarcha Lajos Simicska, kiedyś stronnik premiera Viktora Orbána, a od kilku lat jego zagorzały krytyk, wycofuje się z rynku medialnego. Jego mediom grozi zamknięcie, ale wiązanie tej sytuacji z wyborami, w których Fidesz zdeklasował rywali, byłoby nieuzasadnione. Choć opozycja próbuje budować proste paralele z sytuacją lewicowego „Népszabadság” z 2016 r., kiedy ten opozycyjny tytuł został przejęty przez bliskiego Orbánowi Lőrinca Mészárosa i od razu zamknięty.

Simicska jest właścicielem koncernu, w którego skład wchodził wydawany od 1938 r. dziennik „Magyar Nemzet”, kanał Hír TV, radio Lánchíd i tygodnik „Heti Válasz”. Wczoraj opublikowano komunikat, w którym poinformowano, że dzisiaj ukaże się ostatni numer „Magyar Nemzet”. Lánchíd zamilkł w nocy z wtorku na środę. Los telewizji i tygodnika pozostaje niepewny; w Hír TV mają zostać przeprowadzone głębokie zmiany restrukturyzacyjne. Z kolei dla „Heti Válasz” ma być poszukiwany nowy inwestor, a tygodnik wzywa czytelników do masowego zakupu prenumerat.

Według „Magyar Nemzet” propozycję nabycia tytułu ma dziś zgłosić Péter Ungár, świeżo upieczony poseł opozycyjnej partii Polityka Może Być Inna. Paradoksalnie Ungár jest synem Marii Schmidt, kobiety z bliskiego otoczenia Orbána, pełnomocniczki rządu ds. obchodów rocznicy antysowieckiej rewolucji 1956 r., właścicielki prorządowego tygodnika „Figyelő”. Sam Ungár jest współwłaścicielem firmy, do której należy wydawca „Figyelő”. Mimo to polityk startował z partii otwarcie krytykującej Fidesz, a odpowiedzialnością za sytuację polityczną na Węgrzech obarczał m.in. własną matkę. „Magyar Nemzet” stałby się więc przedmiotem nie tylko rywalizacji medialnej, ale i rodzinnej.

Spór o media rozpoczął się jeszcze w latach 90. i jest zasługą wszystkich sił politycznych. Każda próbowała w ten czy inny sposób wpływać na ich niezależność. Paradoksalnie to dzięki koncernowi Simicski Fidesz doszedł do władzy. Radio, telewizja i tygodnik Simicski powstały po tym, jak Orbán stwierdził, że porażka wyborcza z 2002 r. była spowodowana brakiem sprzyjających Fideszowi mediów. Hír TV była jedyną telewizją, która na żywo transmitowała antyrządowe zamieszki w 2006 r. W 2014 r. drogi Orbána i Simicski się rozeszły. Poza tygodnikiem pozostałe media tego drugiego zaczęły wspierać radykalniejszy Jobbik.

Orbánowi pozostało budowanie nowego koncernu medialnego. Dziś główny problem węgierskich mediów polega na tym, że są one silnie zoligarchizowane. Niemal każdy tytuł jest uzależniony od wpływowego człowieka z którejś ze stron barykady. Prasa dziś jest silnie uzależniona od rządowych reklam, na co zwraca uwagę Freedom House, w którego raporcie wskazano, że wolność prasy jest na Węgrzech ograniczona, a niepokojące procesy polegają m.in. na wywieraniu nacisków na właścicieli. Problemy rynku medialnego odbijają się na jakości informacji. Ich głównym źródłem dla Węgrów staje się internet.

Kiedyś Simicska mógł liczyć na atencję rządu, sowicie opłacane reklamy i stałą prenumeratę w instytucjach państwowych. Po konflikcie to źródło przychodów wyschło. Nasi rozmówcy wykluczają jednak, by Simicska, likwidując swoje media, chciał pojednać się z Fideszem. Jego decyzja jest traktowana raczej jako pozbycie się problemu. Oligarcha nie narzeka na brak pieniędzy. Nie chodzi też o niską sprzedaż „Magyar Nemzet”, skoro dziennik cieszył się większym zainteresowaniem niż wciąż wydawana lewicowa „Népszava”. Liczby egzemplarzy sprzedawanych przez prorządowe „Magyar Idők” i „Magyar Hírlap” nie sposób ustalić, bo takie dane nie są publikowane.

Rynek medialny na Węgrzech jest silnie scentralizowany. Wszystkie lokalne tytuły są własnością osób bliskich premierowi. Do tego dochodzą wspomniane gazety ogólnowęgierskie, które mogą liczyć na wsparcie rządu. Reżyser Andy Vajna na stworzenie prorządowej telewizji TV2 dostał w państwowym banku inwestycyjnym kredyty o łącznej wartości 7,9 mld forintów (107 mln zł). Vajna powołał kanał prorządowy, ale niezależny od państwowej telewizji. Orbán nie popełnia dwa razy tych samych błędów. Już w 2002 r. mówił, że nie da się wygrać wyborów, tylko opierając się na mediach państwowych.