Wolność słowa znajduje się dziś w centrum całej masy ważnych sporów. Wszyscy się na nią powołujemy; domagamy się jej więcej lub twierdzimy, że my akurat robimy wszystko w jej imieniu. Ale czy naprawdę wiemy, czym owa wolność słowa jest? Czy sprawa jest faktycznie tak prosta, jak się wydaje, zwłaszcza dziś, kiedy w miejsce zwykłego Hyde Parku mamy nieograniczony świat internetu, rządzony przez kilka wielkich firm?

Oto kilka zagadek — tylko niektóre z nich są oparte na tak zwanych „faktach autentycznych”; tylko niektóre z nich mają rozwiązania.

Zagadka pierwsza: dziennikarz kontra sklep internetowy. Ogromna firma – taki, powiedzmy, Amazon – z dużym prawdopodobieństwem gwałci prawa pracownicze. Czy dziennikarka, na przykład Patrycja Otto z DGP albo Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej”, mają prawo to opisać? „No oczywiście, że mają”. A u siebie na Facebooku o tym porozmawiać? „Tym bardziej”. A czy ów hipotetyczny Amazon ma prawo się bronić, wysyłać e-maile do dziennikarzy, dzwonić? „No cóż, pewnie ma; mówić publicznie każdy ma prawo; niechaj każdy wprowadzi swoją sprawę na demokratyczną agorę!”. A jeśli funkcjonariusze firmy pojawiają się w redakcji? „Hm, każdy ma prawo przyjść i porozmawiać”. A jeśli firma dyskretnie sugeruje, że mogłaby wejść na drogę sądową? „No cóż, bezpodstawne szkalowanie wszak podlega karom; to jedno z rozsądnych ograniczeń wolności słowa”. A jeśli dziennikarz zarabia ledwie jedną dwustumilionową wartości firmy i boi się kosztów procesu, nie tylko finansowych, lecz także emocjonalnych i zawodowych? „Oliwa sprawiedliwa, sprawa może ciągnąć się pięć lat, ale w końcu uczciwy dziennikarz wygra”. A jeśli prawnik dziennikarza, najęty po taniości, jest tylko nędznym cieniem prawnika koncernu? A jeśli samym sądom nie można do końca ufać? A jeśli sam strach przed procesem z gigantem ma sprawić, że dziennikarz będzie się bał pisać o koncernie w przyszłości? Czy w sytuacji szaleńczej nierównowagi sił wizytacje w redakcji nie są czasami współczesną, poniekąd apolityczną formą cenzury? I czy ktoś uwierzy, że to cenzura, skoro tyran i dyktator jest nieobecny, a w prawie stoi jak byk, że można?