20 lipca 1969 r., Nowy Jork. Rodzina Zamków - Sofia, Conrad i siedmioletni George - jadą do rodziny w New Jersey. Po drodze - jak cała Ameryka i pół świata - słuchają w radio transmisji z wyprawy załogi astronautów misji Apollo 11. Lada moment lądownik Eagle z Buzzem Aldrinem i Neilem Armstrongiem wyląduje na powierzchni Srebrnego Globu. George czekał na to wydarzenie kilka tygodni. Że też akurat dzisiaj musieli jechać do ciotki. Już za chwilę, za minutę... Samochód Zamków wjeżdża do tunelu, a z głośników płyną tylko trzaski i świsty. Gdy auto wytacza się na światło dzienne, jest już po wszystkim. Orzeł wylądował.

19 listopada 2008 r., Warszawa. Przede mną siada opalony, wysportowany 40-latek w niebieskim kombinezonie z plakietką NASA i STS-120. Komandor George Zamka. Jak się okazuje, wspomnienie z chwili lądowania człowieka na Księżycu zaważyło o przyszłości nowojorskiego siedmiolatka. "W dzieciństwie bylem zafascynowany wszystkim, co miało związek z kosmosem" - przyznaje.

Choć George’a ominął historyczny moment pierwszego lądowania na Księżycu, to nie jest wykluczone, że kiedyś powtórzy wyczyn Armstronga. Uczestnik ubiegłorocznego lotu STS 120 pracuje obecnie jako konsultant przy projekcie Constellation, który ma otworzyć nową epokę w eksploracji kosmosu przez człowieka. Bo ta, która trwa obecnie, nie należy do zbyt porywających i działających na wyobraźnię.

Mimo kilkudziesięciu sond wysłanych w zakamarki kosmosu czy w miarę stałej obecności człowieka w przestrzeni pozaziemskiej w ostatnich latach próżno szukać dokonań na miarę tych autorstwa Armstronga i Aldrina. W ramach prowadzonego przed blisko 40 laty programu Apollo ludzie sześciokrotnie odwiedzili Księżyc (na ile z pobudek prestiżowych, a na ile naukowych? - tu opinie są mocno podzielone). Ostatni raz ludzka stopa stanęła na Srebrnym Globie w 1972 r. Dziś o lunarnych przygodach ludzkości przypominają tylko zdjęcia spacerujących astronautów, kilka kilogramów księżycowych skał oraz przywoływane co jakiś czas słowa o małych krokach ludzi i wielkich ludzkości. Tym lepiej, że po latach dość statecznego rozwoju NASA postanowiła wrócić do ambitnych planów przypominających te z czasów Kennedy’ego.

W 2004 r. prezydent George W. Bush nakreślił roadmap przyszłej eksploracji kosmosu przez USA. Jej najważniejsze założenia zamykały się w kilku punktach. Po pierwsze, do 2010 r. trzeba zakończyć budowę stacji kosmicznej. Po drugie, w tym samym roku wysłużone wahadłowce przejdą na emeryturę, a w przeciągu 3 do 5 lat zastąpią je nowe statki kosmiczne wynoszone w przestrzeń przez rakiety. Punkt trzeci - do 2020 r. wysyłamy człowieka na Księżyc. A potem - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - na Marsa.

Rok 2020 r. nie jest tak odległy, by NASA mogło z założonymi rękami czekać na to, co przyniosą rządy nowego prezydenta czy kryzys gospodarczy. Już teraz w laboratoriach agencji trwają prace nad projektem Constellation. Testowane są pierwsze elementy rakiety nośnej Ares I, która ma wynosić w kosmos statki kosmiczne Orion, następców wahadłowców. George Zamka pracuje przy projekcie jako konsultant ds. systemów nawigacji.

"Czasem moja praca ogranicza się do sprawdzania, czy dotykowy wyświetlacz komputera pokładowego równie dobrze obsługuje się palcami co palcami w rękawiczkach" - śmieje się. I zaraz z większą powagą dodaje, że właśnie od takich drobnych szczegółów zależy czasem powodzenie misji. "W kosmosie nie ma miejsca na błędy" - mówi. Znaczenie dopracowania drobnych elementów jest tym większe, gdy mowa o planowanych przez NASA długoterminowych wyprawach, np. na Marsa. Podróż na Czerwoną Planetę zajęłaby ok. 6 miesięcy. W tym czasie astronauci naprawdę byliby zdani tylko na siebie i na wypróbowany wcześniej sprzęt.

Trwają również prace nad skafandrami kosmicznymi, które będą lżejsze i wygodniejsze w noszeniu, w których będzie się można dość swobodnie poruszać nie tylko w otwartej przestrzeni kosmicznej, ale i np. wewnątrz lądownika. Inżynierowie myślą też o łazikach, którymi można by jeździć po srebrnym globie. "To, co będziemy robić na Księżycu, nie zostało jeszcze ustalone" - przyznaje Zamka. "Wpierw trzeba się uporać z problemem zapewnienia astronautom źródła energii oraz komunikacji na Srebrnym Globie. Dopiero wtedy będzie się można zastanawiać nad budową bazy oraz tym, jaki powinna mieć charakter".

Zostaje tylko pytanie: po co to wszystko? Czy chcemy wrócić na Księżyc dla prestiżu, czy może faktycznie jest tam coś do odkrycia? "Myślę, że taka jest po prostu nasza natura, jesteśmy ciekawi tego, co nas otacza" - odpowiada Zamka. Zatem dlaczego by nie wysyłać robotów, skoro są tańsze, nie mają rodzin, a i tak świetnie radzą sobie we wrogim środowisku i są w stanie dokonywać niesamowitych odkryć? "Owszem, sondy sprawdzają się świetnie w swojej roli, ale nie można sprowadzić badania kosmosu do pracy z robotami" - upiera się Zamka. Jak wyjaśnia astronauta, ludzie mają coś, czego próżno szukać o robotów: ciekawość. "Gdy człowiek ujrzy coś ciekawego, spontanicznie pójdzie tam, obejrzy, nawet jeśli nie było to uwzględnione w planie. Roboty, przynajmniej współczesne, tak nie działają".

"Kiedyś, w czasach programu Apollo, Księżyc był dla nas tylko celem, mogliśmy na nim wylądować, ewentualnie przejść się i koniec" - zauważa Zamka. W obecnych czasach Księżyc to raczej kamień, z którego możemy przeskoczyć na Marsa. Ustanawiając - jak chciałaby tego NASA - stałą lub choćby tymczasową bazę na Księżycu, astronauci mogliby przetrenować umiejętności niezbędne przy tak długich podróżach jak wyprawa na Marsa.

"Celem wyprawy na Marsa jest sprawdzenie, czy człowiek byłby w stanie przeżyć na obcym globie" - wyjaśnia Zamka i dodaje, że zdobyta w tak ekstremalnych warunkach wiedza mogłaby się nam przydać na Ziemi. "Co kilkaset tysięcy lat naszą planetę dotyka jakaś katastrofa, która powoduje, że 90 proc. życia znika z jej powierzchni. Wiedząc, jak wyprodukować sobie wodę, jak zdobyć energię tam, gdzie nie ma elektrowni, będziemy mogli przygotować się na taką ewentualność, przygotować się do katastrofy i życia we wrogim środowisku".

Choć projekty NASA są nierozerwalnie związane z polityką i budżetem, rozmawiając z astronautą, nie da się oprzeć wrażeniu, że w samej agencji zwłaszcza wśród osób zaangażowanych w projekty załogowych lotów kosmicznych unosi się XIX-wieczny duch wielkich odkryć i eksploracji.

"Coś tym chyba jest, bo my także udajemy się w niezbadane, mimo wszystko obce miejsca" - przyznaje Zamka. Rozmowca zdradza, że jego osobistym bohaterem zawsze był sir Ernest Shackleton, irlandzki podróżnik i odkrywca, który podjął się próby podróży transantarktycznej. Planowana trasa wiodła od morza Weddella do morza Rossa. Niestety plany Sheckletona legły w gruzach, gdy 27 października 1915 r. jego statek Endurance (ang. „wytrzymałość") dostał się między potężne dryfujące kry i został przez nie zmiażdżony.

"Shackleton nie poddał się, choć wszystko wskazywało, że jego i jego załogę czeka śmierć na środku lodowej pustyni" - opowiada Zamka. By ratować swych ludzi, kapitan zdecydował się wyruszyć małą łodzią ratunkową po pomoc. Wraz z kilkoma marynarzami Irlandczykowi udało się pokonać najburzliwsze morze świata i dopłynąć do oddalonych o 1200 km brzegów Georgii Południowej, skąd ruszyła ekipa ratunkowa. W tym samym czasie załoga Endurance czekała w schronieniu na Wyspie Słoniowej. Wszyscy członkowie wyprawy przeżyli.