Włochate mamuty zamieszkujące kontynent północnoamerykański zniknęły z powierzchni Ziemi ok. 12 900 lat temu. Jednocześnie wymarły inni przedstawiciele tzw. megafauny - teratorny (praptaki o rozpiętości skrzydeł sięgającej czterech metrów) czy koty szablozębne. Dotychczas naukowcy sądzili, że do ich zagłady przyczynili się pramyśliwi, którzy po prostu wybili je co do nogi. A potem nie mając co jeść, sami wymarli. Taki los mógł spotkać lud kultury Clovis, mieszkańców Ameryki Północnej.

Jakby tego było mało, ok. 13 tys. lat temu wydarzyła się jeszcze jedna katastrofa. Niespodziewanie rozpoczął się trwający ponad tysiąc lat okres raptownego oziębienia klimatu.

Czy te trzy wydarzenia - wyginięcie magafauny, koniec kultury Clovis i nagłe ochłodzenie – mają ze sobą coś wspólnego? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie udziela Doug Kennett, główny autor pracy amerykańskich naukowców opublikowanej w piśmie "Science". Jego zdaniem 12,9 tys. lat temu w naszą planetę uderzyła jedna lub kilka komet, które rozpadły się w atmosferze na miliony drobnych kawałków. Pod wpływem temperatury i ciśnienia zawarty w nich węgiel zamienił się w mikroskopijne diamenty.

Dowód? Kennett i jego koledzy prowadzili badania w sześciu miejscach kontynentu północnoamerykańskiego. Wszędzie w warstwie osadów sprzed 12,9 tys. lat znaleźli nanodiamenty (czyli diamenty wielkości miliardowych części metra). Było ich nawet milion razy więcej niż w osadach młodszych i starszych. "To znak, że dokładnie przed 12,9 tys. lat na Ziemi zdarzyło się coś niezwykłego" - mówi James Kennett, jeden z badaczy.

Naukowcy są przekonani, że diamenty tych rozmiarów nie mogły powstać w sposób naturalny. Wskazuje na to otoczka, w której się znajdują. Otóż są one zatopione w węglowej kulce - zmielonym materiale, który powstaje w ogromnej temperaturze w ułamkach sekundy. "Diamenty w takim kształcie i liczbie mogły powstać tylko na skutek kosmicznej katastrofy" - twierdzi geolog Allen West, jeden z autorów badań.

Jak mógł wyglądać taki kataklizm? "Wyobraźmy sobie, że w ciągu kilku sekund nad dwoma kontynentami wybucha od tysiąca do 10 tys. bomb atomowych" - opowiada West. "Niebo zamienia się w baldachim utkany z ognistych punktów. Maciupeńkie diamenty opadają z góry jak mżawka, pokrywając tysiące kilometrów kwadratowych."

Potem dochodzi do gwałtownych zmian klimatycznych. Uwolnione ciepło roztapia pokrywę lodową na terenie Ameryki Północnej. Do Atlantyku napływają masy wody, a to powoduje, że słabną ciepłe prądy ogrzewające zachodnią Europę. Jednocześnie do atmosfery dostaje się pył, co doprowadza do drastycznego ochłodzenia klimatu. Wymiera megafauna, mamuty i polujący na nie myśliwi z kultury Clovis.

Prawda czy fałsz? Hipoteza Kennetta wywołała w świecie naukowym burzę. "Nie znam mechanizmu, który spowodowałby powstanie zaproponowanego deszczu diamentów nad całą Północną Ameryką" - powiedział David Morrison z NASA. "Jest wysoce nieprawdopodobne, by nanodiamenty powstały w efekcie rozpadu komety" - uważa z kolei Nicholas Pinter, geolog z Southern Illinois University.

Zamieszanie, jakie wywołała diamentowa teoria, nie dziwi Allena Westa. "Ludziom trudno przyjąć, że coś, co trwa zaledwie kilka minut, może na tysiąclecia zmienić nasz klimat i doprowadzić do zagłady wielu gatunków" -mówi naukowiec.