Detektor cząstek ma z pogodą dużo wspólnego. Związek ten nie jest jednak prosty. Otóż maszyna jest w stanie mierzyć promieniowanie kosmiczne - silnie naładowane cząstki, których źródłem jest Słońce, i które cały czas bombardują Ziemię. W pierwszej kolejności uderzają one w górne części atmosfery. W wyniku zderzenia powstają wtórne cząstki zwane pionami. A te z kolei, jeśli unikną kolizji w stratosferze, opadają na powierzchnię planety jako muony.

I tu dochodzimy do pogody - otóż naukowcy już dawno temu spostrzegli, że deszcz muonów słabnie wtedy, kiedy w stratosferze jest zimno. Dzieje się tak dlatego, że kiedy stratosfera wyziębia się, gęstnieje, a wtedy pionom trudniej uniknąć kolizji z innymi cząstkami. Zamiast zamienić się w muony, giną. W efekcie na powierzchnię planety dociera mniej muonów, do których wykrywania służą właśnie detektory.

Detektor, którego użyto po raz pierwszy do prognozowania pogody, znajduje się w Soudan w Minnesocie. Należy do projektu zwanego MINOS (ang. Main Injector Neutrino Oscillation Search). Już wcześniej używano go do pomiaru muonów i tworzenia na tej podstawie długoterminowych prognoz pogody. Teraz jednak Scoot Osprey z National Centre for Atmospheric Science w Oksfordzie udowodnił, że potężna podziemna maszyna może również skutecznie przepowiadać pogodę na najbliższe dni. Najpierw mierzy, ile muonów dociera na Ziemię, potem określa, co dzieje się w stratosferze. Na koniec zaś prognozuje zmiany w niższych warstwach atmosfery - tam, gdzie powstają chmury.

Specjaliści z NASA, których poproszono o skomentowanie tej rewelacji, są nieco sceptyczni. Ich zdaniem detektor nie przebije sieci balonów meteorologicznych, dzięki którym da się określić przyszłą temperaturę z dokładnością do jednego stopnia Celsjusza. Osprey jest jednak przekonany, że MINOS jest w stanie przewidzieć pogodę równie dokładnie. Co ciekawe, jego zdaniem większe detektory mogą być nawet bardziej precyzyjne. - Wszystko zależy od ich rozmiarów - mówi naukowiec.