Kiedy kończy się jesień, wielu z nas zaczyna czuć się fatalnie. Szczególnie dotyczy to tych, którzy spiesząc się do szkoły lub pracy muszą wstawać, kiedy jeszcze jest ciemno. Ich zegar biologiczny "rozstraja się", co może skończyć się nawet depresją. Według niektórych szacunków zwykłe pogorszenie nastroju dotyka w zimie co czwartego mieszkańca Stanów Zjednoczonych.

Popularnym sposobem poprawy nastroju - poza czekoladą - jest uzupełnianie niedoboru naturalnego oświetlenia światłem sztucznym. I tu należy uważać, bo nie każde światło leczy. Przed szkodliwym wpływem opalania ostrzegł właśnie dr Michael Terman, dyrektor Center for Light Treatment and Biological Rhythms. Jego zdaniem kilka minut solarium nie tylko nie poprawi nam humoru, ale zwiększa również ryzyko zachorowania na raka skóry. Dlaczego? Bo w solariach używa się światła ultrafioletowego, które "potrafi" jedynie przyciemnić nam skórę.

Tymczasem, byśmy w zimie poczuli się lepiej, konieczny jest kontakt ze światłem białym zbliżonym do czerwonego końca spektrum. Źródło oświetlenia - np. specjalna lampka - powinna emitować światło o natężenu 10 tys. luksów. Powinno mieć również filtr chroniący oczy przed światłem ultrafioletowym.

Dla porównania - w letni, słoneczny dzień jasność oświetlenia powierzchni wynosi 100 tys. luksów. Natomiast minimalna ilość światła potrzebna do pisania oceniana jest na 500 luksów.