Czerwiec 2013 r. Albert Einstein ogłasza ogólną teorię względności. Jaskrawe paski telewizji informacyjnych i główne strony portali internetowych obwieszczają przełom w nauce. Dziennikarze łączą się na żywo z profesorami i proszą o przybliżenie odkrycia, a ci z wypiekami na twarzy zaczynają prawić o nowej, rewolucyjnej koncepcji czasu, geometrii czasoprzestrzeni, związkach masy bezwładnej i grawitacyjnej. Potok mądrych słów zamienia się w niezrozumiały bełkot, widzowie przestają cokolwiek rozumieć. Wreszcie pojawia się pierwsza sensowna ocena – polityk z opcji narodowej oznajmia, że nadanie pojęciu względności rangi epokowego odkrycia to cios w podstawy tradycji i wiary chrześcijańskiej. Że relatywizm w naukach ścisłych, opierających się przecież na niezmiennych zasadach, szybko przerodzi się w relatywizm moralny i zagrozi tożsamości narodu. – Niech sobie ten niemiecki fizyk teoretyzuje w Berlinie, ale nie zmienia Polski, i tak już boleśnie doświadczonej – wypala Iksiński. – To zaściankowe myślenie rodem z Torunia. Iksiński ma prowincjonalny intelekt i faszyzujące zapędy – odpowiada mu za chwilę ygrekowski z centrum sceny politycznej. – Teoria Einsteina naukowo potwierdza słuszność naszej idei otwarcia Europy na inność i wielość, nieuchronność zmian i konieczność ciągłego rozwoju społeczeństwa – argumentuje. Temperatura politycznej dyskusji gwałtownie rośnie, profesorowie powoli milkną, a widz zaczyna wreszcie rozumieć. I bynajmniej nie opisany przez genialnego fizyka ruch w nieinercjalnych układach odniesienia. Po prostu wreszcie może się opowiedzieć za określonym sposobem myślenia o odkryciu – za ideologią.

Niemożliwe? Zbytnie uproszczenie? Tanie political fiction? Ale przecież takie ideologizowanie prostych, wydawać by się mogło, zdarzeń przeżyliśmy już nieraz, choćby wspomnieć o mastektomii dokonanej w obawie przed nowotworem przez gwiazdę z Hollywood Angelinę Jolie. W przestrzeni publicznej wybuchła dyskusja o jej decyzji, bynajmniej nie w kategoriach zdrowotnych. Zarzucano jej, że sięga po celebrycki happening, i toczono światopoglądowy spór o granice ingerencji w życie. Spierali się politycy i zwykli ludzie u cioci na imieninach, wymachując sztandarami z lemingiem i moherem.

Piersi mogą uchodzić za dość absurdalną przyczynę politycznego konfliktu, lecz równie mało twórcze i wyraziste były polityczne kłótnie o globalne ocieplenie, filmy, Michaela Jacksona czy nawet dokonania polskich sportowców. Wystarczy przypomnieć komentarze po premierze „Pokłosia”. Nieważne były poziom artystyczny produkcji, gra aktorów. Powstały dwa wrogie obozy, które atakowały się wzajemnie, strzelając wyłącznie argumentami pozaartystycznymi – od antypolskości po tolerancję. Podobnie jak w przypadku filmu „Baczyński”, w którym w publicznej dyskusji szeroko pojęta prawica chwaliła gloryfikację polskiego narodu, a lewica mówiła o martyrologizacji powstania warszawskiego. Nawet śmierć króla popu została poddana politycznej ocenie. Zwłaszcza skrajni politycy chętnie określali go jako hedonistę, nie odnosząc się zupełnie do jego twórczości. Dostało się też polskim sportowcom, którzy z igrzysk w Londynie wrócili z zaledwie 10 medalami. Nie wspominając o dyskusji o matce Madzi czy Smoleńsku.

Wystarczy jeden klik

Dlaczego zamiast zastanowić się nad meritum problemu, ograniczamy się do płytkich, powierzchownych sądów, w dodatku nie naszych, tylko odtwórczych, nabytych ze świata polityki medialnej? Co kieruje naszym umysłem, by zamknąć go w tak prostych schematach myślowych? Lenistwo, głupota, wychowanie?

– W filmie „Matrix” jest scena, w której ścigani przez agentów Neo i Trinity docierają na dach wieżowca, skąd mogą uciec tylko śmigłowcem. Neo pyta Trinity, czy umie pilotować. Ta odpowiada: „Jeszcze nie”. I prosi: „Tank, załaduj mi program pilotażu”. Wystarczył jeden klik, żeby się nauczyła. To tylko nierealny film, ale całkiem realnie wyrasta nam „pokolenie klik”. Ludzi, którzy oczekują prostych, szybkich i nieskomplikowanych rozwiązań – zauważa dr Jacek Reginia-Zacharski z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego.

Przed rewolucją cyfrową dostęp do wiedzy, a nawet prostej informacji był znacznie trudniejszy i bardziej czasochłonny. Potrzeba było dużego samozaparcia i wysiłku. Dziś wystarczy uderzyć kilka razy w klawiaturę komputera, by mieć podane na tacy gotowe rozwiązania i odpowiedzi. Co więcej, może to zrobić każdy. Nie potrzeba do tego ani specjalnego wykształcenia, ani szczególnej wiedzy. Wystarczy umiejętność sprawnego poruszania się w sieci. Kiedyś otaczający nas świat był mniej intensywny i pełen ograniczeń, za to – paradoksalnie – wymagał od nas więcej umiejętności, inteligencji i pracy, by go zrozumieć i w pełni z niego korzystać. – Dawniej mieliśmy mniej możliwości wyboru, dlatego więcej było czasu na dogłębne poznanie rzeczy. Teraz jest za dużo alternatyw, spłycamy więc proces myślenia. Dzieje się tak w rodzinach, systemie edukacji, nawet tej przedszkolnej – mówi prof. Wojciech Cwalina ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Zwraca uwagę, że rodzice mają teraz coraz mniej czasu na wychowywanie dzieci. I nie chodzi tu tylko o problemy związane z wymogami neokapitalistycznej gospodarki, z wyścigiem szczurów, korporacyjnością, maksymalizacją zysków czy materialnym podejściem do życia. – Dziś do przedszkola idzie u nas trzylatek, ale np. w Kanadzie mówi się nie o prawie, lecz o obowiązku przedszkolnym już dla dwulatków. Podobnie z podstawówkami, w Polsce mają chodzić do niej sześciolatki. Taki system odgórnie uznaje, kiedy ktoś dorasta, tylko gdzie w tym wszystkim jest rodzic? – pyta prof. Cwalina.

Zdaniem psychologa w ten sposób młodym ludziom bardzo wcześnie narzuca się poglądy i formuje ich tak, by najlepiej czuli się i radzili sobie w społeczeństwie. – To, oczywiście zachowując różnice w skali i intensywności oddziaływań, mechanizm stosowany z powodzeniem w sektach – podkreśla naukowiec, zastrzegając, że nie jest to cecha charakterystyczna tylko dla Polski. Według specjalisty ten proces jest wpisany w sposób funkcjonowania współczesnych społeczeństw na całym cywilizowanym świecie. – Media przekonują nas, że żyjemy w demokracji, ale to tylko eventy, zero-jedynkowe postrzeganie rzeczywistości. Bo mimo powszechnego kształcenia nie wychowujemy pokoleń do uczestnictwa w demokracji – ocenia dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Mało kogo już obchodzą programy wyborcze. Zbyt często obietnice były puste, a dowcip z czasów komuny, że „jak partia mówi, że da, to znaczy, że mówi”, dziś jest tak samo aktualny. W 2007 r. frekwencja w wyborach parlamentarnych wyniosła 53,88 proc., cztery lata później już tylko 48,92 proc. Żeby dotrzeć do tej rosnącej grupy niezaangażowanych, politycy – dzięki mediom – wkroczyli do świata, który niezmiennie najbardziej interesuje zwykłych ludzi – świata gwiazd filmowych, sportu i prostej rozrywki. Pojawiła się nawet nowa forma komunikacji medialnej – infotainment – która miesza poważne treści z lekką formą ich relacjonowania. Powstał też związany z tym nowy gatunek dziennikarski – politainment, który czyni z polityków aktorów kultury popularnej i czystej rozrywki. – Nie tak dawno newsem politycznym była informacja, że pewien znany ze sceny politycznej pan smarował olejkiem plecy równie znanej pani na plaży w Hurghadzie – przypomina prof. Wojciech Cwalina.

Każda partia, grupa decyzyjna stara się budować jak największe i jak najbardziej stabilne zaplecze. Twardy elektorat, który poprze swoich wybrańców w kolejnych wyborach niezależnie od zmieniającej się politycznej koniunktury. – Nie da się już oddzielić polityki od tego, co jest w umysłach obywateli. Wyczerpały się pola podziałów czysto politycznych. Media i politycy musieli coś wymyśleć, by zwiększyć uwagę i zainteresowanie ludzi. Dlatego polityka weszła praktycznie do wszystkich dziedzin życia społecznego – tłumaczy psycholog.

Jeśli partiom nie da się tego zainteresowania pobudzić dzięki atrakcyjnemu programowi, a ten coraz rzadziej ma jakiekolwiek znaczenie, sięga się po inne środki wabienia. Takim sposobem, dość skutecznym w naszym kraju, jest budowanie obozów pod sztandarami antagonizmu. Pozostaje tylko wybrać kryteria, na podstawie których uda się podzielić ludzi, i stosować je we wszystkich obszarach życia. Naszym politykom to się na razie udaje. – Polityka weszła już na grunt poczucia tożsamości, której określenie jest dla człowieka jedną z podstawowych potrzeb. Stworzono nam świat postpolityczny, który opiera się wyłącznie na emocjach, dzieli nas na obozy społecznościowe budowane na megawzorcach – opisuje dr Jacek Reginia-Zacharski z Uniwersytetu Łódzkiego. Utożsamiając się z takimi obozami, nie możemy nie zająć stanowiska, gdy pojawia się jakieś pytanie, choćby o piersi Angeliny Jolie. Możemy być tylko za albo przeciw, bo nie ma już przestrzeni prywatnej, miejsca na dyskurs społeczny.

Politolog przytacza powiedzenie pruskiego generała Carla von Clausewitza, który na początku XIX wieku nazwał wojnę kontynuacją polityki prowadzoną innymi środkami. 150 lat później francuski filozof Michel Foucault mówił już, że to polityka jest wojną kontynuowaną przy pomocy innych środków. – Rzeczywistość ery globalizacji to permanentny konflikt i rywalizacja. To rzeczywistość hasłowych, uproszczonych wyznaczników, kotylionów, które przypinamy dla odróżnienia nas od wrogiego obozu. To już nie są nasze wybory polityczne, lecz tożsamościowe – mówi dr Reginia-Zacharski.

Poznawczy skąpcy

Problemy zapłodnienia in vitro, aborcja, związki partnerskie to tylko kolejne kotyliony do przypięcia. Gdy rozmawiamy o tym, nie interesuje nas meritum, tylko powtarzamy hasła, które widnieją na sztandarach naszych obozów. Świat stał się światem formy, a nie treści, bo mamy za dużo bodźców, w których się gubimy. Nie stawiamy dogłębnych pytań, bo łatwiej jest dostać od razu gotową odpowiedź. A nawet cały ich zestaw.

– Wszystko się ideologizuje. Nawet gdy biegamy, ważne, z kim i gdzie. A nawet przeciw komu – zauważa dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz z Uniwersytetu Warszawskiego. Podejmując jakąś decyzję albo zgadzając się z czyjąś opinią – dodaje politolog – automatycznie stajemy w opozycji do czegoś lub kogoś innego. Jeśli ktoś mówi, że mu się podobał film „Pokłosie”, od razu dostaje łatkę wyznawcy jasno określonego światopoglądu i ideologii. Krytykowi filmu również natychmiast wrzuca się na plecy cały bagaż politycznych haseł.

– Skąpcy poznawczy myślą na skróty, bo to im pomaga zachować lepsze samopoczucie. Łatwiej jest wtedy zrozumieć świat, mają mniejszy dysonans poznawczy. A jeśli jeszcze mogą podeprzeć się słowami ważnych polityków, to utrwala im się przekonanie, że mają rację – dodaje dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.

Ci skąpcy są jak widzowie serialu, którzy doskonale znają charakter swoich ulubionych bohaterów i z dużą trafnością przewidują ich zachowania. Nawet jeśli nie obejrzą kilku odcinków, nie tracą wątku i kiedy dowiedzą się o jakimś serialowym konflikcie, z góry zakładają, że ich bohater zachował się tak, jak sądzą, że powinien był zareagować. I najczęściej się nie mylą, bo scenarzyści dbają, by bohaterowie nie zawiedli oczekiwań widza. Tak jak politycy, dbając o wyborcę, spieszą podać mu gotową odpowiedź, gdy tylko pojawi się jakikolwiek medialny temat. Byleby ten nie zaczął myśleć. – Politykom wydaje się, że wraz z mandatem poselskim dostali mandat do oceny wszystkich aspektów życia społecznego. Problem w tym, że tworzą sądy proste jak budowa cepa, poziom debaty politycznej w Polsce jest żenująco niski, a merytorycznie żaden – zauważa politolog Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.

Dodaje, że problem ten pogłębiają media i internet. Te pierwsze zamienione przez młody, drapieżny kapitalizm w maszynki do zarabiania pieniędzy, podporządkowane tylko słupkom oglądalności. I sieć, w której zachłysnęliśmy się wolnością, tworząc z niej bezwartościowy zlew wszelkich pomyj i złogów. – Kiedyś za obelgi traciło się zdolność honorową, publiczna obraza kończyła się pojedynkiem. Dziś z telewizorów słychać prymitywny bełkot waginalno-fallistycznej prowidencji. A gdy jakiś polityk obraża naszą inteligencję czy poczucie empatii, zamiast powiedzieć mu „fuj” i zbojkotować, inni wybrańcy narodu podejmują z nim dyskusję na takim samym, a nawet niższym poziomie – podkreśla dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.

Ta nieustanna pogoń za utrzymaniem zainteresowania odbiorcy, widza czy internauty powoduje, że media serwują nam pustą papkę obliczoną tylko na granie na emocjach. Problem w tym, że tą drogą podąża również system edukacji czy kultura.

– Pojawił się cień grozy. Żyjemy w świecie mentalnie odtwórczym, funkcjonującym na zasadzie „kopiuj, wklej”. W rzeczywistości tam, gdzie nie ma postulatów wytwarzania wartości dodanej, nie ma chęci tworzenia, przeżuwamy tylko to, co zostało już wytworzone – nie szczędzi gorzkich słów dr Reginia-Zacharski.

Poszukujący i ci, którzy znaleźli

W tym eklektycznym świecie globalizacja ściera się z atomizacją. Z jednej strony postępuje uniformizacja życia społecznego – tak samo się ubieramy, mamy takie same auta, rozrywki, to samo jemy, z drugiej – nasza podświadomość budzi tęsknotę za tożsamością własną i indywidualizmem. Mechanizm tej walki opisał już w 1996 r. amerykański filozof i politolog Benjamin R. Barber w słynnej książce „Dżihad kontra McŚwiat”. Gdy siły rynkowe, kapitał narzucają całym populacjom własną korporacyjną kulturę, siły plemienne, lokalne, stawiają opór, broniąc tradycji i dotychczasowych wartości. Z tej rywalizacji rodzą się m.in. dwa typy ludzi – otwartych na nowe doznania i niegodzących się na zmiany. – Nazwanie ich liberałami i konserwatystami to duże uproszczenie. Ja raczej dzielę ich na tych, którzy cały czas szukają, i tych, którzy już znaleźli – proponuje politolog z łódzkiego uniwersytetu.

Poszukujący na fali euforii z początku lat 90. odreagowania zimnej wojny myślą pozytywistycznie, że teraz będzie już tylko lepiej. Za dobrą monetę przyjmują diagnozę amerykańskiego filozofa politycznego Francisa Fukuyamy, który postawił tezę o końcu historii, o tym, że po upadku komunizmu nastąpił kres konfliktów między najważniejszymi systemami politycznymi, a wszystkie społeczeństwa będą teraz dążyć do modelu liberalnej demokracji – najlepszego z możliwych. Poszukujący znają więc cel, tylko muszą do niego dotrzeć. Unia Europejska stała się dla nich symbolem takiego rozwoju. Jej dziwaczne na gruncie polskim prawa, dyrektywy i przysłowiowe prostowanie bananów przyjmują bezrefleksyjnie, bo Wspólnota jest dla nich wartością samą w sobie. Ci, którzy już znaleźli, zmiany nadchodzące z Brukseli traktują jako zagrożenie dla tego, co już mają i znają. A poczucie strachu, co udowodniły badania, jest znacznie silniejszym bodźcem niż perspektywa zysku. – Ci, którzy wybrali, to jednak nie tchórze. Im w dzisiejszym świecie po prostu trudniej żyć niż poszukującym – dodaje dr Jacek Reginia-Zacharski.

Podobnie jak Kościołom, których podstawą istnienia jest utrzymanie podziału na sacrum i profanum. Nie mogą sobie pozwolić na szukanie, bo to wejście w sferę profanum. A sacrum nie może być profanowane bo przestanie nim być. Stąd gotowe dla wiernych wzory światopoglądu, konserwatyzm, który stał się błogosławionym przekleństwem – nie może iść na kompromisy, bo przestanie być konserwatywny. A taka postawa spotyka się z agresywnym atakiem poszukujących, mających za sobą wsparcie wielkiego kapitału, mediów, gigantycznych dział propagandy. – Dlatego tak jest im ciężko w dzisiejszej rzeczywistości, w której panuje moda na dekonstrukcję, w której obowiązuje paradygmat zmienności i elastyczności. Widać to choćby po nazwach: lemingi i mohery. Ta pierwsza jest niewątpliwie bardziej sympatyczna – zauważa politolog.

Świat polityki sprytnie wykorzystuje dylematy poszukujących i tych, którzy znaleźli. Informacja o mastektomii Angeliny Jolie stała się pretekstem dla władców obozu pod sztandarem leminga, by przypomnieć cel – pełen liberalizm i wolność każdej jednostki jako wartość nadrzędną ludzkości. Obozowicze z wyszytym moherem usłyszeli, że decyzja celebrytki była jedynie dramatycznym eventem i przekroczeniem kolejnej granicy w przedmiotowym traktowaniu człowieka.

Pod nos podsunięto nam gotowe, łatwe do powtarzania hasła, kotyliony wzmacniające identyfikację z „naszymi”, wzbudzające sympatię dla politycznych reprezentantów określonego sposobu myślenia. – Amerykańskie badania pokazały, że jeśli wyborca polubi danego polityka, utożsami się z jego poglądami, to powstaje zero-jedynkowa sytuacja, gdy polityk ten podejmuje jakąś decyzję. Wtedy go w tym popiera albo nie, społeczeństwo staje się w tym momencie bardziej skrajne niż jest w rzeczywistości. Znikają szarości, zostaje biel lub czerń – tłumaczy prof. Wojciech Cwalina.

A ponieważ polityk ma zawsze odpowiedź na każde pytanie, w każdej sprawie udaje, że wie, co jest dobre, a co złe. Znacznie łatwiej jest się z nim identyfikować niż np. z naukowcem, który najczęściej ma wiele wątpliwości, mówi o wyjątkach od reguły, generalnie zaciemnia obraz. Polityk nigdy się nie waha. Jeśli więc nie wystarcza nam wiedzy, czasu ani chęci, by rzetelnie przeanalizować jakiś problem, powtarzamy proste gotowce przygotowane na każdą okoliczność przez klasę polityczną. Co więcej, internet i sprofilowane media sprawiły, że sami sobie wzmacniamy wizerunek świata klarownego, jasnego i zrozumiałego. Wyszukujemy bowiem w sieci tylko takie informacje, które potwierdzają nasze opinie, oglądamy tylko takie programy, w których nie usłyszymy niechcianych treści, a nawet jeśli, to od razu będą skontrowane przez bojowników naszego obozu. – To tylko czyni nasze poglądy bardziej ekstremalnymi – mówi prof. Cwalina.

– Tylko Lech Wałęsa był za, a nawet przeciw. I dzisiaj człowiek ma wrażenie, że on miał rację – podsumowuje dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.

Skąpcy poznawczy myślą na skróty. A jeśli jeszcze mogą podeprzeć się słowami ważnych polityków, to utrwala im się przekonanie, że mają rację