Bea uważa, że jej życie zostało "ukorzenione" przez rzeczy. Sprzątanie czy przestawianie ich z miejsca na miejsce zajmowało tyle czasu, że utrudniało nie tylko funkcjonowanie, ale też wyjście z domu. – Problemem stał się dla mnie nawet spacer do pobliskiej kawiarni. Miała tyle rzeczy i taki bałagan w domu – przyznaje.

Postanowiła, że to zmieni. Przez kilka ładnych lat na sobie i swoich bliskich testowała metodę "zero waste". Napisała o tym książkę "Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas", a na spotkania autorskie i wywiady zabiera ze sobą przykładowy półlitrowy słoik śmieci, które jej czteroosobowa rodzina produkuje przez rok.

Papier z silikonem

- Co w nim jest? – pytam, gdy Bea wyjmuje go z torebki, aby udowodnić, że to naprawdę jest możliwe. – To, czego nie udało się poddać recyclingowi. Na przykład kawałek papieru, w który wytarłam palec po tym jak uszczelniałam zlew silikonem albo szmatka do czyszczenia butów. Kupowaliśmy je w second handzie i ktoś chciał być miły i dorzucił ją jako prezent. Szkoda, że to zrobił, bo nie możemy jej w żaden sposób wykorzystać – mówi.

Gdy zaczynamy rozmowę, do naszego stolika podchodzi mężczyzna, z którym Bea chwilę wcześniej zamieniła kilka słów. Podaje jej kartkę, na której zapisał swój adres mailowy. Bea robi zdjęcie telefonem, a świstek papieru oddaje. - Kiedy tylko mogę, odmawiam przyjmowania tego, co uważam za zbędne, co może zaśmiecać środowisko – wyjaśnia. Nie przyjmuje też prezentów. To jedna z pięciu zasad zdefiniowanych przez nią w jej książce – "refuse", czyli odmawiaj rzeczy, których nie potrzebujesz. Podobnie jest z plastikowymi reklamówkami, które Bea zamieniła na płócienną torbę oraz słoiki i pojemniki, do których pakuje kupowane jedzenie na wagę, czy papierowymi ręcznikami, które zamieniła na ścierki.

Z obrzeża do centrum miasta

Kolejna zasada to "reduce"– ograniczaj ilość przedmiotów, których potrzebujesz. To ona przyświecała Bei i jej mężowi, gdy na początku swojej przygody z metodą "zero waste" postanowili przeprowadzić się z domu na obrzeżach do centrum miasta. – Po pierwsze przestaliśmy używać samochodu, więc oszczędzaliśmy na benzynie. Sprzedaliśmy nasz dom, większość rzeczy oddaliśmy na przechowanie i przez rok mieszkaliśmy w prawie pustym wynajętym mieszkaniu. To dało nam poczucie niesamowitej wolności. Zorientowaliśmy się, że im mniej rzeczy mamy, tym wygodniej nam się żyje i więcej czasu spędzamy ze sobą i z dziećmi – tłumaczy. Po roku opróżnili magazyn. Większość rzeczy rozdali albo sprzedali na internetowych aukcjach. – Mieliśmy czas i dobry moment do tego, aby zacząć praktykować "zero waste" – mówi. Ona zajęła się domem, jej mąż podjął pracę w firmie, która zajmuje się ekologicznym zrównoważonym rozwojem.

Do tego dochodzą kolejne zasady: "reuse", czyli użyj ponownie tego, co podlega konsumpcji, "recycle" – oddaj do recyklingu wszystko, czego nie udało ci się odmówić, ograniczyć ani użyć ponownie, oraz "rot", czyli kompostuj resztę.

- Co powiesz tym, którzy od razu wytkną ci, że skoro siedzisz w domu, to masz dużo więcej czasu, niż osoby pracujące zawodowo? – pytam. Bea tłumaczy, że podobnie jak inni pracuje, tylko robi to w domu. – Ostatnio czas poświęcałam pisaniu książki. To bardzo czasochłonne zajęcie, ale chcieć to móc, dlatego pilnowałam się, aby wytrwać w postanowieniu. Kiedy zdarzało mi się zapomnieć zabrać na zakupy siatkę czy słoik, wracałam po nie do domu. Wiedziałam, że jak tego nie zrobię, to skorzystam ze sklepowej jednorazówki, a tego nie chciałam – tłumaczy.

Włosy o zapachu sosu vinegrette

Początki przygody z "zero waste" nie należały do najłatwiejszych. – To był proces, który zajął nam sporo czasu. Dochodziliśmy do tego, co chcieliśmy osiągnąć, małymi krokami – mówi. Bea zaczęła od zamiany ręczników papierowych na ścierki, zamiast jednorazowych papierowych kubków, zaczęła używać szklanych, a do kawiarni nosi swój termiczny kubek.

Przyznaje, że z pewnych ekstremalnych rozwiązań, na które i tak straciła sporo czasu, musiała zrezygnować. – Nie udało mi się zastąpić papieru toaletowego mchem czy szamponu octem jabłkowym. W przypadku tego drugiego po pierwsze nie mogłam rozczesać włosów i wyglądałam jak hippiska, a po drugie mój mąż po kilku dniach wyznał mi, że nie wytrzyma już dłużej tego, że śmierdzę w sypialni jak sos vinegrette i ma tego dosyć. Stwierdziłam, że skoro chcę być "zero waste", ale i atrakcyjna dla siebie, to muszę znaleźć inne rozwiązanie. Używam kosmetyków, ale kupuję je w sklepach, gdzie mogę napełnić swoje butelki. Ostatnio odkryliśmy mydło w kostce, którym można myć też włosy – mówi. I dodaje, że starała się we wszystkim znaleźć równowagę po to, aby jej nowy sposób na życie nie był projektem krótkoterminowym. Z racji dosyć częstego podróżowania, nie piecze sama chleba, nie robi własnoręcznie sera. - Jeśli coś mi nie wychodzi albo zajmuje zbyt dużo czasu, podchodzę do tego od drugiej strony. Swoje doświadczenia zebrałam w książce także po to, aby innym było łatwiej – wyjaśnia.

Gdy pytam, dlaczego wydała ją na papierze, a nie w formie elektronicznej, odpowiada, że dzięki temu będzie mogło skorzystać z niej wiele osób. – Jest drukowana na papierze pochodzącym z recyklingu - to raz. Dwa: wierzę w to, że będzie przekazywana z rąk do rąk, trzy: wydanie jej w formie elektronicznej byłoby pewną dyskryminacją tych, którzy nie używają czytników czy komputera. Kiedy ktoś prosi mnie o autograf, nie wpisuję dedykacji dla konkretnej osoby, wpisuję tylko swoje imię i nazwisko – tłumaczy.

Czy rzeczywiście da się "przechytrzyć system"?

Czy rzeczywiście w takich krajach jak Polska, gdzie wydawanie, nabywanie i, co za tym idzie, posiadanie jest wciąż jednym z priorytetów i wyznaczników statusu materialnego, jest to możliwe? Tristram Stuart, autor głośnej książki "Waste: Uncovering the Global Food Scandal", badający kwestię marnowania żywności w różnych krajach, wskazuje, że istnieje pewien poziom nieuniknionych strat. Jego zdaniem ideałem w skali kraju byłoby, gdyby wytwarzano 130 proc. potrzebnej żywności. Tymczasem większość badanych przez niego krajów produkuje co najmniej o połowę jedzenia za dużo. Co kluczowe, dotyczy to nie tylko krajów wysoko rozwiniętych (bogate Stany Zjednoczone produkują dwa razy więcej żywności, niż amerykańscy konsumenci są w stanie "przejeść"), ale też tych uboższych: Egipt ma produkcję żywności na poziomie mniej więcej 180 proc. zapotrzebowania, a Nigeria – około 150 proc.

- "Zero waste" jako idea to oczywiście pewien niedościgniony ideał. Nie da się osiągnąć poziomu zerowego w marnowaniu – wyjaśnia dr Aleksandra Drzał-Sierocka z Food Studies z SWPS. - Można natomiast marnowanie ograniczać. Niezbędna jest tu współpraca i – mówiąc kolokwialnie – dobra wola wszystkich ogniw łańcucha konsumpcji: nie tylko konkretnego konsumenta prowadzącego swoje gospodarstwo domowe, ale też sprzedawcy, producenta, hurtownika i dystrybutora.

Drzał-Sierocka podaje przykłady z codziennego życia, które świadczą o tym, że w polskiej rzeczywistości nie jest to jeszcze takie proste. - Staram się zawsze mieć przy sobie siatkę na zakupy, ale unikanie foliówek i tak wymaga to ode mnie dodatkowych starań. Nawet sprzedawcy z pobliskiego targu zawsze chwytają woreczek, by spakować warzywa. W większych sklepach często obowiązuje wręcz nakaz, by produkty z działu owocowo-warzywnego pakować do foliowych torebek, bo w przeciwnym razie brudzą się koszyki czy taśmy przy kasie – mówi.

Bez prezentów pod choinką

Bea wiele miejsca w swojej książce poświęca segregacji i kompostowaniu odpadków. W Polsce w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie jest to wcale takie proste. - Mieszkam w kamienicy, której lokatorzy tworzą niewielką wspólnotę. Zdecydowaliśmy, że chcemy segregować śmieci. Mimo wielu naszych starań i przypomnień, od dwóch lat nie dostarczono nam właściwych pojemników na śmieci, ponieważ – jak wyjaśniają urzędnicy – jesteśmy tak małą wspólnotą, że z perspektywy miasta nie ma różnicy, czy nasze śmieci będą przez nas posegregowane, czy nie – mówi Drzał-Sierocka. Podobnie jest z kompostownikami. Nie każdy ma dom z ogródkiem, gdzie zamontowanie takiego urządzenia nie jest większym problemem, ale też nie każdego stać na domowy kompostownik, który do najtańszych nie należy.

Zdaniem dr Drzał-Sierockiej niezbędne są także systemowe rozwiązania i regulacje prawne oraz konsekwencja w ich stosowaniu. I one, jak mówi, na szczęście się pojawiają. - Pewnie wiele osób wciąż pamięta głośną sprawę piekarza z Legnicy, który po tym, jak przez długi czas przekazywał nadwyżki pieczywa potrzebującym, musiał zapłacić gigantyczną kwotę na poczet zwrotu podatku VAT. Sytuacja była absurdalna: osoba, która chciała pomagać i przeciwdziałać marnowaniu jedzenia, narażona była na koszty. Na szczęście to się zmieniło. Od 2013 roku sklepy, hurtownie, restauracje czy supermarkety mogą oddawać żywność organizacjom mającym status organizacji pożytku publicznego bez konieczności płacenia podatku VAT – przypomina. Zwraca również uwagę, że większość konsumentów w Polsce jako główną przyczynę wyrzucania przez nich żywności podaje właśnie przegapienie daty przydatności do spożycia. – Prawo dotyczące terminów ważności również wypadałoby uregulować – uważa.

Poza półlitrowym słoikiem śmieci, Bea chwali się także tym, że jej synowie również stosują "zero waste". Nie chodzą do fast foodów i nie dostają w prezencie zbędnych przedmiotów. – Naprawdę nigdy nie powiedzieli ci, że chcieliby zjeść hamburgera albo nie zazdrościli kolegom z klasy żadnego gadżetu? – dopytuję. Bea twierdzi, że zamiast przedmiotów kolekcjonują doświadczenia. Jedzą hamburgery, ale w dobrej restauracji, a urodzinowy skok na bungee, czy akrobacje samolotowe "znalezione" pod choinką to strzał w dziesiątkę. – Dzięki temu to jest życie oparte na byciu a nie posiadaniu. Zawsze zwracam uwagę na potrzeby moich dzieci. Kiedy Leo chciał nosić buty Pumy czy koszulki Quick Silvera, wybrałam się do second handu i je tam znalazłam – mówi.

"Papierowe ręczniki to strata pieniędzy"

Co robi, gdy buty się zepsują? Naprawia je tak długo, jak się da, a kiedy już się nie da, oddaje je znalezionej w Internecie artystce, która robi z nich torebki. Buty sportowe męża i synów oddaje do sklepów, które gumę z nich wykorzystują do budowy boisk do koszykówki.

Twierdzi, że nie może przewidywać przyszłości i nie wie, czy jej synowie będą prowadzili taki styl życia, ale jest spokojna o to, że dała im do tego odpowiednie narzędzia. – Mój starszy syn zapytany przez jednego z dziennikarzy, czy będzie tak żył do końca życia, powiedział, że nie wie, ale jednego jest pewny, że kupowanie papierowych ręczników to strata pieniędzy. Kiedy wypełniał aplikację na studia, podpowiedziałam mu, że na pytanie: "Czy spotkał się z jakimiś przeciwnościami losu?” Może wpisać, że było to życie wg "zero waste". Odpowiedział, że tak tego nie odbiera – wyjaśnia Bea. Dodaje, że nie martwi się o nich, ale o swoje przyszłe synowe. – Nie mogę mieć gwarancji, że nie będą miały ochoty używać papierowych ręczników – żartuje.

Bea przekonuje, że dzięki "zero waste" oszczędza prawie połowę wydawanych do tej pory pieniędzy. – Żeby zacząć tak żyć, owszem trzeba kupić parę droższych rzeczy, ale jednocześnie oszczędza się pieniądze na niewydawaniu ich na to, co jednorazowe. Kiedy mój mąż porównał nasze rachunki przed i po życiu wg "zero waste" okazało się, że wydajemy o 40 proc. mniej. Już na samym kupowaniu jedzenia bez opakowania, często oszczędzamy 15 proc..Za to, co odłożyliśmy, mogliśmy zamontować panele słoneczne i system odzyskiwania wody z łazienki do podlewania trawnika – wylicza.

Bea uważa, że nawet metoda małych kroków jest dobra na początek. Jej hasłem przewodnim jest "kupowanie to głosowanie". – Jeśli wiele osób będzie głosowało swoimi wyborami, to firmy będą musiały zacząć się dostosowywać do popytu – na jedzenie bez opakowań czy przedmioty wielokrotnego użytku. To samo dotyczy nas. Nie mówię, żeby ktoś zredukował odpadki do półlitrowego słoika tak jak ja, ale liczy się każda mała zmiana, jak odmawianie przyjmowania ulotek, jednorazowych długopisów reklamowych, czy opróżnienie swojego domu z rzeczy zbędnych a być może przydatnych innym – uważa Bea.

Podobnego zdania jest dr Drzał-Sierocka. - Trudno będzie się zbliżyć do standardów Bei Johnson, ale każdy bez większego trudu może próbować ograniczyć marnowanie – mówi. Badania pokazują, że przeciętny Europejczyk każdego roku wyrzuca nawet 100 kg jedzenia. - Każdy kilogram mniej powinniśmy traktować w kategoriach naszego prywatnego, domowego sukcesu. Zawsze wydaje mi się, że „globalizowanie” problemów w dyskusjach działa zniechęcająco lub wręcz jako usprawiedliwienie – myślimy sobie: "no tak, moje zachowania są i tak nieistotne w skali światowej". W budowaniu świadomości i dobrej woli kluczowe wydaje mi się właśnie sprowadzanie wszystkiego do skali mikro. Co z tego, że moje gospodarstwo domowe to tylko nieistotny ułamek w skali globalnej, skoro przecież jest to moje prywatne 100 proc. – mówi.

Ten wariant "śmieciowej rewolucji" brzmi bardziej realnie, a co za tym idzie - optymistycznie.