Pieniądze inwestowane w kształcenie studentów na publicznych uczelniach to często środki wyrzucone w błoto – zdiagnozowali pracownicy Najwyższej Izby Kontroli. W nowym raporcie wyliczają grzechy polskiego szkolnictwa. Wśród nich jest na przykład to, że na studia idą coraz słabsi absolwenci szkół ponadgimnazjalnych. Nie wiadomo też, z jaką wiedzą wychodzą ze studiów ci, którzy doczekali do dyplomu, bo nie ma jednolitego systemu oceny jakości kierunków.

W Polsce działają trzy instytucje, które zajmują się monitoringiem jakości kształcenia: Polska Komisja Akredytacyjna, która wizytuje i przyznaje oceny kierunkom studiów, Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów (m.in. przyznaje i odbiera uprawnienia do nadawania tytułów naukowych) oraz Rada Główna Szkolnictwa Wyższego (organ przedstawicielski środowiska naukowego, opiniuje akty prawne dotyczące tego obszaru). Zdaniem NIK prawdziwe korzyści nasz system szkolnictwa wyższego mógłby odnieść z ich synergicznego działania. Na razie każda z nich pracuje osobno. A w dodatku nie zawsze efektywnie. Na przykład PKA przekazuje ministrowi nauki co roku kilkaset pojedynczych raportów z wizytacji uczelni (oceny programowe kierunków studiów) i opinii dotyczących jednostkowych spraw. Na tej podstawie minister nauki nie może jednak wnioskować o ogólnej jakości kształcenia – dane są zbyt rozproszone i zdaniem NIK nie da się na ich podstawie monitorować trendów.

Efekt? W papierach wszystko wygląda w porządku, w latach 2015–2017, którym przyglądała się NIK, na podstawie ocen wydanych przez PKA minister zawiesił uprawnienia jedynie pięciu szkołom niepublicznym. Gorzej, że – jak przypominają kontrolerzy – finalnie nasze uniwersytety ledwo załapują się w końcówki międzynarodowych rankingów.

W dodatku PKA przestaje wyrabiać się z ocenami. Jak wynika z raportu, w kontrolowanym okresie wydano ich dwukrotnie mniej niż w latach 2009–2011. Tymczasem każdy kierunek powinien być oceniony ponownie po sześciu latach od poprzedniej oceny. Sytuacji nie ułatwia to, że między 2009 a 2017 r. przybyło 1,6 tys. nowych kierunków, które również należałoby wpisać do harmonogramu ocen.

O kontrolę jakości starają się dbać same uczelnie – spośród skontrolowanych przez NIK wszystkie miały wewnętrzne systemy oceny. Jednocześnie żadna z nich nie miała ustalonego progu minimalnej liczby punktów z matury, od której przyjmowano by absolwentów. Aby dostać się np. na informatykę na Uniwersytecie Opolskim, wystarczyło 30 proc. punktów z obowiązkowych przedmiotów na maturze. "W czterech kontrolowanych uczelniach na niektórych wydziałach prowadzących kierunki politechniczne i ścisłe uruchomiono dodatkowe zajęcia dla studentów I roku, których celem było podniesienie wiedzy z przedmiotów ścisłych, a w szczególności z matematyki" – czytamy w wynikach kontroli. Dodatkowe zajęcia uruchomiła np. Politechnika Białostocka.

NIK widzi też problem kadrowy. "Nauczyciele akademiccy nie mają ustalonych ścieżek rozwoju, dlatego pracownicy dydaktyczni rekrutują się najczęściej spośród pracowników naukowo-dydaktycznych, którzy nie uzyskali kolejnego stopnia naukowego" – diagnozują kontrolerzy. I dodają, że na potrzebę doskonalenia nauczycieli akademickich zwróciła uwagę Komisja Europejska, postulując wymóg uzyskania przez nich do 2020 r. certyfikatu potwierdzającego posiadanie kompetencji dydaktycznych.

O problemach z jakością kształcenia nie od dziś wie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Od 2012 r. przyznaje uczelniom specjalną dotację za działania projakościowe. W ubiegłym roku zmieniono natomiast algorytm finansowania uczelni tak, by nie premiował jak do tej pory liczby żaków, ale stosunek liczby wykładowców do liczby studentów. W październiku zaczęła natomiast obowiązywać Konstytucja dla nauki, która wprowadza wiele projakościowych rozwiązań. Na przykład uprawnienia do prowadzenia studiów i nadawania stopni naukowych formalnie będą przypisane do uczelni jako całości, a nie, jak do tej pory, do wydziałów. MNiSW zmniejszyło też liczbę dyscyplin nauki i sztuki. Zamiast dotychczasowych 102 będzie ich 47.

Ostatecznie jakość kształcenia na kierunkach weryfikuje rynek pracy. To, gdzie warto się uczyć, można sprawdzić za pomocą narzędzia uruchomionego przez MNiSW – systemu Elektroniczne Losy Absolwentów. W dostępnej dzięki niemu bazie danych można przeanalizować, ile zarabia się po ukończeniu danego kierunku w Polsce. Rozbieżności nawet między tym samym kierunkiem sięgają kilku tysięcy złotych.