"To też jest nasz prezydent"
Miał być Tony Blair w roli pierwszego prezydenta Unii Europejskiej albo David Miliband jako szef unijnej dyplomacji. Skończyło się na tym, że na czele Wspólnoty stanie mało znany premier Belgii Herman Van Rompuy, a polityką zagraniczną pokieruje jeszcze bardziej anonimowa komisarz ds. handlu, Brytyjka Catherine Ashton.
- Berlusconi zrugał prezydenta Europy
- "Właściwy człowiek na właściwym miejscu"
- Tusk o prezydencie UE: Wybór mało ambitny
- To już pewne. Unią rządzi premier Belgii
- W Brukseli trwa walka o realną władzę
- Japonia kocha prezydenta Unii za "Włosy"
- Sikorski: Premier Belgii życzliwy Polsce
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-02-13

temp. min -24°C max. 2°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Niestety, dla unijnych przywódców najważniejsze okazało się poszukiwanie idealnych parytetów. O tym, kto nadaje się na dwa kluczowe stanowiska, decydowały głównie przynależność partyjna, kraj pochodzenia i płeć. Na przedstawienie przez kandydatów własnej wizji Europy, o co zabiegała Polska, zabrakło miejsca.
Traktat lizboński miał uczynić Unię silniejszą, bardziej przejrzystą – i jak z upodobaniem dodawali euroentuzjaści – mówiącą jednym głosem. Okazuje się, iż Unia, owszem, mówi jednym głosem – ale wcale nie potrzebuje silnego prezydenta, tylko kogoś, kto nie będzie jej przeszkadzał w realizowaniu własnych interesów.
Pocieszające może być tylko to, że brak jakiejkolwiek decyzji, na co jeszcze wczoraj wieczorem się zanosiło, byłby jeszcze gorszym rozwiązaniem. A Van Rompuyowi pozostaje życzyć, aby przekonał do siebie sceptyków – w końcu od 1 stycznia, chcąc nie chcąc, będzie on także naszym prezydentem.


































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!