"Mniejsze podatki - większa dziura"
Polska łagodnie przechodzi przez kryzys, nasza gospodarka rośnie, a mimo to w finansach publicznych zanosi się na katastrofę. Rząd musi załatać gigantyczną dziurę w przyszłorocznym budżecie państwa. Skąd się ona wzięła i dlaczego ekonomiści biją na alarm, skoro gospodarka wcale nie wygląda najgorzej?
- Elektroniczny PIT coraz łatwiejszy
- Narkotyki rozruszały gospodarkę
- Nie będzie podwyżek w budżetówce
- "MFW czeka na reformę finansów publicznych"
- Rząd zabiera pieniądze na unijne dotacje
- "Budżet trzeszczy przez tchórzostwo rządów"
- Polska gospodarka wygrała z kryzysem
- Tusk: Nie było kryzysu w Polsce
- Fiskus pozwolił firmom korzystać z sieci
- Eksperci: Rząd musi podnieść VAT i akcyzę
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 25°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Diagnoza jest stosunkowo prosta: dziura w dochodach byłaby o wiele mniejsza, gdyby nie obniżka podatku PIT i drugi etap zmniejszania składki rentowej. To główni winowajcy fatalnej kondycji budżetu. Wystarczy zsumować efekt zmian w podatkach i składkach: reforma PIT ma zostawić w tym roku w kieszeniach podatników 8 mld zł, co zarazem zmniejszy dochody budżetu o tę właśnie kwotę. Z kolei łączny koszt obniżenia składki rentowej to około 23 mld zł. Tymczasem deficyt planowany na przyszły rok przekracza 52 mld zł.
Drugi winowajca budżetowych kłopotów to kryzys. To on powoduje, że do państwowej kasy trafia mniej pieniędzy niż w okresie prosperity. Dlatego nawet gdyby PIT i składka rentowa nie były zmniejszane, dziura w państwowej kasie zapewne i tak w przyszłym roku byłaby większa niż w tym (27,2 mld zł). Jednak z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nie musiałaby ona być aż tak duża.
Ryzykowne manipulacje
Polska ma problemy z deficytem niezależnie od tego, czy gospodarka kwitnie, czy nie. W czasie kryzysu kłopoty tylko przybierają na sile. Problem polega na tym, że w czasach dobrej koniunktury kolejne rządy nie robią nic, żeby zmniejszać nierównowagę w finansach publicznych. Politycy wychodzą z założenia, że nie ma sensu narażać się wyborcom, skoro rozpędzona gospodarka daje państwowej kasie niezły dochód. Po co więc manipulować przy zasadach waloryzacji emerytur i rent, po co odbierać przywileje emerytalne, skoro i tak koniunktura jest dobra, kasa z podatków płynie, a potrzeby budżetu stosunkowo łatwo sfinansować, sprzedając obligacje?
Taka jest zresztą charakterystyczna cecha polskiego budżetu: nawet wtedy, gdy gospodarka rośnie w tempie 6 - 7 proc. wydajemy więcej, niż zarabiamy. Czas prosperity to najlepszy moment na radosną twórczość polityków. Tak było na przykład za czasów poprzedniego rządu. W latach 2006 - 2007 nie istniały nawet pozory racjonalnej polityki budżetowej. Z jednej strony zwiększano wydatki (becikowe, podatkowa ulga prorodzinna), z drugiej lekką ręka rezygnowano z części dochodów (składka rentowa i plan obniżenia PIT). Efekt był taki, że gdy PKB rósł o ponad 6 proc. rocznie, wydatki budżetu wzrastały nominalnie o blisko 14 proc. Budżet nie był w stanie wypracować nadwyżki - ciągle miał deficyt, co sprowadzało się do tego, że rząd musiał pożyczać.
czytaj dalej
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!