"Europa jest zmęczona"
Postanowienia traktatu lizbońskiego zwiększają skuteczność działania Unii, dlatego jego wejście w życie jest dobrą wiadomością dla wszystkich państw członkowskich. Ale traktat tworzy jedynie ramy instytucjonalne, które należy wypełnić treścią. Ta zaś zależy od ludzi.
- W Brukseli trwa walka o realną władzę
- ZSRR finansował szefową dyplomacji UE
- "Unijny test solidarności"
- Unijna dyplomacja bez udziału Polaków
- Wyspy Alandzkie ratyfikowały Lizbonę
- "Publikacja Traktatu w ciągu kilku dni"
- Smolar: Kolejny rok klęsk i rozczarowań
- Korwin-Mikke spalił flagę Unii Europejskiej
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W przededniu wejścia w życie traktatu lizbońskiego (co nastąpi 1 grudnia - red.) Unia Europejska dokonała wyboru swoich przywódców. Ten wybór wyznacza, zdaniem wielu obserwatorów, niezbyt pomyślny kierunek rozwoju naszego kontynentu.
Przywódcy z przypadku
Hermana Van Rompuya, przyszłego prezydenta Europy, i lady Ashton, szefową europejskiej dyplomacji, łączy bowiem to, że ani szef belgijskiego rządu, ani komisarz ds. handlu nie byli dotychczas szczególnie znani czy to w Europie, czy w świecie. Premier Belgii sprawuje ten urząd dopiero od 11 miesięcy i choć może pochwalić się prawdziwymi osiągnięciami - zdaniem niektórych zapobiegł wręcz rozpadowi Belgii - nie jest popularny poza granicami swojego kraju. Baronessa Ashton, która już wkrótce odpowiadać będzie za politykę zagraniczną Unii, zajmuje tak wysokie stanowisko właściwie z przypadku. Została komisarzem unijnym wysłana do Brukseli przez Gordona Browna, gdy postanowił on jej poprzednika, Petera Mandelsona, ściągnąć do Londynu i uczynić ministrem swojego rządu. Na dodatek, piastując stanowisko komisarza ds. handlu, lady Ashton zajmowała się problemami odległymi od polityki zagranicznej i nie ma żadnego doświadczenia w tej dziedzinie.
Twarzą unii staje się więc para, która jest zupełnie nieznana. Dla pozycji Europy w świecie coś zupełnie innego oznaczałby wybór polityka o rozpoznawalnym nazwisku i utrwalonym autorytecie, na dodatek pochodzącego z jednego z największych krajów UE. Mam na myśli Tony’ego Blaira, którego nazwisko pojawiało się często w kontekście wyboru pierwszego prezydenta Europy. Mawiano wówczas metaforycznie, że gdyby to jego samochód podjeżdżał do skrzyżowania w odwiedzanym kraju, światła zmieniałyby kolor. Innymi słowy, traktowany byłby w sposób priorytetowy w każdym miejscu na świecie. Na to nie będzie mógł liczyć ktoś nieznany, kogo wybór świadczy w istocie, że Unia - zwłaszcza państwa największe - nie chce silnego przywództwa ani też ograniczenia kompetencji państw narodowych.
czytaj dalej


























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!