Dziennik.plOpinie

Środa, 15 lutego 2012

Imieniny: Faustyna, Jowity, Georginy

"Dzisiejsza polityka powoli się kończy"

2009-11-28 | Ostatnia aktualizacja: 20:51 | Komentarze: 0 | skomentuj

Po co nam premier i prezydent - jak długo będą w ogóle potrzebni? Jakie jest miejsce i znaczenie polityków w demokracji przyszłości? - zastanawia się na łamach "Dziennika Gazety Prawnej" historyk idei Marcin Król. Prognozuje też, że "polityka w dzisiejszym kształcie powoli się kończy".

Pogoda

POLSKA

Środa 2012-02-15

temp. min -16°C max. 3°C
opady: umiarkowane opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Zdumieni obywatele dowiadują się, że może będziemy mieli system kanclerski, a może prezydencki. Odpowiadają ochoczo na pytania, co by woleli. Ale czy ich to w ogóle obchodzi, czy jest powód, żeby to ich dziś obchodziło, a tym bardziej, by ich obchodzić miało w przyszłości? Inny powód niż niechęć lub sympatia do poszczególnych postaci politycznych, powód estetycznie zrozumiały, lecz faktycznie - absurdalny. Kto i za co zapędza nas w kozi róg?

Propozycje Donalda Tuska dotyczące konstytucyjnych regulacji, przede wszystkim prawnej sytuacji premiera rządu i prezydenta, komentowane przez setki osób z zaskakującym zaangażowaniem, jakby chodziło o spawy ważne dla narodu i dla obywateli, skłaniają do zadania następujących pytań: po co nam premier i prezydent? Jak długo jeszcze będą w ogóle potrzebni? Jakie jest miejsce i znaczenie polityków w demokracji przyszłości, czyli jakie będzie za lat 20 lub 50? Moje odpowiedzi wynikają z podstawowego założenia: należy bronić demokracji, a nie polityków. W demokracji bowiem politycy pełnią tylko usługi polityczne, tak jak krawcy - usługi krawieckie.

Koniec wieku reprezentacji

Wielki socjolog Daniel Bell miał rację, kiedy w 1960 roku ogłosił koniec wieku ideologii. Ideologia jeszcze się tliła, ale nawet marksizm już zaczynał przymierać. Dzisiaj w świecie zachodnim ideologii jako wielkich ścierających się systemów już nie ma (chyba że w Polsce w ostatnich latach). Sądzę, że po niemal połowie wieku przyszła pora na ogłoszenie końca wieku reprezentacji, czyli na uznanie, że nasi reprezentanci już nas nie reprezentują. Dla porządku przyznajmy, że nie dotyczy to władz lokalnych czy samorządowych, ale tych na szczeblu krajowym. Nie trzeba wiele zgryźliwości, by stwierdzić, że działa także relacja odwrotna. Politycy wybrani na wszystkie stanowiska parlamentarne czy wykonawcze też nie mają poczucia, że nas reprezentują. Posłowie - potwierdzają to badania socjologiczne - nie pamiętają, że w przysiędze, jaką składali po objęciu mandatu, były słowa o reprezentowaniu narodu, lecz pytani - odpowiadają, że reprezentują swoją partię, region lub po prostu samych siebie. Poparcie minimalnej części społeczeństwa nie przeszkadza najwyższym organom władzy wykonawczej żywić przekonania, że reprezentują naród i ogół obywateli, ale ja nie chcę by mnie reprezentowali. Nie jest mi to do niczego potrzebne.

„Ja”, to znaczy bardzo wielu obywateli, straciło serce do idei reprezentacji, gdyż sama idea czy zasada zaczęła tracić sens. A za czas pewien utraci go bezpowrotnie, bowiem jak może rozumny człowiek sądzić, że ktokolwiek będzie reprezentował jego interesy, a tym bardziej poglądy. Jak można się spodziewać, że wybierani przez nas ludzie mają nas, a nie siebie na względzie? Gdyby tak było, to ich trzeba by uznać za nierozumnych, skoro doskonale wiemy, że egoizm - mniej lub bardziej skrywany - jest wrodzoną cechą człowieka. Idealizm ojców demokracji wynikał z przeświadczenia, że nasi reprezentanci, a zatem najlepsi spośród nas, będą w parlamencie prowadzili debaty na temat tego, jakie rozwiązanie danego problemu jest najlepsze dla wszystkich, a może nawet - najbliższe prawdy. I nawet jeżeli w sposób ułomny ta szczytna zasada funkcjonowała, to przestała działać od chwili przekształcenia się partii politycznych w maszyny do zbierania głosów, a posłów w przedstawicieli lobbujących przedsiębiorców, związków zawodowych czy innych partykularnych instytucji.

Koniec wieku reprezentacji, czyli jasne przekonanie, że nie ma żadnego związku między nami a tymi, których wybraliśmy, musi poprowadzić w przyszłości do dalszych konsekwencji. Demokracja może się zmieniać i rozwijać w dwu kierunkach, a najlepiej, żeby działo się to równocześnie. Pierwszy to: od polityki do administracji, a drugi to przeniesienie polityki na poziom lokalny.

Najpierw od polityki do administracji. Historia powojennego świata zachodniego pokazuje dobitnie, że nigdy żaden rząd czy prezydent nie przegrał w okresie materialnego - i szerzej - cywilizacyjnego dobrobytu (jedynym wyjątkiem jest rząd PiS). Z tego wynika, że wyborcy oczekują spełnienia swoich oczekiwań w zakresie szeroko pojętego bezpieczeństwa, a nie wielkich idei, wielkich wartości i wielkich nadziei. Nadzieje umiarkowane, ale realne - to wszystko, czego chcemy od władzy państwowej. Do tego jednak nie jest potrzebna specyficzna sfera polityki z całą jej rozdętą konstytucyjną i reprezentacyjną otoczką, lecz tylko sprawni administratorzy, których nazwisk nawet nie trzeba koniecznie znać, a tym bardziej pamiętać.

W świecie współczesnym nie grożą nam wielkie katastrofy (nawet kryzys nie okazał się wielką katastrofą), nie grożą wojny w obrębie świata zachodniego, nie grozi głód, a będzie tylko nieco lepiej, więc do czego nam fundamentalne decyzje polityczne. Ponadto Unia Europejska zadba o większość naszych zewnętrznych interesów, więc szanse na życie umiarkowanie bezpieczne są kolosalne. W tej sytuacji rozsądni i dobrze opłacani administratorzy będą znacznie bardziej przydatni niż ambitni i marnie opłacani politycy. Nie będzie potrzeby podejmowania wielkich decyzji, których zresztą politycy nie potrafią lub które boją się podejmować nawet teraz.

Czytaj dalej...

Marcin Król
Źródło: Dziennik.pl
123następna »
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl
«