"Siekiera nad finansami publicznymi"
Choć polska gospodarka rozwija się najszybciej w calej Unii, wisi nad nią niebezpieczeństwo, jakiego inne kraje UE nie doświadczają: zwolnienia tempa wzrostu wskutek konieczności zmniejszenia dopuszczalnej relacji długu publicznego do produktu krajowego brutto (PKB).
- Obama uratuje złotego?
- Pierwsze ofiary becikowego
- Tak rząd zaoszczędzi miliardy złotych
- Eksperci: Rząd musi podnieść VAT i akcyzę
- Polacy boją się biedy na starość
- Przyjmą budżet pod dyktando Rostowskiego
- Emeryci nie dostaną pieniędzy
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 25°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W porównaniu z wieloma krajami UE dług publiczny jest w Polsce stosunkowo niski - w 2008 roku odpowiadał 47,2 proc. PKB wobec prawie 106 proc. we Włoszech - obowiązuje nas jednak konstytucyjny zakaz zadłużania państwa na kwotę przewyższającą 60 proc. PKB. Uściślająca go ustawa o finansach publicznych (według nowelizacji z 27 sierpnia) stanowi, że jeśli relacja długu do PKB przekroczy 50 proc., PKB, rząd zobowiązany jest do uruchomienia tzw. procedur ostrożnościowych. Jeśli znajdzie się w przedziale 55-60 proc., te procedury są ostrzejsze i obejmują m.in. obowiązek uchwalenia na kolejny rok budżetu państwa bez deficytu. Działa to z pewnym poślizgiem, bo np. dopiero w maju przyszłego roku dowiemy się, jaka była relacja długu do PKB w 2009 roku. I dopiero wtedy trzeba będzie zacząć wprowadzać procedury ostrożnościowe. Od ich stosowania zwalniają jedynie: wojna, stan wyjątkowy i klęska żywiołowa w całym kraju.
Pierwszy próg zadłużenia (50 proc. PKB) na pewno w tym roku przekroczymy: niektórzy analitycy sądzą, że możemy otrzeć się i o drugi. Rząd zakłada, że wzrostu długu powyżej 55 proc. PKB uda się w tym roku uniknąć, ale grozi to nam w 2010 roku albo później. Jeśli do tego czasu stan finansów publicznych się nie zmieni, spadnie na nie siekiera.
Ciąć, zwiększać i kombinować
Co bowiem w takiej sytuacji można zrobić? Po pierwsze - tak obciąć wydatki, żeby budżet nie miał deficytu. Po drugie - wprowadzić podwyżkę podatków i parapodatków (czyli składek na ubezpieczenia społeczne), które ten niedobór wyeliminują. Po trzecie - dokonywać sztuczek, prowadzących do pozornego zmniejszenia deficytu i długu, co zwykle oznacza zamiatanie zobowiązań państwa pod dywan. Jest to zresztą rozwiązanie tylko uzupełniające.
Dwie pierwsze z tych możliwości (stosowane zresztą zapewne łącznie) spowodowałyby zmniejszenie tempa wzrostu popytu krajowego albo jego spadek: jak to może wyglądać w praktyce, ekonomiści zastanawiali się na przełomie 2003 i 2004 roku, gdy również groziło nam przekroczenie limitów zadłużenia i gdy rozważano zmniejszenie deficytu budżetu o kwotę równą niemal 20 proc. jego wydatków (bez kosztów obsługi długu). Wśród możliwych posunięć wymieniano wtedy obniżkę emerytur i rent, zmniejszenie płac i zatrudnienia w sferze budżetowej oraz ograniczenie wydatków inwestycyjnych (również współfinansowanych przez UE) a także wprowadzenie np. opłat za studia wyższe i za wizyty u lekarzy. Ucieczki "przed siekierą" upatrywano wtedy w wejściu do UE, gdzie do długu nie zalicza się gwarancji i poręczeń, wskutek czego staje się on mniejszy.
Wówczas, dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarki, te czarne prognozy nie ziściły się - nawet bez sięgania po unijną metodologię liczenia długu. Teraz, wskutek zaniechania przez kilka lat reform wydatków publicznych, pozbycia się sporej kwoty wpływów z podatków i składek oraz - przede wszystkim - światowego kryzysu gospodarczego, znów są one aktualne. Rząd zdaje sobie z tego sprawę, ale jego pole manewru jest mocno ograniczone. Wydatki z budżetu obcięto już w tym roku (bez tego deficyt i dług byłyby jeszcze wyższe), więc dalsze ich zmniejszanie jest bardzo trudne - zarówno ze względu na opór społeczny, jak i na pogorszenie szans rozwojowych w przypadku obniżania nakładów inwestycyjnych: moglibyśmy zresztą stracić część unijnej pomocy. Poza tym spowodowałoby to dalsze ograniczenie popytu krajowego - i nie ma pewności, czy zrekompensowałby go zwiększony eksport. Podwyższanie podatków od dochodu i parapodatków też jest trudne, bo dopiero co je zmniejszono. Wzrost stawek VAT jest natomiast niebezpieczny, bo grozi okresowym choćby spadkiem sprzedaży i wpływów z jej opodatkowania.
czytaj dalej
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!