Dziennik.plOpinie

Środa, 15 lutego 2012

Imieniny: Faustyna, Jowity, Georginy

"Wszystkie kłamstwa na temat Lizbony"

2009-12-27 | Ostatnia aktualizacja: 21:08 | Komentarze: 0 | skomentuj

Jest w unijnym dokumencie tajemna moc, która wyzwoliła chęć publicznego opowiadania byle czego na jego temat u zdumiewająco dużej ilości osób. Szczególnie u celebrytów - pisze o traktacie z Lizbony Jan Rokita, publicysta "Dziennika Gazety Prawnej".

Pogoda

POLSKA

Środa 2012-02-15

temp. min -16°C max. 3°C
opady: umiarkowane opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Jest 1 grudnia 2009 r. Po sześcioletnich perypetiach wchodzi w życie traktat lizboński. Traktat w końcu prawdziwie jednoczy Europę, nadaje Unii status światowego mocarstwa i wkrótce zmieni na lepsze życie nas - zwykłych zjadaczy europejskiego, a zwłaszcza polskiego chleba.

Nie tylko dlatego, że pozbędziemy się narodowo-katolickiej zaściankowości, kompleksów i poczucia peryferyjnej drugorzędności. Europa się właśnie skokowo demokratyzuje. Nie jest jednak łatwo opowiedzieć o tym cudzie 1 grudnia zwykłemu człowiekowi tak, ażeby zechciał się nim przejąć. Zgodnie z niegłupią radą Eryka Mistewicza - eksperta od tego, jak należy mówić do ludzi, aby się tym przejęli - trzeba wymyślić jakąś historię. I oto prasa taką historię przedstawia. Oto w traktacie lizbońskim kryje się coś, czego dotąd nie znacie. Jeśli potraficie się zebrać w milion Europejczyków - to Lizbona da wam możliwość: możecie sami stanowić europejskie prawo. Tylko musicie - zwłaszcza wy Polacy - tej nowej władzy używać ostrożnie. Nie próbujcie na przykład wykorzystać jej dla podniesienia dopuszczalnej prędkości w miastach powyżej 50 km/h - przestrzega świetny skądinąd polski dziennikarz ze stałego brukselskiego poolu.

Powiastka dla gawiedzi

Taka historia musi mieć sukces: oto udało się nie tylko coś nowego powiedzieć o ponoć drętwym traktacie, ale jeszcze ułożyć z tego niezłą powiastkę. Nic dziwnego, że wieczorną debatę telewizyjną tego samego dnia rozpoczyna dziennikarz martwiący się, czy aby teraz nie oddaliśmy Unii za bardzo w ręce zwykłych ludzi i w jakim stopniu grozić nam będą populistyczne prawa stanowione przez lud. W telewizyjnym studiu są zaproszeni goście: profesor europeistyki z prestiżowej warszawskiej uczelni, redaktor naczelny tygodnika poświęconego głównie sprawom międzynarodowym, no i niżej podpisany. Profesor uspokaja dziennikarza, iż jest to przepis, który nie ma aż tak istotnego znaczenia, tym bardziej, że - jak twierdzi - nie jest jasne, czy to zgromadzenie miliona prawodawców może pochodzić tylko z jednego, czy też z wielu unijnych krajów.

O co tu chodzi? O nowe zdanie w treści art. 11 nowej wersji Traktatu o Unii Europejskiej (TUE), deklarujące coś, co od rzymskich czasów nazywa się "prawem petycji" i polega na tym, że każdy może wnieść sprawę do kompetentnego organu.

Milion obywateli unijnych mogło w przeszłości (kiedy nie było art.11) i może nadal słać wnioski i projekty do Komisji Europejskiej. Tyle tylko, że od widzimisię owej Komisji zależy to, czy takiej korespondencji nie skieruje niezwłocznie do jednej z licznych w brukselskich biurach niszczarek. Ale w jednej sprawie - nie wiedzieć zresztą po co - ów przepis nie pozostawia wątpliwości. Owe wnioski do Brukseli pozwala kierować jedynie wtedy, jeśli ów milion Europejczyków pochodzi ze "znacznej liczby krajów". Jaki poważny morał płynie z tej nie do końca serio historii? Podwójny. Że szukając czegoś do opowiedzenia o traktacie lizbońskim nawet poważne gazety i dobrzy dziennikarze piszą bądź co. No i także, że nie należy przesadnie ufać profesorom europeistyki nawet z prestiżowych warszawskich uczelni, gdy informują nas-laików ex cathedra o treści przepisów traktatu lizbońskiego.

Moce tajemne

Jest w tym traktacie tajemna właściwość, która wyzwoliła chęć publicznego opowiadania byle czego na jego temat u zdumiewająco dużej ilości osób, a szczególnie u celebrytów. Na pewno dokłada się do tego coraz powszechniejsze intelektualne niechlujstwo ludzi piszących i mówiących publicznie. Tamta pierwszogrudniowa debata telewizyjna była dla mnie ciężkim przeżyciem. Chwilę po profesorze, redaktor naczelny zaczął boleć nad utratą przez Polskę dotychczasowej siły unijnego głosu za sprawą sławetnej, preferującej Niemców "podwójnej większości". Tyle tylko, że przy okazji poinformował publiczność, iż odtąd polski premier będzie dysponować mniejszą ilością głosów w Radzie Europejskiej. Nie zwrócił uwagi na to, że w myśl zasad lizbońskich unijni przywódcy podejmować będą decyzje w sprawach europejskiej polityki tak, jak do tej pory, czyli przez consensus; jasna treść artykułu 15 TUE nie pozostawia cienia wątpliwości. Zaś spór o Niceę, "pierwiastek" i podwójną większość dotyczy formalnej procedury stanowienia wspólnotowego prawa przez inny unijny organ, zwany Radą. Nawiasem mówiąc od sześciu lat, czyli od czasu, kiedy z trybuny sejmowej rzuciłem (świetne jak do dziś sądzę ) hasło "Nicea albo śmierć!" nikt z krytyków i prześmiewców nie podniósł argumentu, który był słabością tamtego zawołania. Właśnie to, że nowa "podwójna większość" miała i ma się stosować w zasadzie tylko do aktów prawodawczych Rady, a nie do kluczowych decyzji politycznych Rady Europejskiej sprawia, że choć nowy system nie jest dla Polski przyjazny, to nie jest też katastrofą. Weto Tuska albo Kaczyńskiego w Radzie Europejskiej pozostaje nadal tak samo skuteczne jak kiedyś.

Rażąca niekompetentność

Zredukowany do sloganu, albo rażąco niekompetentny sposób komentowania traktatu w Polsce musiał uderzać każdego, kto zadał sobie niezbyt wielki wysiłek zapoznania się z jego zasadniczymi postanowieniami, czyli raptem 53 jasno zredagowanymi przepisami nowego Traktatu o Unii Europejskiej, stanowiącego - mimo ostatecznej ucieczki od tej nazwy - faktyczną konstytucję Unii. Może jednym z najbardziej charakterystycznych sloganów powtórzonych setki razy przez polityków, profesorów, dziennikarzy i aktorki jest fraza o "istotnym zwiększeniu roli parlamentów narodowych". Ilekroć zdarzało mi się ją znowu słyszeć, nadstawiałem ucha, co też mówca ma na myśli? Dziś jestem z rezygnacją gotów przyjąć zakład, że więcej niż 90 proc. tych, którzy zachwalali traktat za pomocą tej frazy nie miało na myśli literalnie nic.

Czytaj dalej...

Jan Rokita
Źródło: Dziennik.pl
12następna »
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl
«