"Rok politycznej zemsty"
By zrozumieć, czym był w polityce polskiej rok 2009, trzeba sięgnąć pamięcią do 23 października roku 2005. Do dnia prezydenckiej porażki Donalda Tuska. Porażki, która wydawała się bardziej dotkliwa niż ta poniesiona przez PO w wyborach parlamentarnych - pisze Rafał Matyja.
- "Rok, w którym obywatel stał się wrogiem"
- Kwaśniewski poprze Olechowskiego?
- Sposób PiS na aferę hazardową
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Co więcej, Prawo i Sprawiedliwość, by rządzić, musiało wtedy zawrzeć trudną koalicję. Wygrana Lecha Kaczyńskiego była ostateczna i dawała gwarancję pełnej pięcioletniej kadencji.
Prezydencka porażka Tuska ciąży nad polityką polską czwarty rok. Jej bezpośrednim skutkiem jest stworzenie pierwszego w historii Polski rządu-trampoliny. Po raz pierwszy funkcja premiera nie jest celem samym w sobie, spełnieniem politycznych aspiracji, ale środkiem do osiągnięcia innego celu. Co więcej, z punktu widzenia posiadania realnej władzy jest to cel znacznie skromniejszy. Prezydentura nie daje bowiem takich możliwości kształtowania polityki państwa jak urząd premiera.
W strategii, jaką obrał Donald Tusk, nie chodzi zatem o władzę, ale o prestiż. Nie o wpływ na realia funkcjonowania państwa, ale o przewagi symboliczne. Oczywiście każdy ma prawo wybierać sobie własną hierarchię celów, lecz wybór Tuska określił treść i styl polityki polskiej w stopniu większym, niż sam autor tej decyzji mógł przewidzieć.
Rząd bez aspiracji
Najpoważniejszym tego skutkiem w perspektywie długofalowej jest zaniechanie istotnych działań modernizujących państwo i dostosowujących jego administrację i finanse do realiów gry toczonej w ramach Unii Europejskiej. Tusk ukształtował gabinet, którego zadaniem było przetrwać ponad 1000 dni, jakie dzieliło datę objęcia funkcji premiera od wyborów prezydenckich.
Zasadnicza konstrukcja rządu została oparta na trzech przesłankach: niewchodzenia w konflikty z istotnymi grupami społecznymi, zablokowania konkurencyjnych wobec Tuska karier politycznych, minimalizowania ryzyka utraty poparcia. Co więcej, po raz pierwszy rdzeniem polityki rządu stały się wskazania ze sfery marketingu politycznego, a nie jakiejkolwiek agendy transformacyjnej. Nawet mniejszościowe gabinety Bieleckiego, Olszewskiego, Suchockiej, Belki czy Marcinkiewicza próbowały uczynić więcej niż obecny, oparty na solidnej większość rząd.
Ponad rok temu - wiosną 2008 - można było uznać, że zapowiedzią uzupełnienia agendy jest pakiet programowy przygotowany przez ministra Michała Boniego. Dziś widać jednak, że wpływ tych dokumentów na strategię rządzenia jest znikomy, a możliwy pozytywny efekt został zredukowany do wymiaru propagandowo-medialnego. Szkoda, bo krótko po powołaniu rządu można było mieć nadzieję, że w cieniu PR może urosnąć jakiś ciekawy pakiet realnych posunięć strategicznych.
Mechanizm rządzenia - jeżeli tak można nazwać reguły wprowadzone przez koalicję PO - PSL - polega zatem na grze szumnymi zapowiedziami (wprowadzenie euro, reformy minister Kopacz, pakiet zmian konstytucyjnych) oraz konfliktami z opozycją i prezydentem. Polega na takich zachowaniach premiera, które czynią go raczej sędzią i komentatorem działań ministrów niż kapitanem odpowiedzialnym za wszystkie porażki własnej drużyny. Ten styl premiera sytuującego się ponad gabinetem pozwolił Tuskowi na wyjście z twarzą z pierwszej fazy afery hazardowej. Znaleźli się bowiem źli bojarzy, których odejście uratowało wizerunek dobrego cara.
czytaj dalej



























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!