Głównym źródłem tego niepokoju jest oczywiście sytuacja gospodarcza - kryzys, który nabrał szybko charakteru globalnego. I nic nie wskazuje na to, aby jego konsekwencje szybko znikły. Ów niepokój ma również swoje źródła w pewnym paraliżu stosunków międzynarodowych. Zjawisko to było widoczne wyraźnie w roku ubiegłym, ale nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się zmienić w 2010 roku. Widać to doskonale na przykładzie zmiany pozycji Stanów Zjednoczonych. Zmiany, która jest wynikiem jednocześnie relatywnego osłabienia USA, awansu innych państw oraz prowadzonej przez Waszyngton polityki.

Schyłek amerykańskiej potęgi

Po 1989 roku, od chwili upadku ZSRR, mieliśmy do czynienia z bezwzględną globalną dominacją USA. To Stany, dzięki swojej potędze, ale też z pomocą rozbudowanego systemu sojuszów, były w świecie czynnikiem regulatywnym, w dużym stopniu to właśnie one wyznaczały normę w stosunkach międzynarodowych i wpływały na ich stabilizację. Z takiej sytuacji korzystaliśmy w naszej części Europy. Stany Zjednoczone i NATO zdominowane przez USA bardzo dbały o to, aby nasz region nie był destabilizowany przez ewentualne działania rosyjskie czy wewnętrzne procesy rozkładowe w rejonie.

Szczytem tego okresu dominacji Stanów Zjednoczonych były wojny w Afganistanie i Iraku jako odpowiedź na atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku. Wojny te ukazały jednak bardzo szybko rzeczywistą słabość Ameryki, którą kryzys gospodarczy bardziej jeszcze wyeksponował.



Paradoksalnie nowy prezydent Barack Obama zamiast przynieść okres nowej chwały i potęgi amerykańskiej, raczej przyczynił się do ujawnienia granic możliwości państwa, które miało zasadniczy wpływ na równowagę i stan stosunków międzynarodowych w ostatnich dziesięcioleciach. To prawda, że dzięki nowemu przywódcy Stany Zjednoczone bardzo poprawiły swoją reputację w świecie. Ale zarazem prezydent Obama nie był w stanie zrealizować żadnego ze swoich projektów międzynarodowych. Mimo sformułowania bardzo ostrego ultimatum nie potrafił narzucić Iranowi wyrzeczenia się ambicji nuklearnych. Nie był też w stanie zmusić Izraela i Palestyńczyków do podjęcia rozmów i zarysowania jakiejkolwiek perspektywy pokoju i stabilizacji na Bliskim Wschodzie. Izrael, od początku wobec Obamy nieufny, integruje się w tej chwili wewnętrznie w obronie przed presją Waszyngtonu. Palestyńczycy nie mają wspólnej polityki, zaś kraje arabskie coraz mniej wierzą w politykę amerykańskiego prezydenta.

Warunki w Iraku pozostają bardzo niepewne. Daleka od stabilizacji jest też sytuacja w Afganistanie. Barack Obama, zwiększając liczbę amerykańskich wojsk w Afganistanie i wymuszając na sojusznikach z NATO zwiększenie ich zaangażowania, równocześnie zapowiedział rozpoczęcie wycofania sił zbrojnych z tamtego rejonu za 18 miesięcy. Niestety, oczekiwania nie są optymistyczne. Zwłaszcza że dramatycznie wygląda sytuacja w sąsiednim, posiadającym bombę nuklearną Pakistanie.

Nie wydaje się też, aby Obama był w stanie uzyskać od Pekinu koncesje - zarówno finansowe, jak i polityczne - po które do Chin pojechał. Również jeżeli chodzi o Rosję, widać sukcesy Moskwy - negocjacje w sprawie rozbrojenia bardziej jej służą, podobnie wycofanie się z budowy tarczy - i niewielkie korzyści odniesione przez Waszyngton: ułatwienia transportowe do Afganistanu, utwardzenie stanowiska w sprawie Iranu.



Zmiana biegunów świata

Prawdziwym symbolem niepowodzenia, jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe, była konferencja klimatyczna w Kopenhadze. Nikt już prawie nie kwestionuje dziś tego, że okazała się ona kompletnym rozczarowaniem. Zignorowanie przez USA Unii Europejskiej podczas szczytu klimatycznego było ciekawym wskaźnikiem zmiany układu sił w świecie. Stany Zjednoczone prowadziły negocjacje przede wszystkim z Chinami, ale też z Indiami, Afryką Południową, Brazylią. Marginalizacja Europy, zwłaszcza w domenie, w której odgrywała tradycyjnie rolę przywódczą, jest bardzo znamienna. Ale też znaczące dla zmiany układu sił w świecie było storpedowanie przez Chiny i ich sojuszników próby umiarkowanego nawet porozumienia.

Rola Chin i Indii w czasie tej konferencji ukazuje zresztą nowy problem, który widać już było od początku kryzysu: niesłychany awans tych krajów i innych krajów azjatyckich oraz uzależnienie gospodarki Stanów Zjednoczonych od Chin. Zmiana układu sił ekonomicznych może w bardzo istotnym stopniu wpływać na politykę międzynarodową w najbliższych latach. Moim zdaniem będzie to miało wpływ na rosnące poczucie rozkładu, paraliżu ładu międzynarodowego, braku możliwości znalezienia nowych ram dla porządku międzynarodowego.

Obecnie nawet niewielkie państwa mogą powodować paraliż ważnych inicjatyw międzynarodowych. Interesującego, i w tym przypadku pozytywnego przykładu dokonujących się zmian dostarczają państwa bezpośrednio sąsiadujące z Rosją, kiedyś wchodzące w skład Związku Radzieckiego. Rosja przed ponad rokiem wygrała militarnie wojnę z Gruzją, praktycznie anektując Osetię i Abchazję, ale nie była w stanie zmusić zależnych od siebie państw byłego ZSRR, by uznały formalną niepodległość dwóch gruzińskich prowincji. Motywy tych państw były zrozumiałe. I wzrost ich suwerenności - niezależnie od ustroju wewnętrznego - można uznać za istotny postęp. Ale też trzeba widzieć w skali globalnej drugą stronę - ów postępujący paraliż, który uniemożliwia czy bardzo ogranicza możliwości walki ze zjawiskami negatywnymi w świecie: gospodarczego zacofania, zagrożenia ekologicznego, zagrożenia terroryzmem czy międzynarodowym bandytyzmem.



Rok 2010 nie zmieni zasadniczo tej sytuacji. Można powiedzieć, że kształtuje się paradoksalna wersja świata multipolarnego, do którego dążyły elity europejskie, zwłaszcza Francja i Niemcy, ale również Rosja i Chiny, chcąc ograniczyć potęgę amerykańską. Tyle że owa multipolarność manifestuje się dziś w sposób negatywny: nie w zdolności znalezienia szerokiego porozumienia dla osiągnięcia wspólnych celów, lecz w możliwości blokowania, wetowania działań podejmowanych przez innych.

Europa: krok wstecz

Jeśli chodzi o Unię Europejską, to tutaj także trudno być optymistą i przewidywać jakąś pozytywną ewolucję. Wydawało się, że przyjęcie traktatu lizbońskiego zapewni większą sprawność strukturom Unii, zdolność podejmowania decyzji skutecznego działania w świecie. Niestety, wybór na dwa czołowe stanowiska w Unii osób nieznanych i dość bezbarwnych - chodzi o Hermana Van Rompuya i Catherine Ashton - wskazuje na to, że państwa, które w przeszłości parły do tego, by bardziej zintegrować Unię i zapewnić warunki dla jej wspólnej polityki zagranicznej i obronnej, obecnie od tego projektu w istocie odchodzą, dążąc do zachowania kompetencji państw narodowych. Dotyczy to między innymi Niemiec i Francji, które przez dziesiątki lat były w centrum projektu ściślejszej integracji Unii Europejskiej. Można w tym widzieć m.in. obawę przed nadmiernym wpływem w ramach Unii państw mniejszych i nowych członków.

Europa w ostatnich latach była coraz bardziej marginalizowana i coraz mniej się liczyła w stosunkach międzynarodowych. Szczyt w Kopenhadze tylko to potwierdził, zaś wybór przez Unię swoich nowych przywódców wskazuje na to, że mimo większych możliwości, jakie daje traktat z Lizbony, Europa nie chce w istocie z niego korzystać, skazując się na nieistnienie w skali globalnej.