MARCELI SOMMER: DGP pisał o liście kobiet przeciwko parytetom, podpisanym m.in. przez Jadwigę Staniszkis, Barbarę Fedyszak-Radziejowską. List zwieńczyło uruchomieniem strony parytety.pl. Co, jako zwolennik idei parytetów, uważa pan o tej akcji?

HENRYK WUJEC*: Jest demokracja i wolność, więc w sferze publicznej wyrażane są różne poglądy. Mogę mieć tylko zastrzeżenia natury merytorycznej do tego listu, ponieważ jakość argumentów, jakie są w nim przedstawione, jest wątpliwa. Dziwię się, że tak wybitne osoby podpisały taki marny list.

W liście jest mowa o parytetach dla kobiet nie tylko na listach wyborczych, ale i w parlamencie, rządzie czy w radach naukowych.
List polemizuje z postulatami, których nie ma w projekcie ustawy o parytetach. Trudno powiedzieć, czy jego autorki po prostu nie przeczytały obywatelskiego projektu ustawy o parytetach – w którym mowa jest tylko i wyłącznie o listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego, do rad samorządowych – czy też świadomie tworzą sobie nieistniejącego przeciwnika. Byłoby dziwne, gdyby ktoś podejmował tak gruntowną polemikę nie czytając nawet projektu, do którego ma się ona odnosić. Polemizuje się więc nie z realnym poglądem, lecz z jego karykaturą. Tak samo czyniły niektóre czasopisma w PRL. Np. „Argumenty” tworzyły na własny użytek karykaturę chrześcijaństwa po to, żeby ją następnie obalić. Postulaty przytoczone przez autorki być może pojawiały się w czasie obrad Kongresu Kobiet, ale jego uchwała w sprawie parytetów dotyczyła list wyborczych.

A może sposób w jaki wypowiadają się zwolennicy parytetów nie pozostawia miejsca dla kobiet, które myślą inaczej, czego przykład stanowić może wypowiedź Kazimiery Szczuki o przeciwniczkach parytetów jako o „łamistrajkach”?
Bardzo możliwe. Gdyby to był list polemiczny wobec projektu ustawy, to odnosiłby się do rzeczywistych propozycji w nim zawartych. Tymczasem jest on napisany w tonie ideologicznym. Może autorki poczuły się zepchnięte na margines debaty publicznej. W końcu większość Polaków popiera ten projekt. W liście pojawiają się zarzuty wobec Kongresu Kobiet, że nie reprezentuje wszystkich opinii. To oczywiste. Warto jednak zauważyć, że uchwała Kongresu została poparta przez sto kilkadziesiąt tysięcy podpisanych pod projektem ustawy kobiet i mężczyzn. Być może zabrakło dyskusji między niektórymi środowiskami – to zdają się sugerować autorki „listu anty-parytetowego” – i to rzeczywiście szkoda, bo myślę, że spokojna merytoryczna dyskusja mogłaby doprowadzić do zbliżenia stanowisk.

W liście pojawia się kilka konkretnych argumentów, które odnoszą się zarówno do idei parytetu, jak i do zasadniczego projektu. Na przykład pogląd, że parytet uwłacza kobietom, bo sugeruje, że same sobie nie dadzą rady.
Źle potraktowani mogą się czuć mężczyźni, że nikt się nimi tak nie zajmuje. A na poważnie: ten projekt nikogo nie uprzywilejowuje. On po prostu dąży do wyrównania szans. Dziwię się, że można tego nie dostrzegać, bo moim zdaniem wystarczy pobieżna znajomość rzeczywistości społecznej, żeby zaobserwować, że istnieje potrzeba takiego wyrównania w różnych sferach.

Na przykład gdzie widać taką potrzebę?
Na przykład na wsi, którą znam bardzo dobrze, bo z niej się wywodzę i mieszkałem wiele lat. Gdyby nie było specjalnej polityki wyrównywania szans, to ile dzieci wiejskich byłoby na studiach? A przecież i tak teoretycznie było im wolno, każdy młody człowiek miał takie samo prawo do studiowania. Tak samo jest z kobietami w polityce. Przez ostatnich kilkanaście lat ich udział w parlamencie i samorządach się nie zmienił. Ostatnio pojawiło się za to nowe zjawisko w samorządach wiejskich: coraz więcej jest kobiet wybieranych na sołtysów. Sołtyski. Tylko, że nie można tylko czekać i się przyglądać. Takim procesom trzeba pomagać, żeby zrównoważyć szanse. Parytety to nie jest projekt, który ma załatwić kwestię kobiet w polityce raz na zawsze. To tylko mechanizm, który ma czasowo ułatwić większe niż dotychczas uczestnictwo kobiet w życiu publicznym.

Niektórzy mówią: zgoda, ale za wcześnie jeszcze na podział pół na pół na listach.
Projekt podlega oczywiście pracy sejmowej i bardzo prawdopodobne, że ostatecznie przegłosowany zostanie w innej formie. Nawet jeśli proporcje ustalone byłyby na poziomie co najmniej 30 proc. kandydatów każdej płci, to byłby to sukces – nie chodzi o to, żeby było dokładnie 50 na 50.

A co z argumentem merytokracji? Czy listy wyborcze nie powinny być budowane na podstawie kompetencji, a nie płci?
A czy obecnie są budowane na podstawie kompetencji? Proszę sobie odpowiedzieć szczerze. Czy mężczyźni umieszczani na listach wyborczych zawdzięczają swoje miejsca kompetencjom? Ja uważam, że rozkład inteligencji i kompetencji jest wśród mężczyzn i kobiet mniej więcej taki sam. Jeżeli korzysta się tylko z męskiej połowy „zasobu” tego co najwartościowsze, a drugą połowę się lekceważy, to jest to absolutnie niekorzystne dla państwa, dla społeczeństwa, dla narodu.

Że kompetentnych kobiet w społeczeństwie jest dużo, to jedno, ale czy kompetentnych kobiet chętnych do udziału w polityce jest wystarczająco dużo?
Jest ich niemało. Przykładem mogą tu być choćby wspomniane sołtyski. Atutem kobiet i jedną z przyczyn, dla których są w polityce potrzebne, jest ich wrażliwość, większa niż u mężczyzn, na pewne kwestie. W przypadku wsi to jest chociażby kwestia opieki nad dziećmi, placów zabaw, świetlic, żłobków, i tak dalej. Sołtyski podejmują działania w tych kwestiach i ludzie widzą, że są w tym świetne. I, dzięki poparciu ludzi, awansują w hierarchii samorządowej.

W liście otwartym kobiet przeciwnych parytetom pojawia się także argument, że ten projekt nie dotyka głównych przyczyn niedoreprezentowania kobiet w życiu publicznym. Kobiety – twierdzą autorki listu – zostają w domach nie ze względu na rzekomą dyskryminację, ale z powodu niskich wynagrodzeń i braku prawa prorodzinnego, które umożliwiłoby im łączenie macierzyństwa z karierą.
W zupełności zgadzam się z diagnozami zawartymi w tym liście, które dotyczą wysokości wynagrodzeń oraz roli prawa w aktywizacji zawodowej i politycznej kobiet. Tyle tylko, że to są pobożne życzenia. Czy pan sobie wyobraża, że w parlamencie, w którym tak wyraźnie dominują mężczyźni, tego rodzaju kwestie będą traktowane priorytetowo? Z jakichś przyczyn tych niezmiernie racjonalnych postulatów konsekwentnie się nie realizuje. To dopiero większe uczestnictwo kobiet w życiu publicznym może dać szanse na zasadniczą jakościową zmianę w kwestii równouprawnienia wszystkich kobiet w Polsce.

p

*Henryk Wujec, polityk, działacz opozycji w PRL