Lewicowy senator jest dziś na tyle silny, by spokojnie samodzielnie funkcjonować w polityce. Cieszy się poparciem społecznym, które gwarantuje mu senatorski fotel. Zarazem jest na tyle słaby, by nie wpływać realnie na rodzimą politykę. I to Cimoszewicza mierzi, który - gdyby chciał mieć święty spokój i nie miał już żadnych ambicji politycznych - to powinien zaszyć się w puszczy.

Sęk w tym, że Cimoszewicz nie widzi siebie w roli politycznego emeryta. Ożywił się, kiedy Donald Tusk powiedział, że chciałby wykorzystać potencjał polityczny byłego premiera dla dobra kraju - stąd pomysł, by może Cimoszewicz pokierował zespołem doradców premiera. Dziś polityk lewicy mówi, że żadnej propozycji jeszcze nie dostał, więc to dzielenie skory na niedźwiedziu, ale zarazem puszcza oko, że gdyby się takowa pojawiła, to gotów jest podjąć wyzwanie. Takie zachowanie lewicowego senatora budzi opór jego kolegów z SLD, którzy oskarżają go o zdradę. Tyle, że Cimoszewicz nie jest pierwszym znanym politykiem lewicy, którego sprytnie zagospodarowuje Platforma.

Szlak został przetarty. Przypomnijmy: z list PO do Parlamentu Europejskiego startowała z sukcesem Danuta Huebner, wcześniej była szefowa w kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego. Teraz - jak wiele na to wskazuje - Jerzy Hausner, też polityk lewicy zajmujący się gospodarką w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, z rekomendacji PO zasiądzie w Radzie Polityki Pieniężnej. Ba, Cimoszewicz w rozmowie z DGP chwali Platformę za taką strategię: że "potrafi korzystać z takich ludzi", i że "jest zdolna do przekraczania symbolicznych, plemiennych podziałów partyjnych".

Jedno jest pewne: Cimoszewicz jest gotów do większej aktywności politycznej. Tyle, że piłeczka leży po stronie silniejszego, czyli Tuska, który musi przedstawić realną propozycję współpracy. Już dziś to, co łączy obu polityków, to przekonanie, że nie można dopuścić do reelekcji Lecha Kaczyńskiego. I obaj deklarują, że gotowi są połączyć siły i wyrzec się własnych ambicji, by do wygranej obecnego prezydenta nie dopuścić. Jak zatem mógłby wyglądać scenariusz polityczny, w którym były premier z lewicy staje ramię w ramię z obecnym premierem z prawicy do wspólnego boju z Lechem Kaczyńskim?

czytaj dalej


Cimoszewicz konsekwentnie mówi, że start w wyborach prezydenckich go nie interesuje. I dobrze. Bo to nie jest typ polityka, który sprawdza się w walce. Senator uchodzi w opinii publicznej - szczególnie na tle rodzimej klasy politycznej - niemal za "męża stanu". Polacy sądzą, że sprawdziłby się na najwyższych stanowiskach państwowych, ale on nie chce przejść tej "brudnej rzeki" wyborczej, która do owych stanowisko prowadzi. Co innego, gdyby dostał propozycję objęcia ważnej funkcji. Taka propozycja ze strony PO zapewne dobrze zostałaby przyjęta przez opinię publiczną.

Inaczej Tusk - chce zostać prezydentem, ale ryzyko przegranej studzi jego decyzje o stracie. Porażka oznaczałaby jego koniec. Tyle, że Tusk to wojownik, który dobrze czuje się w kampanii wyborczej, który łatwo nawiązuje kontakt z masami wyborców, i który - co pokazują sondaże - bije Kaczyńskiego na głowę. I jeszcze jedno: o ile Tusk doskonale radzi sobie w czasie kampanii, o tyle gorzej idzie mu realne rządzenie. Dlatego, jeśli Tusk rzeczywiście myśli o "zagospodarowaniu" Cimoszewicza, już dziś powinien powiedzieć, że to on startuje w wyborach prezydenckich, a po ewentualnej wygranej premierem rządu zostaje Cimoszewicz.

Nierealne? Tyle, że taki scenariusz ma kilka zalet. Po pierwsze, w zasadzie gwarantuje Tuskowi zwycięstwo - może nawet w pierwszej turze, gdyż lewicowy elektorat popierający dziś Cimoszewicza (od 10 do 15 proc.) przerzuciłby swoje głosy na Tuska. To rodzaj "politycznego wiana", które Cimoszewicz wniósłby w posagu, jeśli doszłoby do politycznego małżeństwa. To też odróżnia go od Jana K. Bieleckiego, który nie ma zaplecza politycznego. Taki układ sprawiłby również, że zapewne i Andrzej Olechowski, i Tomasz Nałęcz wycofaliby się z walki o prezydenturę. Po drugie, team - Tusk prezydent, Cimoszewicz premier - otwiera szeroko drzwi do smodernizacji Polski. Po trzecie, w PO nie dochodzi do walki o schedę po Tusku, a lewicujący premier to także gwarancja dla Platformy przyciągnięcia lewicowych wyborców w potyczce parlamentarnej, która przecież już za rok.

Dziś jedno jest pewne: PO nie znajdzie sojusznika do radykalnych reform po prawej stronie sceny politycznej. Musi szukać go na lewicy. Jeśli nie chce się układać z Napieralskim, którego poza grą o stanowiska, co pokazał „rozbiór” mediów publicznych na poły z PiS nic nie obchodzi, powinna postawić na Cimoszewicza. Czy jednak Tuska stać na podzielenie się władzą, by zarazem zapewnić sobie polityczną hegemonię na kilka najbliższe lat? Byłoby dziwne, gdyby tego nie zrobił.

Jarosław Makowski jest filozofem i publicysta. Stale publikuje swoje teksty m.in; w "Newsweeku", "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej".