Paulina Nowosielska: Chciałby pan zostać prezydentem wszystkich Polaków?

Jerzy Szmajdziński*: Tak. Jestem pewien, że można przekroczyć granice własnej partii. A dowód na to dał Aleksander Kwaśniewski. Zresztą my, ludzie lewicy, tacy już jesteśmy.

Tacy, czyli jacy?

Mamy wrodzoną zdolność do szukania kompromisu, dialogu. W najbliższych dniach ujawni się porozumienie społeczne, które będzie mi w wyborach prezydenckich udzielało poparcia. To porozumienie stworzone przez SLD, ale składające się też z innych partii, związków zawodowych, organizacji pozarządowych. I to pokaże, że moja kandydatura ma poparcie wykraczające poza Sojusz.

A może zwyczajnie jest pan ostatnią nadzieją lewicy? Bo Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, o którego uwagę zabiegaliście, bliżej dziś wyraźnie do premiera Tuska?

Nie myślę, by Włodzimierza Cimoszewicza ciągnęło do Platformy. Jest człowiekiem lewicy i takim pozostanie. Ma bardzo silne, propaństwowe nastawienia. Dlatego niektóre jego zachowania z przeszłości, także te związane z jego kandydowaniem na sekretarza Rady Europy mają taki właśnie wymiar.

Włodzimierz Cimoszewicz w wywiadzie dla DGP mówił, że zaczyna pan mission impossible...

Jak pani pewnie pamięta - ten film dobrze się kończy. Nie jestem jedynym w Europie politykiem, który się takiej misji podejmował. Byli nawet tacy, którym się udało. Na pewno nie jestem sondażowym liderem. Ale jestem człowiekiem sportu i widziałem wielu faworytów, którzy jednak przegrali. Do finału jest trochę czasu.

Niedaleko Sejmu wiszą już plakaty wyborcze Tomasza Nałęcza z podpisem: gdybym wierzył sondażom, to bym nie kandydował. Pan się też pod tym hasłem podpisuje?

Najważniejszy sondaż odbywa się w dniu wyborów. Miesiąc czy dwa temu nikt nie wiedział, że będę kandydatem. Nie urządzam konferencji prasowych, kiedy sondaże są dobre i nie zamartwiam się, kiedy są niższe.

W RMF FM mówił pan o rozmowie, jaką tydzień temu odbył z Włodzimierzem Cimoszewiczem i że ta rozmowa wiele spraw pozwoliła wyjaśnić. Aż tyle problemów narosło?

Nic nie wyjaśnialiśmy, raczej wymieniliśmy poglądy.

Ale powiedział pan, tak po męsku, do byłego premiera: słuchaj, nie podcinaj mi skrzydeł?

Nie było takiej potrzeby. Włodzimierz Cimoszewicz od razu powiedział: będę o tobie mówił dobrze. To się dla mnie liczy, bo to człowiek, który zawsze postępuje bardzo uczciwie.

Ostatnio SLD poprawiło się nieco w sondażach? Myśli pan, że to rzeczywiście zasługa pana kandydatury albo powrotu Leszka Millera na łono partii?

Na pewno ludzie lewicy oczekiwali na taki komunikat: sytuacja wewnętrzna jest unormowana, jest kandydat na prezydenta. I to kandydat wyłoniony w wyniku bardzo szerokich konsultacji.

Prawybory w strukturach?

Właśnie taki był mój warunek. Nie chciałem, by ktoś później wytykał, że kandydatura Szmajdzińskiego to efekt decyzji gabinetowej, lub jakiegoś targu. Uważałem, że uczciwiej będzie zapytać ludzi, jakiej oczekują prezydentury i kogo widzą w tej roli? Mieli otwartą listę. Z kolei powrót Leszka Millera, obecność Józefa Oleksego i Aleksandra Kwaśniewskiego z pewnością sondażom pomagają. Tak jest prościej. O wiele trudniej było odpowiadać na pytania, dlaczego tych ludzi nie ma w naszych szeregach.

Czytaj dalej...


Tomasz Nałęcz i Andrzej Olechowski zabierają panu głosy i osłabiają szanse?

Żyjemy w wolnym kraju. Jak ktoś chce kandydować, droga wolna. Nieśmiało tylko zwracam uwagę, że mówienie o Tomaszu Nałęczu czy Andrzeju Olechowskim jako o przedstawicielach centrolewicy jest grubą przesadą. Andrzej Olechowski jest klasycznym konserwatystą i liberałem gospodarczym. Jest członkiem-założycielem Platformy Obywatelskiej. To on wyniósł Tuska w górę. Nie pamięta pani?

Ale to on występował z hasłami równouprawnienia kobiet i zalegalizowania związków partnerskich.

Jakoś bez większego przekonania.

Ale to być może z nim będzie się pan bił o Aleksandra Kwaśniewskiego? Bo Olechowski najwyraźniej oczekuje od byłego prezydenta wsparcia w wyborach.

Aleksander Kwaśniewski 19 grudnia na Konwencji SLD przeciął wszelkie spekulacje dotyczące tego, kogo popiera i wyraził zgodę na to, by organizować mój komitet wyborczy. Cała reszta jest czystą spekulacją. Zresztą gdyby jakikolwiek polityk uznał, że w tych wyborach można powiedzieć ludziom: nie wybierajcie prawicowego Kaczyńskiego, prawicowego Tuska, postawcie na prawicowego Olechowskiego, wykazałby się gigantycznym brakiem pokory i niezrozumiałą wiarą we własne siły. Zniechęcam do takiego myślenia.

A pan będzie działał jak magnes na wyborców, bo jest lewicowy?

Nie. Ale tylko polityk lewicy na tym stanowisku zakończy strategię PO i PiS, polegającą na utrzymywaniu permanentnego stanu wojny na górze. Bo tylko to daje im gwarancję zachowania władzy. Trzeba więc kogoś trzeciego, z umiejętnością dialogu, z instynktem państwowym, by położyć tej wojnie kres.

Póki co Aleksandra Kwaśniewskiego w Polsce nie ma. Jak wróci na początku lutego, to wtedy ostatecznie powstanie pana komitet wyborczy?

Mamy już jego wizję.

Donald Tusk powinien kandydować?

Widać, że w tej sprawie Platforma jest bardzo podzielona. To jest wyłom. Pokazuje, że konsekwencje najbliższych wyborów prezydenckich mogą być dla PO daleko idące.

A pan jak by wolał?

(śmiech) Proszę o inne pytanie. Bo musiałbym użyć argumentacji, po którą z pewnością sięgnę, jeśli Tusk będzie kandydował.

Kogo poparłby pan w drugiej turze, zakładając, że pana w niej nie ma?

Zakładam, że w niej będę. I każdemu, kto nie chciałby w niej zobaczyć Lecha Kaczyńskiego doradzam, by głosował na mnie.

We wspomnianym wywiadzie radiowym zastrzegł pan dwie rzeczy: na pewno SLD nie wejdzie w koalicję z PiS i na pewno nie poprze pan Lecha Kaczyńskiego.

I tego się trzymam. Zaproponowany przez PiS projekt Konstytucji pokazuje, że celem tej partii jest państwo, które nie występuje w tej części Europy. Nie dostrzegam niczego, co mogłoby nas łączyć. Nie moglibyśmy razem ani zmieniać Konstytucji, ani rządzić krajem, ani realizować interesu Polski w Unii Europejskiej. To wystarczy, by wykluczyć wszelkie koalicje z PiS.

Czytaj dalej...


Czyli to, się zdarzyło w mediach publicznych było wypadkiem przy pracy?

To się wszystko dzieje w warunkach, w których Donald Tusk okazał się wiarołomny, bo zerwał porozumienie, które dawało szansę na przywrócenie normalności w mediach. Pokazał się jako skrajny liberał, który głosi, że media publiczne nie są potrzebne, że wszystko można kupić. Na tym polega fundamentalna różnica między nami. Media publiczne to niezbędny instrument do wyrównywania różnic edukacyjnych, kulturalnych. Dotąd żaden premier, żadna partia nie miała takiego podejścia do mediów, jak Platforma.

Jaki model prezydentury jest panu najbliższy?

Chcę przywrócić obywatelom nadzieję, że Polska może być krajem dobrze zorganizowanym, gdzie wolność, równość i godność są szczególnie chronione. Chcę przywrócić nadzieję na państwo socjalne, bezpieczne, światopoglądowo neutralne, w pełni wykorzystujące szanse europejskie, z silną pozycją międzynarodową. Stosunek lewicy do roli prezydenta jest zawarty w obecnej Konstytucji i nic bym tu nie zmieniał. Ta ustawa jest owocem historycznego kompromisu lewicy, prawicy i centrum.

Wie pan, jak mówią o kompromisach?

Że są zgniłe. Ale skutkiem braku kompromisów są wojny. Wyobraża pani sobie życie bez kompromisów? I cenę, jaką przyszło by za to płacić? Kompromis konstytucyjny został zatwierdzony w ogólnonarodowym referendum, więc nie można go łatwo zlekceważyć. Konstytucję trzeba czytać ze zrozumieniem. I to politycy mają się do niej dostosowywać. A nie na odwrót. Jeśli zostanę prezydentem, zakładam jednak przegląd Konstytucji. Na pewno trzeba będzie dopisać rozdział na temat relacji między Unią Europejska a Polską. Do takich prac trzeba zaprosić byłych prezydentów, premierów, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, rzeczników praw obywatelskich, konstytucjonalistów i szefów partii parlamentarnych. Rzeszę ludzi. I każda taka zmiana wymaga referendum.

Pofantazjujmy: pan zostaje prezydentem, PO jest w koalicji rządowej. Jak często korzysta pan z weta?

Weto to ostateczność. Prezydent ma możliwość przekonywania do swoich racji nim ustawa zostanie przyjęta. Zawsze kierować się będę interesem społecznym, co oznacza, że po weto sięgał będę, gdy ustawa narusza prawa, wolność i godność obywateli

Władza psuje?

Władza to pokusa. Nie zawsze dotyczy liderów, ale ludzi, którzy są na pokładzie.

PO dobrze odnajduje się w zamieszaniu wokół afery hazardowej?

Na razie źle. Nie pamiętam w ciągu ostatnich 20 lat sytuacji, by premier zachowywał się inaczej niż klub parlamentarny. Tusk mówi: dobrze się stało, że wnioski PO o wykluczenie Zbigniewa Wassermanna i Beaty Kempy nie przeszły. To pokazuje dwie twarze PO: premiera - dobrego policjanta i członków jego partii, którzy pracują na fatalny wizerunek komisji. Oglądający to ludzie tracą wiarą, że cokolwiek uda się ujawnić.

A pan wierzy?

Straciłem wiarę. Widzę dziś tylko cień nadziei na to, że poznamy mechanizmy tworzenia prawa w tym rządzie. A także, że uda się ustalić miejsce przecieku informacji.

Czytaj dalej...


Warto było tyle czasu bić się o dwoje posłów?

Nie mieliśmy innego wyjścia. Prawo jest tu akurat jasne. Gdybyśmy chcieli zwykłego rewanżu i zemsty, to wystarczy przypomnieć sobie, jak usuwano posłów Celińskiego i Różańskiego z komisji orlenowskiej. Uczynił to pan Wassermann, przy pomocy Romana Giertycha i ludzi PO.

Nie boi się pan wywlekania brudów w czasie kampanii?

Kandydaci to panowie kulturalni, wykształceni. Liczę na to, że ta kampania będzie inna. I że jakoś uda się powstrzymać sztaby przed tym, co wyprawiano w poprzednich kampaniach.

Pan jest naiwny?

Może tak, ale marzenia warto mieć.

* Jerzy Szmajdziński, wicemarszałek Sejmu, były minister obrony narodowej, kandydat SLD w najbliższych wyborach prezydenckich