Mija właśnie dziewięć miesięcy od chwili, gdy trzy panie minister – Hall, Kopacz oraz Radziszewska – ogłosiły, że przewlekle chore dzieci nie będą więcej dyskryminowane. Obiecywały wtedy, że od tej pory żadna szkoła czy przedszkole nie odmówią już przyjęcia małego epileptyka, cukrzyka czy dziecka z astmą. Dziewięć miesięcy później jest dokładnie tak, jak było: umieszczenie przewlekle chorego dziecka w szkole lub przedszkolu graniczy z cudem.

"Nie umiemy się nim zająć, nie mamy przeszkolonego personelu, boimy się o bezpieczeństwo" – to tylko kilka z długiej listy wymówek uzasadniających, dlaczego dla małego cukrzyka czy astmatyka miejsca w placówce nie ma. Co zawiodło? Zawiodły przede wszystkim trzy panie minister, które dyskryminację przewlekle chorych dzieci chciały zwalczać za pomocą broszurek informacyjnych, zamiast przeprowadzić sensowne szkolenia, jak podawać insulinę, zrobić inhalację czy udzielić pomocy w razie ataku padaczki. Ale zawiodły też te szkoły i przedszkola, które odmawiają przyjmowania chorych maluchów. Bo to nieprawda, że udzielanie im pomocy to jakiś nadzwyczajny wysiłek, który wymaga zatrudnienia armii pielęgniarek i wielkich funduszy. Udowodniły to te placówki, które nie boją się przyjmować takich dzieci. I które pamiętają, że odmawiając, dopuściłyby się dyskryminacji.