Paulina Nowosielska: Jerzy Szmajdziński to najlepszy kandydat, na jakiego dziś stać lewicę?
Leszek Miller*: Tak. A mówiąc precyzyjniej: na jakiego stać SLD.

Wolałby pan Włodzimierza Cimoszewicza?
Cimoszewicz mógłby wystartować, gdyby miał pewność, że może wygrać.

To człowiek, który nie umie przegrywać? Boi się porażki?
On nie chce startować dla samego udziału. Nie musi potwierdzać swojej pozycji, przypominać ludziom o sobie. Interesuje go rywalizacja zwycięska. A ponieważ uważa, że przegra z Donaldem Tuskiem, tym samym nie ma powodu, by uczestniczył w tym wyścigu. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby obecny premier zrezygnował z walki o prezydenturę.

Wtedy powróciłby kandydat Cimoszewicz?
Jeśli Tusk nie stanie w szranki, to Cimoszewicz znajdzie się oko w oko z koniecznością poważnej weryfikacji decyzji o nie kandydowaniu. Bo jeśli nie ma Tuska w grze, to przed Cimoszewiczem otwierają się szanse na wygraną. Byłby, co najmniej niefrasobliwy, gdyby odrzucił taką możliwość.

To może wystawienie Szmajdzińskiego było falstartem?
Nie. Dlatego, że SLD nie może bez końca ustawiać się w pozycji dziada proszalnego. I chodzić po prośbie: może pani wystartuje? To do Jolanty Kwaśniewskiej. A może pan? To do Cimoszewicza. Poważna partia polityczna musi mieć swojego kandydata. Tu zresztą się z Cimoszewiczem nie zgadzam, kiedy mówi, że SLD może spasować. Kampania prezydencka to również okazja do zaprezentowania partii. I w tym sensie Sojusz nie mógł tych wyborów przejść bokiem.

Grzegorz Napieralski powiedział, że Tusk jest w potrzasku. Ma pan przypuszczenia, co zrobi premier?
Sądzę, że wystartuje, bo inaczej zniszczy swoją karierę. Premier Tusk przypomina człowieka, który stoi zimą na stoku i widzi, że pędzi na niego, rosnąca z każdą chwilą kula śniegowa. Ta kula to różne kłopoty, ale przede wszystkim deficyt budżetowy i dług publiczny. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, by z roku na rok deficyt budżetowy rósł o sto procent, z 27 do 55 mld złotych, a dług publiczny przekroczył połowę całego PKB, tak jak to jest obecnie. Jeśli do tego dołożymy coraz bardziej napiętą sytuację w samej Platformie, to ten człowiek na stoku ma dwa wyjścia: albo uciekać w dół przed tą kulą i to bez powodzenia, albo zrobić zręczny unik. To drugie rozwiązanie oznacza skok do pałacu prezydenckiego. 2010 to ostatni rok, w którym to będzie jeszcze możliwe.

czytaj dalej


Zakładając, że pana scenariusz się sprawdzi, kto przejąłby wtedy schedę po premierze? Znów niektórzy widzą tu Cimoszewicza.
To absurd! Polska polityka jest jedną z nielicznych na świecie, gdzie można przedstawić nawet najbardziej niedorzeczny scenariusz i będzie on traktowany poważnie.

W sojusz PiS i SLD też nikt by nie uwierzył, gdyby nie media publiczne.
W mediach nie ma takiego sojuszu, ale wróćmy do wariantu Tusk prezydentem, a Cimoszewicz premierem. Chciałbym zobaczyć polityków PO, którzy byliby gotowi poprzeć takie rozwiązanie. W Platformie jest wielu poważnych kandydatów na urząd premiera i każdy z nich jest w stanie zablokować taką księżycową koncepcję.

To kto powinien być przyszłym premierem?
Szef zwycięskiego w wyborach ugrupowania. Jeśli PO wygra wybory, to przyszłym premierem powinien być przewodniczący Platformy.

Afera hazardowa jest dla PO tak niebezpieczna jak sprawa Rywina dla SLD?
Nie, bo siła rażenia obecnych komisji jest inna, niż tej pierwszej. Ale na pewno spowoduje spore spustoszenie.

Pan się dziś wczuwa w sytuację premiera Tuska?
Tak, oczywiście. Najgorsze dla Tuska jest podejrzenie o przeciek. Zresztą ta afera jest coraz mniej hazardowa, a coraz bardziej przeciekowa. Gdyby potwierdziło się, że informacja o śledztwie przeniknęła do ludzi objętych działalnością operacyjną CBA od samego premiera albo z jego najściślejszego otoczenia to byłby niesłychany skandal i wypadek bez precedensu. Jak dotąd w tej sprawie są tylko poszlaki, ale warto pamiętać, że w podobnym przypadku na podstawie poszlak, bez żadnych twardych dowodów sąd skazał na karę więzienia wiceministra MSWiA.

Sądząc po tym, co pisał pan na swoim blogu, nie podoba się panu złożony przez PiS projekt konstytucji?
To mało powiedziane. To projekt anachroniczny i niedemokratyczny, który czerpie natchnienie z konstytucji kwietniowej 1935 roku. Jego celem jest wzmocnienie siły państwa w stosunku do obywatela, likwidacja niezawisłości i niezależności wymiaru sprawiedliwości, usunięcie zasady trójpodziału i kontroli władz. W demokratycznym państwie prawnym to są rzeczy nie do pomyślenia.

A SLD zmieniałby konstytucję?
Mogę mówić tylko za siebie. Sądzę, że jeśli już zmieniać to w kierunku osłabienia pozycji prezydenta, który powinien być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. Jego funkcja powinna zostać sprowadzona do czysto ceremonialnej.

czytaj dalej


Ma pan żal do Tomasza Nałęcza, że kandydując na prezydenta rozbija głosy na drobne.
Niepotrzebnie ubiega się o ten mandat. W każdej talii są asy i walety, a Nałęcz to walet. Asem jest Szmajdziński. Bo to on ma szansę być w drugiej turze.

Pan to mówi szczerze, czy dlatego, że tak panu wypada?
Jedno i drugie. Lech Kaczyński będzie miał szalone kłopoty ze znalezieniem się w drugiej turze. Dlatego przy dobrej kampanii Szmajdziński ma duże szanse.

Dobrej, czyli jakiej? Szmajdziński wspominał w wywiadzie dla DGP, że liczy na spokojną i kulturalną kampanię.
To mrzonki. Nie ma już dziś kampanii pozytywnych. Na całym świecie demokracja parlamentarna zamieniła się w demokrację medialną. Nie liczy się program tylko umiejętność sprzedania własnego towaru w jak najładniejszym opakowaniu i utrącenie konkurentów każdymi metodami.

PiS ma Program I TVP, gdzie za chwilę rusza nielubiana przez polityków lewicy "Misja specjalna". Sojusz będzie miał swój program w dwójce? Pytam w kontekście kampanii.
Przydałoby się. Jeśli już SLD ponosi koszty za tzw. medialną koalicję z PiS, to powinien mieć z tego jakieś korzyści. Ale prawdziwa koalicja z PiS? Nie do zaakceptowania. Chyba, że Prawo i Sprawiedliwość odrzuci swoje obecne kierownictwo i uchwali nowy program stojący na gruncie III RP.

Po co, po ponad dwóch latach wrócił pan do SLD? By z tymi kolegami, co się rozglądają na boki, przeprowadzić męską rozmowę?
Wróciłem z innego powodu. Pod kierownictwem Napieralskiego Sojusz przestał być partią koncesjonowaną. W związku z tym próby robienia czegoś poza czy w kontrze do SLD to szkoda ludzi i czasu. Poza tym układ czterech partii parlamentarnych w państwie to żadna efemeryda.

A’propos ludzi. Nie szkoda panu tych, którzy zmienili barwy klubowe? Danuta Huebner, Cimoszewicz. Chodzą słuchy, że i Wojciech Olejniczak jest wodzony na pokuszenie.
To nic nowego. Sojusz, ja osobiście też, tak działaliśmy. Katarzyna Piekarska była ulubienicą profesora Geremka. Ja ją ściągnąłem do SLD i do MSWiA. Internowany w stanie wojennym nieżyjący już Andrzej Bączkowski był moim następcą w Ministerstwie Pracy w rządzie SLD. Andrzej Celiński podobnie. Transfery są czymś zwyczajnym.

czytaj dalej


Ciekawe, że kiedyś Aleksander Kwaśniewski odżegnywał się, że nie jest Jerzym Szmajdzińskim i żeby go z nim nie porównywać. Bo nie jest betonem.
W tamtych czasach takie słowa, jak reformator, beton coś znaczyły. Dzisiaj, nie znaczą już nic. Nawiasem mówiąc w partiach politycznych za dużo jest plasteliny i rozmemłania, a za mało betonu. Za dużo buduje się na ruchomych piaskach, a za mało na trwałych fundamentach.

Aleksander Kwaśniewski to gwarancja, że kandydat Szmajdziński przejdzie do drugiej tury?
Najwięcej zależy od samego kandydata, ale na pewno Kwaśniewski, ze swoją popularnością, może bardzo pomóc.

Ale co powinien zrobić, by udało się wam pobić Tuska czy Kaczyńskiego?
To pytanie, na co Kwaśniewski jest gotowy? Czy jeździć po całej Polsce, czy tylko od czasu do czasu pokazać się razem w telewizji? Na całym świecie kandydaci lubią pokazywać się z politykami, czy celebrytami. Gunter Grass latami pełnił taką rolę dla SPD i wszyscy socjaldemokratyczni kanclerze z jego twarzy korzystali. W kampaniach amerykańskich każdy z kandydatów na prezydenta ma swoich aktorów, pisarzy, polityków. Szmajdziński będzie miał Kwaśniewskiego.

Były prezydent powie, jak się zachowywać, gestykulować, jakich błędów nie popełniać? Doradzi sesję z pieskiem, kotkiem? Drugie święta w domu, specjalnie dla kobiecego pisma?
Dlaczego nie? Kampanie wyborcze stały się rodzajem medialnego show. Politycy, nawet, jeśli tego nie lubią, muszą się z tym pogodzić. Gdy byłem premierem, moja żona ani razu nie zgodziła się, by choć jedna kamera, jeden dziennikarz wszedł do naszego domu. Bo dom to azyl. Ale kilka lat później z rozbawieniem oglądałem w telewizji premiera Marcinkiewicza, który w domu, w fartuszku lepił pierogi.

SLD solidnie prześwietliło Szmajdzińskiego przed kampanią? Ręczy pan, że niespodzianek nie będzie?
To człowiek, który jest w polityce od wielu lat. Gdyby coś było w jego życiorysie, dawno temu zostałoby wywleczone. Jego przeciwnikom trudno będzie znaleźć na niego haka. Chyba, że go sami spreparują.

*Leszek Miller, były premier i szef MSWiA, dawniej lider SLD, po rozstaniu z partią wraca na jej łono