"Kaczyńscy znaleźli się pod ścianą"
Kiedy patrzy się na dzisiejsze sondaże prezydenckie, łatwiej przychodzi człowiekowi uwierzyć, iż wielbłąd przeciśnie się przez ucho igielne, niż Lech Kaczyński znów wygra wybory - przekonuje Jarosław Makowski. I tłumaczy, dlaczego rezygnacja Donalda Tuska z udziału w wyborach krzyżuje plany PiS.
- "Tusk nie rezygnuje z kampanii"
- "Kaczyński znów dzieli Polaków"
- Komorowski: Nie chcę robić z siebie małpy
- Komorowski prezydentem, ale bez władzy
- Palikot mówi, kogo PO wystawi w wyborach
- Tusk o szefie PiS: Chłop niech się cieszy
- Wiedziałam, że nie będę prezydentową
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 25°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Decyzja Donalda Tuska o rezygnacji z boju o Pałac Namiestnikowski to dla PiS - mimo radosnego okrzyku "yes, yes, yes" "zużytego" już spin doktora Adama Bielana - "zła nowina". A to dlatego, że teraz Tusk spokojnie może się skupić już tylko na dwóch sprawach: skuteczniejszym rządzeniu bez nerwowego oglądania się na kampanie prezydencką i jej wynik oraz przygotowaniu PO poprzez potwierdzenie swego przywództwa w partii do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Tusk schodząc z pola walki o prezydenturę, zaczął tak naprawdę bój o następny Sejm.
Co więcej, wydaje się, że i Lech Kaczyński, i PiS byli na porażkę z przygotowani. Uzasadniając ją, zawsze mogliby przekonywać, że premierowi udał się rewanż. Takie życie - raz się przegrywa, raz wygrywa. Trudno. Końcowy wynik starcia Tusk contra Kaczyński byłby remisowy. Teraz sytuacja się radykalnie zmieniła. Kaczyński, dziś murowany kandydat PiS, nie będzie walczył z Tuskiem, ale z politykiem PO, który dopiero jest poszukiwany jako zmiennik Tuska. Najpewniej będzie to Bronisław Komorowski, a może Radosław Sikorski. Ale i tak Lech Kaczyński nie jest faworytem.
PiS-owscy politycy i związani z partią publicyści jak mantrę powtarzają, że przecież w 2005 r. Lech Kaczyński także nie był liderem sondaży, a Tuska pokonał. Zgoda. Tyle że wtedy mieliśmy zupełnie inny moment dziejowy. To był czas, gdzie radykalizm był w cenie, a "rewolucja moralna" oczekiwana. Polacy, z jednej strony, byli wkurzeni stanem polskich elit obnażonym przez aferę Rywina. Z drugiej mieli nadzieje, że IV RP (pamiętacie hasło kampanii prezydenckiej Kaczyńskiego: "Prezydent IV RP"?) to będzie kraj mlekiem i miodem płynący. Kaczyńscy jawili się jako odnowiciele. Dziś już wiemy, że PiS-owscy budowniczowie nie wykorzystali swej szansy.
Karty na stół wyłożył także prezydent Kaczyński. Zgoda, że przypomniał on i odznaczył wielu zapomnianych bohaterów polskich przemian, zawsze z powagą, nawet namaszczeniem, reprezentował kraj w czasie ważnych uroczystościach - i państwach, i religijnych. Tyle że w pozostałe dni swojego urzędowania był już tylko prezydentem swojego brata i jego partii, a nie wszystkich Polaków. Że po odsunięciu PiS od władzy ośrodek prezydencki zamienił w główną kwaterę opozycji walczącej z rządem. Prezydent w wielu sprawach okazywał się małostkowy, co w konsekwencji czyniło go postacią bardziej zabawną niż poważną. Jego udział w sporach o krzesła czy akcje, w których udawał komandosa gdzieś na rubieżach Gruzji, nie przysparzały mu zwolenników. Nie wspominając już o takich współpracownikach jak Piotr Kownacki, którzy okazali się kulą u nogi głowy państwa. Prezydent Kaczyński z dnia na dzień nie stanie się ani polskim Sarkozym, ani Obamą.
czytaj dalej
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!