Dziełem życia Krzysztofa Skubiszewskiego jest to, że stał się ojcem założycielem dyplomacji wolnej Polski. Nikogo takiego nie miała dyplomacja II Rzeczypospolitej. Skubiszewski kładł podwaliny. I tam gdzie położył je dobrze, Polska odnosi z tego korzyści do dziś dnia. Zaś tam gdzie poszło mu gorzej - tak samo trwałe pozostały kłopoty.

Skubiszewski pracował ze szczególną gorliwością nad prawnym osadzeniem odrodzonego państwa polskiego w międzynarodowej rzeczywistości. Był głównym twórcą traktatów, które ucywilizowały codzienne relacje sąsiedzkie Polski z Niemcami i Rosją. Uważał te umowy - chyba z właściwą prawnikom przesadą - za rzecz kluczową dla międzynarodowej pozycji państwa, choć ich postanowienia często nosiły charakter blankietowy (np. umowa polsko-rosyjska przewidywała coroczne wspólne posiedzenia szefów obu państw). Dlatego szedł na kompromisy, za które bywał krytykowany, na przykład gdy decydował się na odłożenie ad calendas graecas roszczeń Polaków prześladowanych przez III Rzeszę i Sowiety. Drugim wielkim polem budowy Skubiszewskiego był nowy korpus dyplomatyczny. I tu jego zasługi są nie do przecenienia. Za sprawą ministra w MSZ pojawiła się w tamtych latach grupa najwybitniejszych polskich dyplomatów. Dziewanowski, Reiter, Meller, Włosowicz, Tuge-Erecińska czy Tombiński - to tylko niektóre z najlepszych figur w jego galerii kadr. Skubiszewski nie bał się wybitnych osobowości jako swoich podwładnych i szukał nietuzinkowych postaci, aby je ściągnąć do MSZ. To jedna z tych dobrych państwowych praktyk, dawno już porzuconych przez polityków u władzy.

Nie udało mu się natomiast przekształcić MSZ w nowoczesny i efektywnie zarządzany organizm. Najwyraźniej poznański profesor nie dostrzegł tego, że odziedziczona przezeń postkomunistyczna i skorumpowana machina jest także wyzwaniem o charakterze menadżerskim. Mimo późniejszych licznych i sprzecznych wzajemnie reform MSZ pozostało strukturą anachroniczną do dziś dnia. Jakimś odległym echem tamtego zaniechania jest niedobry mechanizm obecnej integracji MSZ i UKiE, w którym złe praktyki zarządcze molocha z Alei Szucha wypierają te lepsze, wypracowane w UKiE w trakcie wieloletnich kontaktów i negocjacji z Brukselą.

Polityka zagraniczna czasu Skubiszewskiego pisana była linią zygzaku. Był to czas, kiedy Polska aspirowała do NATO i budowała NATO-bis, jako pierwsza uznawała niepodległość Ukrainy i z akceptacją odnosiła się w pierwszej chwili do puczu Janajewa, rozpoczynała rozmowy integracyjne z Brukselą i próbowała w Wyszehradzie z własnym udziałem odnowić anachroniczną ideę Małej Ententy. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale przez jakiś czas popieraliśmy nawet zjednoczenie Niemiec, domagając się zarazem pozostawienia we wschodnich landach jednostek Armii Czerwonej. Ten zygzak nie był winą Skubiszewskiego. Przeciwnie. Między kapryśnym Wałęsą (którego minister jak mało kto potrafił temperować) i zmieniającymi się premierami - Krzysztof Skubiszewski wprowadzał cały czas jakiś ład, kierunek i sens, a także - co w dyplomacji nie bez znaczenia - dobre maniery. Był ministrem czasu, w którym odradzające się państwo polskie z trudem dopiero wykuwało jakiś własny koncept podmiotowości. Gdzieś u końca jego urzędowania- w roku 1993- widać było już zarys jakiejś linii i priorytetów: NATO poprzez Waszyngton, Unia z pomocą Berlina i Kijów z wyraźną inspiracją giedroyciowską. Te wielkie i kompletnie nieoczywiste na początku cele są w jakiejś mierze spuścizną Skubiszewskiego.

Odchodził z urzędu w okolicznościach smutnych, a zarazem świadczących o jego wielkiej osobistej lojalności wobec państwa polskiego. W głębi duszy był bowiem bardziej profesorem prawa niźli ministrem, a jego marzeniem zawodowym był wybór do Trybunału Haskiego, w tamtych latach ukoronowanie kariery profesora prawa międzynarodowego. Tę szansę miał w maju 1993 roku. Jednak na usilne prośby premier Suchockiej odrzucił ją, aby pozostać w rządzie. Dwa tygodnie później gabinet Suchockiej nieoczekiwanie jednym głosem upadł…