"Dalajlama. Między Pekinem a Waszyngtonem"
To prawda, że Obama nie umie znaleźć sensownego klucza do nowej polityki chińskiej. Ale być może taki skuteczny klucz nie istnieje - tak Jan Rokita pisze o skomplikowanych stosunkach Ameryki z Chinami.
- Obama spotkał się z dalajlamą
- Chin i USA nie stać na konflikt
- Obama naprawia stosunki z Chinami
- Obama spotka się z dalajlamą
- Będzie gospodarcza wojna USA-Chiny?
- Obama spotka się z Dalajlamą wbrew Chinom
- Google dogadał się z Chinami
- Okręt atomowy USA odwiedza Chiny
- Google: Nie ugniemy się przed Chinami
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 25°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Dalajlama będzie dziś jednak gościem Białego Domu. Wobec przesadnie czułego na symbole Pekinu uczynione zostanie jednak protokolarne ustępstwo: Obama zasiądzie z tybetańskim przywódcą w Pokoju Map, a nie w oficjalnym Gabinecie Owalnym. Nie jest to samo w sobie wydarzenie nadzwyczajne. Amerykańscy prezydenci przyjmowali już Dalajlamę XIV dziesięciokrotnie i odznaczali go nawet Medalem Wolności. Polityczna doniosłość czwartkowego spotkanie bierze się jednak z jego niezwykłego kontekstu. Prezydent Obama - dopiero co, w jesieni 2009 roku - z obawy przed reakcjami chińskich komunistów odmówił przyjęcia Tybetańczyka. Chiny i Ameryka właśnie znalazły się w stanie nieoczekiwanie ostrego konfliktu dyplomatycznego, po tym, jak 29 stycznia prezydent przesłał Kongresowi rutynowy projekt pomocy wojskowej dla Tajwanu, a Pekin w wyjątkowo ostrych słowach zapowiedział sankcje wobec amerykańskich firm i zerwanie kontaktów wojskowych.
Taka reakcja Chińczyków nastąpiła pomimo faktu, że Amerykanie starali się przy tej okazji po cichu zrobić im przyjemność, odmawiając dostaw na Tajwan najcięższego sprzętu wojskowego - samolotów i okrętów podwodnych. I mimo, że ogłoszony dopiero co w Waszyngtonie nowy oficjalny Przegląd Obronny - ku dość powszechnemu zaskoczeniu - dość absurdalnie uznał szybki postęp chińskich zbrojeń za "szansę na bardziej konstruktywną rolę Chin w świecie". Na koniec - wszystko dzieje się akurat w momencie, w którym Ameryka stara się wszelkimi sposobami pozyskać Pekin do uchwalenia sankcji przeciw Iranowi, których przyjęcie przez ONZ - krótkoterminowo - jest najważniejszym celem dyplomacji Obamy.
Widać na pierwszy rzut oka, że polityka amerykańsko-chińska znalazła się w niezłym zamęcie. Dwa są po temu najważniejsze powody. Pierwszy - to chaotyczna niekonsekwencja dyplomacji Obamy. Jeszcze do niedawna można było mieć wrażenie, że rząd Obamy na serio obmyśla strategię wycofania się wobec Chin z kanonicznych punktów amerykańskiej polityki: obrony Tajwanu i promocji praw człowieka. Chińczycy zauważyli szansę na taką przemianę i stąd zapewne ich irytacja, gdy okazała się ona - przynajmniej z ich punktu widzenia- nie dość konsekwentna. Wykonali więc cyberatak na Google, posadzili na 11 lat najbardziej znanego opozycjonistę profesora Liu i… z zaciekawieniem czekali na kolejną delegację z Waszyngtonu, proszącą albo o solidarność w sprawie irańskiej broni atomowej, albo o korektę fatalnego dla amerykańskiej ekonomii kursu chińskiej waluty. Tymczasem okazało się, że Kongres podtrzymuje gwarancje dla Tajwanu, a sam Obama w końcu zaprasza Dalajlamę. Irytacja w Pekinie wynika z nieczytelności sygnałów płynących zza Pacyfiku.
czytaj dalej

























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!